dwutygodnik internetowy
18.06.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Muzeum Warszawy – czy warto było czekać?

Jest rok 2018. Cała Europa zapełnia się nowoczesnymi muzeami narracyjnymi. Cała? Nie! Jedna instytucja na Rynku Starego Miasta w Warszawie, pod kierownictwem nieugiętych kuratorów, wciąż stawia opór kultowi digitalizacji i wraca do korzeni tradycji muzealnictwa.

fot.: Tomek Kaczor

fot.: Tomek Kaczor

Od hucznie celebrowanego ponownego otwarcia Muzeum Warszawy mija nieco ponad rok. Nie zapomnę rozczarowania, z jakim wychodziłam z kamienic Rynku po stronie Dekerta w maju 2017, kiedy to dyrektorzy święcili triumf, otwierając wystawę „Rzeczy warszawskie”. Dostępnych do oglądania było zaledwie osiem gabinetów (w pozostałych trzynastu obejrzeć można było jedynie informację, że otwarte zostaną na jesieni). Dodatkowe pół roku później, mało jesienną porą, idę na drugie oficjalne otwarcie w nadziei na pozytywne zaskoczenie całością ekspozycji.

Koncepcja nowej odsłony wystawy głównej przedwojennej jeszcze instytucji budziła szereg zastrzeżeń i kontrowersji na długo przed otwarciem. Burzyło się zwłaszcza środowisko historyków i muzealników, którzy obawiali się, że w nowej, „rewolucyjnej” odsłonie muzeum zrezygnuje z historii. Nie bez rozbawienia komentował to dyrektor ds. merytorycznych Jarosław Trybuś. Istotnie, cóż tak awangardowego jest w pokazywaniu przedmiotów ze zbiorów muzealnych w gablotach w starej kamienicy, która siedzibą muzeum jest od wielu dekad? I jak można nazywać to „rezygnowaniem z historii”?

Nie oszukujmy się. To „skrupulatne realizowanie misji muzeum”, o którym z pewną dozą kokieterii opowiada i pisze dyrektor Trybuś, jest w rzeczywistości swego rodzaju rewolucją. Ani się obejrzeliśmy, a już powoli dobiega końca druga dekada mody na tak zwane muzea narracyjne, których znakomitym przykładem są między innymi POLIN czy Fabryka Schindlera. Muzeum Warszawy stoi w ewidentnej kontrze do tego trendu. Na wystawie nie znajdziemy multimediów czy tabletów do „przeklikiwania” dziesiątek stron informacji. Jedyny gąszcz, w jakim można się tu zgubić, to labirynt gablot z  a u t e n t y c z n y m i eksponatami.

Spełniony sen Trybusia?

Rezygnacja z wprowadzenia na wystawę linearnej narracji wynikła z braku możliwości opowiedzenia zwięźle historii naszego miasta. Powrót do gabinetów osobliwości miał być antidotum na brak obiektywizmu – bo przecież nie sposób go zachować, gdy trzeba dokonać pewnego wyboru. Historia jednych zostanie opowiedziana kosztem drugich. Każda obrana perspektywa będzie pewną kreacją rzeczywistości, dlatego zamiast snuć własną wizję historii, należy „oddać głos” jej prawdziwym świadkom – eksponatom ze zbiorów („Rzeczom”). Przedsięwzięcie niewątpliwie karkołomne – w debacie nieraz pojawiała się kwestia „przygotowania widza” – nie każdy przecież wyczyta z planów architektonicznych Warszawy, jak zmieniała się jej urbanistyka na przestrzeni wieków, a jeśli nie zna historii prezydenta Starzyńskiego, nie pozna jej, patrząc na jego papierośnicę. Czy muzeum jest zatem zbyt elitarne?

Kuratorzy stanowczo zaprzeczają, jakoby wystawa przeznaczona była tylko dla wybranych. Muzeum to nie książka – nie przychodzimy tu, żeby przewijać setki stron tekstu na ekranach tabletów, a żeby rozbudzić zainteresowanie historią. A raczej mikrohistoriami rzeczy, które mają skłonić nas do poznania szerszego kontekstu. Nie trzeba być kartografem, żeby w Gabinecie Planów i Map Warszawy pochylić się z lupą nad wyrysowaną – czasem kilka wieków temu – siatką miasta i próbować odszukać swoją ulicę. Tak samo jak nie trzeba być z Warszawy, żeby pokontemplować przez chwilę piękno starych warszawskich pocztówek.

_MG_1794

Mój sceptycyzm jednak nie znika. Nadal nie rozumiem, jak zagraniczny turysta („przysłowiowy Portugalczyk”) ma uznać za wartościową wizytę w takim lokalnym, w gruncie rzeczy hermetycznym muzeum. Albo ktoś, kto historią miasta nigdy się szczególnie nie interesował i przyszedł tu, by nadrobić braki. W weekend otwarcia uważnie przyglądam się więc zwiedzającym i ku mojemu zaskoczeniu widzę, że ekspozycja wywołuje spore emocje, angażuje. W Gabinecie Map nie ma wolnej lupy – wszyscy analizują detale planów miejskich. „Mamo, mamo, a czy tu jest nasz dom?” – cieszy mnie, że warszawiacy spędzają rodzinnie sobotę w muzeum, które, jak widać, wzbudza zainteresowanie nawet u najmłodszych odbiorców. W piwnicach widzę hiszpańskich turystów. W Gabinecie Fotografii podsłuchuję trochę rozmów, bo niektóre ze zdjęć ewidentnie wzbudzają sporo emocji („Nie no co ty, oczywiście, że to Puławska!”). Dodatkowo w każdym gabinecie są pracownicy muzeum, gotowi odpowiadać na pytania zwiedzających lub sami inicjujący rozmowy o Rzeczach. Wpadam w zachwyt – marzenie o rodzinnym muzeum, miejscu spotkań warszawiaków (i nie tylko) najwidoczniej się spełnia. Widzę, że tradycyjny model muzeum-świątyni może jednocześnie pełnić funkcję muzeum-forum.

_MG_1806

Jeszcze się taki nie narodził…

Po krótkiej chwili hurraoptymizmu pora zejść na ziemię. To w końcu otwarcie – wiadomo, że przychodzą sami zainteresowani. Większość to zresztą „starzy wyjadacze”, pouczający co jakiś czas muzealnych wolontariuszy na temat niektórych obiektów. Widać, że rodzimi warszawiacy dobrze się tu bawią, detalicznie analizując prezentowane zdjęcia. Jeśli jednak ktoś o historii miasta nie ma pojęcia, może czuć się zagubiony – nie tylko w topografii muzeum (z premedytacją zostało zaprojektowane jak labirynt – nie ma określonej kolejności zwiedzania, mamy się tu zgubić), ale również w strukturze podawanej informacji. W gabinetach panuje przecież chronologiczny chaos – to kategoria przedmiotu stanowi podstawę jego umieszczenia w danej sali, a nie data stworzenia. Szybko można poczuć pewien bezsens oglądania medali (nawet jeśli wyprodukowanych w Warszawie), jeśli brakuje nam podstawowej wiedzy o mieście. Zarzuty o nielinearność i niejasność ekspozycji są więc w pełni uzasadnione – pytanie tylko, jak zareagowałby sztab ekspertów na stworzone w miejsce tego kolejne muzeum narracyjne? Z pewnością muzeum nie uniknęłoby krytyki odnośnie swojej wybiórczości, przemilczenia pewnych kwestii, a może nawet propagandowego przekazu.

Coraz częściej zresztą pojawia się ostra krytyka „zdisneylandyzowanych” narracji, które nie wymagają krytycznego myślenia od widza, przekształcają muzea w place zabaw i miejsca rozrywki, a nie refleksji. To nie jest dobry kierunek. Misją współczesnego muzealnictwa powinno być przyczynianie się do rozwoju społeczeństwa. Czy Muzeum Warszawy tę misję realizuje – trudno powiedzieć po tak krótkim czasie funkcjonowania w nowej formule. Czas musi pokazać, jak ten eksperyment się sprawdzi. Z pewnością jednak kuratorzy wychodzą naprzeciw narracji – do dyspozycji zwiedzających są audioprzewodniki z różnymi ścieżkami dźwiękowymi. Można zwiedzić muzeum ze słynnymi warszawiakami, którzy przybliżają historie wybranych obiektów. Różnorodność eksponatów (a jest ich ponad 7000) stwarza doskonałą okazję do rozjaśnienia licznych wątków z historii miasta – umiejętne wykorzystanie danej rzeczy pozwala przewodnikowi puścić wodze fantazji, by opowiedzieć i o Warszawie średniowiecznej, i stanisławowskiej, i międzywojennej. Ten potencjał sprawia, że spora odpowiedzialność przesunięta zostaje na przewodnika. Niekompetencja w oprowadzaniu może przywodzić na myśl chociażby scenę z kultowego filmu Barei. Miejmy nadzieję, że naczynia z Gabinetu Sreber i Platerów Warszawskich posłużą jako pretekst do opowieści o Fabryce Norblina, a nie o dziedzicu rozpijającym wódką pańszczyźnianego chłopa.

_MG_1811

_MG_1787

(S)puścizna

Skarbiec Warszawy – tak określają swoją instytucję jej pracownicy. W istocie, magazyny muzeum liczą ponad trzysta tysięcy eksponatów. Bywają to rzeczy piękne, wartościowe, ale niemało jest też takich o znikomym walorze artystycznym. Zniszczeń wojennych nie przetrwała ponad jedna trzecia zbiorów, a część z ocalałych trafiła do Muzeum Narodowego. W efekcie wiele z prezentowanych eksponatów nie zachwyca nas swoją wyjątkowością (najlepszym przykładem będzie tu Gabinet Suwenirów – to zbiór kiczowatych niekiedy pamiątek z Warszawy, których większość odwiedzających raczej nie chciałaby mieć w mieszkaniu). Ale to nie artyzm Rzeczy stanowił klucz ich doboru. Nadrzędna wobec wartości materialnej przedmiotu jest historia, którą ma on opowiedzieć. I tak właśnie suweniry mają ilustrować zmianę kanonu symboli Warszawy, a Gabinet Relikwii opowiedzieć o przełomowych, często dramatycznych losach miasta. Warunek nienegocjowalny – Rzeczy mają być autentyczne i wykonane bądź znalezione w Warszawie.

Nieprawdopodobne oddziaływanie ma siła oryginału. W dobie digitalizacji zbiorów, gdy wszystko może być zeskanowane w 3D, tym większe wrażenie robi na nas autentyk. Można się było o tym przekonać przy okazji otwarcia wystawy stałej w Żydowskim Instytucie Historycznym – fakt, że wystawiona bańka po mleku to TA SAMA, w której przechowało się archiwum getta warszawskiego, wzbudza w odbiorcy uczucia nieporównywalne z tymi, jakie wywołałaby kopia. Niekiedy historia, którą „kryje” przedmiot, sprawia, że pozornie nic nieznacząca rzecz urasta do rangi skarbu, wokół którego wytwarza się wspólnota emocjonalna. Na panelu o wystawie w ŻIH-u dr hab. Roma Sendyka zwracała uwagę na to, jakie podwójne znaczenie kryje w sobie słowo „spuścizna” – po odjęciu „s” zostaje nam „puścizna” – dziedzictwo bez dziedzica, które staje się właśnie narodowym skarbem. W Gabinecie Relikwii są przedmioty niepozorne – czapka, opaska, futerał na okulary. Nabierają nowego znaczenia, gdy przeczytamy chociażby, że ten futerał znaleziono podczas ekshumacji ciał powstańców – był przylepiony do niego żywicą wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej. Przetrwał, a my możemy dziś oglądać go w Muzeum. Zamiast mieć kompleks wobec bardziej imponujących zbiorów Muzeum Narodowego, Muzeum Warszawy z tej „słabości” robi atut. Nawet braki w kolekcji mówią o mieście.

Przyzwyczailiśmy się, że są w historii Warszawy kamienie milowe, które stanowią o jej statusie jako miasta. To z pewnością data pierwszej wzmianki o Warszawie z 1313 roku. To proces jej ustołeczniania, rozwój za czasów stanisławowskich, powstanie warszawskie i rekonstrukcja Starówki. Z jakiegoś powodu opowieści o znakomitych zegarmistrzach warszawskich czy fabryce braci Łopieńskich, specjalizujących się w produkcji wyrobów z brązu, nie stanowią powszechnego kanonu wiedzy o polskiej stolicy. To, że ukuł się pewien schemat linearnej opowieści o mieście, nie oznacza, że jest on jedynym poprawnym. „Z pewną nonszalancją, wynikającą z przyzwyczajenia do pewnych dat i pojęć, jesteśmy skłonni stwierdzać, że łatwo pokazać historię miasta. Im więcej mamy danych, tym mniej jest nonszalancji. Okazuje się, że w gruncie rzeczy każda data i każde wydarzenie mogą być poddane dyskusji” – mówił w wywiadzie dyrektor Trybuś. Tłumaczy to obecność w Muzeum gabinetów medali, zegarów czy brązów warszawskich.

_MG_1774

Makieta przedstawiająca modele najwyższych obiektów w Warszawie w różnych okresach jej istnienia

_MG_1803

Kurator bez głosu

Niestety, nie każdy eksponat został dobrze wykorzystany do opowiedzenia o Warszawie. W Gabinecie Fotografii, stwarzającym – wydaje się – najlepszy pretekst do zagłębienia się w losy miasta, ten potencjał został całkowicie zmarnowany. Pewnym kuriozum jest pokazywanie kilkudziesięciu zdjęć, wśród których wyraźnie podpisane są jedynie dwa. Co prawda na środku sali leży katalog, w którym można skrupulatnie wyszukać sobie podpis do interesującego nas zdjęcia, ale brak jego przejrzystości szokuje. Motywacji starcza mi do czwartego zdjęcia – próbuję dociec, czyj pomnik tu odsłaniają, czyj to kondukt pogrzebowy i z którego wieku jest to zdjęcie fasady kościoła św. Aleksandra. Kursuję między ścianą a katalogiem po kilka razy, żeby upewnić się, czy podpis, który przeczytałam, na pewno dotyczy interesującej mnie fotografii. Zmęczona przechodzę dalej. Znamienne, że na moje pytanie o bardziej przejrzyste podpisy pracownik muzeum odpowiada, że to zostanie zmienione, że kurator na pewno postara się tu zadziałać, że dużo osób ma zastrzeżenia. Ewidentnie powtarzał to tego dnia do znudzenia, a przecież Muzeum otwarte było dopiero kilka godzin. Widocznie nietrudno było przewidzieć, że taki sposób ekspozycji będzie sprawiał trudności zwiedzającym. Ale dowiaduję się, że kurator nie miał za wiele do powiedzenia wobec wizji artysty Nicolasa Grospierre’a, który kategorycznie nie zgadzał się na umieszczenie podpisów pod zdjęciami – zaburzyłyby jego koncepcję.

Choć muzeum to nie instalacja artystyczna, a rozwiązania takie jak opisane wyżej przyprawiają mnie o nagły skok ciśnienia, nie można odmówić zespołowi troski o estetyczny wymiar wnętrz kamienic i świetnych efektów prac konserwatorskich. Wizyta w muzeum stwarza rzadką okazję do obejrzenia starych budynków i fantastycznej panoramy z najwyższego piętra. Wnętrze zostało świetnie zaadaptowane do aktualnych potrzeb, z dużą dozą pokory wobec historycznego układu. Ingerencje są subtelne, a pośród opisów eksponatów pojawiają się także osobne tablice komentujące wystrój i funkcję konkretnych elementów czy to konstrukcyjnych, czy dekoracyjnych. Czuje się tu wieloletnią historię Warszawy i Muzeum – jej szczegóły można odkrywać na podziemnej ekspozycji zatytułowanej „Dzieje kamienic”. Znajduje się tam też niezwykle istotna, jeśli nie najważniejsza część wystawy – „Dane Warszawskie”. Połowa piwnic posłużyła do zaprezentowania istotnych informacji o mieście. Tu dla odmiany nie znajdziemy przedmiotów, a zestawienia na planszach. Jest nie tylko oś czasu Warszawy, zawierająca te naprawdę kluczowe wydarzenia z dziejów miasta, ale również wiele – niekiedy zaskakujących – danych dotyczących społeczności warszawskiej: strukturę ludnościową, religijną, zawodową. Ilość podanych informacji jest możliwa do przyjęcia podczas jednej wizyty, a jednocześnie daje pewne wyobrażenie o tym, czym jest Warszawa – historycznie, ale i dziś – dla jej mieszkańców.

***

Wychodząc na rynek nieustannie się zastanawiam: co z tego, że zobaczyłam zegar w kształcie księcia Józefa Poniatowskiego i papierośnicę Starzyńskiego, jeśli w ani jednym miejscu wystawy nie przeczytałam o wysadzeniu Pałacu Saskiego czy o budowie MDM-u? Czy ta wybiórczość nie jest szokująca? Szybko się uspokajam, przypominając sobie o znakomicie wyposażonej księgarni i bibliotece muzealnej, gdzie wielu dociekliwych znajdzie coś dla siebie. A z muzeum wychodzę zaskakująco wypoczęta, nieprzytłoczona natłokiem informacji i z dużą chęcią, by jeszcze nie raz tu wrócić.

_MG_1828

Autorem wszystkich zdjęć jest Tomek Kaczor.

 ***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Trybuś: Jesteśmy skarbcem miasta

Borodziej: Dom wszystkich Europejczyków

Rozważnie o wojnie. Wokół wystawy Muzeum II Wojny Światowej

 

  • Agnieszka Łańko

    bardzo ciekawy artykuł, gwoli drobnego sprostowania -pamiętam jak podczas trzyletniej pracy z kuratorami oraz dyrekcją nad koncepcją, jak mają być prezentowane zbiory, walczyliśmy z wieloma pomysłami i pokusami jak włączenie multimediów oraz “tradycyjnych prezentacji”. Jak wielokrotnie byliśmy krytykowani za tak konsekwentne dążenie do realizacji koncepcji. Dzisiaj, już po otwarciu muzeum i po tak ogromnej liczbie pochlebnych słów na temat tego jak prezentowana jest ekspozycja, jakimi środkami, w jakim otoczeniu, czytamy: “pod kierownictwem nieugiętych kuratorów” czy “spełniony sen Trybusia”. Poza informacją o ilości kilogramów, jakie ważyły w całości gabloty, wypadałoby powiedzieć, że efekt końcowy jaki został osiągnięty to zasługa architektów przy współpracy kuratorów.

    • Wanda Kaczor

      Dzień dobry,

      bardzo dziękuję za sprostowanie i uzupełnienie.
      Posługiwałam się tu nazwiskiem dr Trybusia, bo jako wicedyrektor ds. merytorycznych najczęściej wypowiadał się w mediach przedstawiając wizję, m. in. w wywiadzie, który miałam okazję przeprowadzać rok temu i na który się powołuję. Ale powołując się na niego (zwłaszcza w śródtytule, który Pani przywołała), miałam, rzecz jasna, na myśli cały zespół pracujący nad wystawą.
      Absolutnie nie chodziło mi o umniejszenie zasług architektów, przepraszam, jeśli tak to zostało zrozumiane.
      Cieszę się, że uznała Pani artykuł za ciekawy.

      Pozdrawiam!