dwutygodnik internetowy
07.09.2015
magazyn papierowy


Małe obczyzny

Zachodnie i północne tereny Polski to dla większości ich mieszkańców wciąż „Ziemie Odzyskane”. Określenie to, utrwalone w języku przez PRL-owską propagandę, jest jak zrobiony w młodości tatuaż. Wiemy, że po latach nie przystaje do rzeczywistości, ale wysiłek usunięcia go zdaje się nie wart zachodu.

11260896_1118874988140736_242852988_o

Fragment artykułu pochodzi z 28. numeru Magazynu „Kontakt” pt. „Małe obczyzny”. Zapraszamy do lektury całości w wydaniu papierowym Magazynu „Kontakt” .

W jednej z dolnośląskich wsi do kotów mówi się po niemiecku. Osiedlający się tu po wojnie mieszkańcy zastali we wsi nie tylko domy, ale i „poniemieckie” zwierzęta domowe. Zauważyli, że te reagują na znane niemieckie słowa. Do napotykanych kotów wołali więc „raus” i „komm” i tak już zostało.

W wielkopolskim miasteczku w kilku poniemieckich domach po dziś dzień kurki przy zlewie oznaczone są napisami „kälte” i „wärme”. W niemal każdym długo po wojnie można było znaleźć przedmiot będący śladem po poprzednich mieszkańcach: zegar, młynek do kawy, mityczna już niemal porcelana, którą pradziadek zastał w kredensie (a może i „zdobył”, komu to dzisiaj wiedzieć).

Siedemdziesiąt lat po tym, jak przyjechały tu pierwsze transporty z osadnikami, przeszłość nadal wychodzi na wierzch jak podszewka przez przedarty materiał spódnicy.

Niepotrzebne przesiedlenia

Blisko pięć milionów ludzi. Tyle łącznie zamieszkało opustoszałe po wysiedleniu niemieckich mieszkańców wsie i miasta na zachodzie i północy Polski. Ich migracja trwała od 1945 roku do połowy lat 50. Przyjeżdżali tu z różnych stron i z różnych powodów – z Polski centralnej, kuszeni propagandowymi hasłami budowania nowego życia na „Ziemiach Odzyskanych”; z Kresów Wschodnich, przymusowo przesiedlani w ramach Akcji „Wisła”; z Niemiec i Francji, powracający z obozów i wojennej emigracji. Wreszcie – z zesłania w głębi ZSRR.

W pustych domach natrafiali na wspomniane „poniemieckie” sprzęty codziennego użytku. Architektura, układ ulic, wyposażenie domowych gospodarstw i zakładów rzemieślniczych, wnętrza i symbolika świątyń, cmentarze – wszystko to przypominało o niedawnej obecności poprzednich mieszkańców. Wielu z nich nie zdążyło wyjechać przed przyjazdem polskich osadników. Zdarzało się, że polskie i niemieckie rodziny mieszkały pod jednym dachem przez kilka miesięcy. Dwie gospodynie w jednej kuchni: ta niemiecka – właściwie już spakowana, ale wciąż przecież jeszcze u siebie, i ta polska – używająca wciąż jeszcze nie swoich talerzy, obrusów, pościeli. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych trwała niezwykła faza przejścia – jedni przygotowywali się do odejścia, drudzy wciąż jeszcze nie byli w domu.

Uderzające są te wspomnienia o współ-byciu. Jak to, w którym niemiecka kobieta uczy młodą Polkę szyć na maszynie i, odjeżdżając, zostawia jej swoją. Albo inna, o Polaku i Niemce, którzy przez tych kilka tygodni zdążyli się w sobie zakochać. A gdzieś między słowami daje się wyczuć grozę. Jak wtedy, gdy Polak wspomina Sowietów, którzy „ganiali po wsi Niemki”, w związku z czym bały się wychodzić z domów po zmroku. To wszystko – gotowanie w tych samych garnkach, spakowane kufry jednych i drugich (bo przecież nie wiadomo, czy zaraz nie przyjdzie nam wracać do siebie), wspólny ogród, który trzeba było plewić, strach młodych kobiet przed pijanym rosyjskim żołdakiem – działo się w tle pracującej już na pełnych obrotach machiny propagandy państwowej. Przekonywano, że „ziemia czeka na Zachodzie”, a „powrót do słowiańskiej macierzy” stanowi ostatni etap zwycięstwa nad niemieckim agresorem. W zasiedlanych miejscowościach, zamiast śladów tej „odwiecznej słowiańskości”, na każdym jednak kroku widoczne były niemieckie szyldy. To, czego nie zdążyli wywieźć szabrownicy, z jednej strony pozwalało rekompensować sobie wojenne straty, z drugiej – było jak świeża blizna po wojennym koszmarze.

Układający od początku swoje życie nowi mieszkańcy poniemieckich domów – niezależnie od tego, czy przybyli do nich dobrowolnie, czy zostali przymusowo przesiedleni – musieli oswajać otaczające ich elementy krajobrazu i dostosowywać je do własnych potrzeb. Na ten trudny, rozciągający się często na kolejne pokolenie proces nałożyło się jeszcze jedno zjawisko – powojenna rzeczywistość polityczna, której architekci próbowali od nowa kształtować pamięć historyczną. Niektóre z jej kluczowych sloganów, takie jak „repolonizacja” czy „degermanizacja” odeszły już chyba do językowo-historycznego lamusa. Inne, takie jak „Ziemie Odzyskane” i „repatriacja”, funkcjonują po dziś dzień. Ciekawe jest to, jak „zapomina się” o ich pejoratywnym, zakłamującym rzeczywistość znaczeniu. Używa się ich nie tylko w sferze czysto językowej, ale i symbolicznej. Czy nie jest tak, że choć nie działają już tryby PRL-owskiej propagandy, wciąż trochę udajemy, że nie pamiętamy o historii najnowszej zachodniej i północnej Polski? Choć w podręcznikach nikt już nie przekłamuje opresyjnego charakteru Akcji „Wisła”, polski uczeń nieporównywalnie więcej uwagi poświęca analizie kultur starożytnych i polityce Jagiellonów niż wydarzeniom, które odcisnęły trwałe piętno na życiu mieszkańców blisko jednej trzeciej terytorium dzisiejszej Polski. Wciąż, poza wyspecjalizowanym kręgiem akademickim, brakuje języka, który adekwatnie opisywałby kształtowanie się postmigracyjnej tożsamości Polaków i współczesne skutki tego procesu.

Jedno z najbardziej znaczących dla powojennego życia społecznego, kulturowego i politycznego doświadczeń wciąż pozostaje nieprzepracowane i niedopowiedziane – tak w publicznym dyskursie, jak i w prywatnych doświadczeniach potomków powojennych migrantów.

Komu przepracowanie tego doświadczenia jest dziś potrzebne? Odchodzi już przecież najstarsze pokolenie – zarówno dumnych „pionierów”, jak i zapatrzonych na Wschód nestorów rodów, trzymających przy łóżku kufer ze spakowaną najlepszą domową zastawą i odświętną pościelą – na wypadek, gdyby można już było wracać „do siebie”. Następne pokolenie, urodzone w latach 50. i 60., od początku jest „u siebie”. Wchodzący dziś w dorosłość wnukowie i prawnukowie powojennych migrantów na ostatnim możliwym miejscu (jeśli w ogóle!) wymieniliby przesiedlenia jako doświadczenie mające jakikolwiek wpływ na ich poczucie narodowego, kulturowego czy społecznego „ja”.

Trzy pocztówki z Zachodu

W miejscach niedopowiedzianej, nieprzepracowanej historii tworzą się luki. Pustkę trzeba czymś wypełnić – z historii i kultury wybierane są elementy, przy pomocy których tworzy się „protezy pamięci”. Uzupełniają one ów brak, maskują go, ale nie są w stanie całkowicie mu zaprzeczyć.

Dolny Śląsk. „Krzywa Wieża oraz legenda doktora Frankensteina to atrakcje, które nas wyróżniają!” – piszą na Facebooku autorzy strony poświęconej Ząbkowicom Śląskim. W budynku Izby Pamiątek Regionalnych znajduje się ekspozycja zatytułowana „Śladami doktora Frankensteina”. Od 1996 roku w mieście organizowany jest Weekend Frankensteina. Co ma wspólnego bohater powieści Mary Shelly z dolnośląskim miasteczkiem? Po pierwsze, na początku XVII wieku schwytano tu i osądzono szajkę grabarzy, posądzonych o czary, rozprzestrzenienie epidemii i bogacenie się na licznych pogrzebach. Po drugie, w czasie tych wydarzeń i później, do 1945 roku, miasto nazywało się Frankenstein.

Lubuskie. Na obrzeżach jednej z wiosek znajduje się skansen – filia zielonogórskiego Muzeum Etnograficznego. Odtworzono tu układ tradycyjnych wiejskich zabudowań, przenosząc bądź rekonstruując zabytkowe chałupy z przedwojennych terenów Niemiec: Łużyc, Dolnego Śląska i zachodniej Wielkopolski. Wyposażenie prezentowane w tych chatach to jednak w znacznej mierze przedmioty przywiezione tu po 1945 roku przez wysiedlonych mieszkańców Kresów Wschodnich. Na terenie skansenu znajduje się także zrekonstruowana chałupa z Bukowiny, a w niej wystawa „Bukowina – dziedzictwo kulturowe”, prezentująca kulturę pogranicza rumuńsko-ukraińskiego. W „poniemieckich” chałupach można wziąć udział w zajęciach edukacyjnych poświęconych między innymi kulturze bukowińskiej oraz historii i tradycji Kresów Wschodnich.

Zachodniopomorskie. W Kamieniu Pomorskim od dwudziestu lat organizowany jest Festiwal Współczesnej Kultury Ludowej. W prezentacjach uczestniczyć mogą wykonawcy z województw włączonych do Polski po II wojnie światowej. „Na tych ziemiach od ponad sześćdziesięciu lat powstaje nowa kultura lokalna, regionalna i ludowa. Mieszkańcy tworzą ją w oparciu o własne tradycje, dawne i rodzące się współcześnie” – czytamy w regulaminie festiwalowego konkursu. Te dawne tradycje trudno jednak odnaleźć w repertuarze większości występujących zespołów – z rzadka na przykład trafiają się kresowe pieśni wielogłosowe, które zapewne przywozili ze sobą powojenni przesiedleńcy.

Znakomita większość to piosenki o jarzębinie i urokach życia oraz pisane współcześnie, stylizowane na wiejskie przyśpiewki, utwory o rodzinnych stronach w zachodniej i północnej Polsce. „W naszej wiosce Lubanice tylko jedna jest ulica […]. Nasza mała to ojczyzna i bogata ziemia żyzna” – śpiewa zespół Czerwona Jarzębina.

Trzy pocztówki. Pierwsza z poniemieckiego miasteczka, którego nieoficjalny patron nigdy nie istniał. Druga z pruskiej chaty z zawieszonym w kącie prawosławnym ręcznikiem przywiezionym zza Buga. Trzecia – z amfiteatru, na deskach którego zespoły Nadodrzanie, Karkonosze i Bukowina śpiewają o swoich „małych ojczyznach”.