dwutygodnik internetowy
16.06.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Lecznica alienacji

Przestrzeń, w której jako społeczeństwo godzimy się na spotykanie osób w trudnej, życiowej sytuacji – czy zawinionej, czy nie i w jakim stopniu, to doprawdy bez znaczenia – niebezpiecznie się kurczy.

Ilustr.: Ania Libera

Przestrzeń, w której jako społeczeństwo godzimy się na spotykanie osób w trudnej, życiowej sytuacji – czy zawinionej, czy nie i w jakim stopniu, to doprawdy bez znaczenia – niebezpiecznie się kurczy.

 

Ze wszystkimi personel medyczny był per „pan, pani” – nawet ze mną, choć z racji wieku przyzwyczajony jestem, że starsi ode mnie ludzie mówią mi po imieniu. Wokół, w gabinecie zabiegowym leżeli sami starsi pacjenci – kulturalni, uprzejmi. Także oni do siebie i do mnie zwracali się grzecznie i z zachowaniem wszelkich możliwych form. Z jednym wyjątkiem. Do pana przywiezionego na izbę przyjęć w stanie lekko „wskazującym”, niezbyt zadbanego (choć nie było to w żaden sposób uciążliwe) i, jak wynikało z rozmów personelu, bezdomnego – pielęgniarki i ratownicy mówili per „ty”. Mili wobec innych pacjenci dodawali: „łajzo”, „obszczymurze”, „menelu”.

 

Bezdomnych znowu nie ma
Za komuny – jak wiadomo – oficjalnie bezdomnych nie było. Gdy po przełomie ’89 roku zjawisko to nie tylko ujrzało światło dzienne, ale także znacznie nabrało na sile, bezdomny stał się symbolicznym, ikonicznym wręcz przykładem nieudacznika, lenia, społecznego odpadu – wyrzucanego na śmietnik zarówno dosłownie, jak i w warstwie językowej czy kulturowej. Przykład pierwszy z brzegu: bohaterowie seriali nie są bezdomni, nie dotyczy ich wykluczenie mieszkaniowe, w zasadzie nie są nawet biedni: jeśli tak, to tylko przejściowo. Ten, który nie ma gdzie mieszkać, może co najwyżej pełnić rolę świadka w „W-11” – szybko zresztą okazuje się, że „nic nie widział, nic nie słyszał” i na tym kończy się jego społeczna rola.

 

Kiedy zapytałem półtora roku temu Jacka Hugo-Badera, znanego między innymi z reportaży, podczas pisania których wcielał się w bezdomnego, o to, jak wygląda świat z perspektywy trotuaru, odpowiedział: „Jesteś niewidzialny, jakbyś był duchem. To jest coś, co zmieniło się przez ostatnie dwadzieścia lat. Kiedy na początku lat 90. wcielałem się w Charliego, mojego włóczęgę, wszyscy mnie widzieli, stawali na głowie, żebym się tylko do nich nie zbliżał. Gdy siadałem na ławce na przystanku tramwajowym, to ilu by ludzi nie było, ławka i tak robiła się pusta. A dziś tak się do tego przyzwyczailiśmy, że ludzie nawet ode mnie nie uciekali. Kiedy na mnie patrzyli, to ich wzrok przechodził na drugą stronę. Leżysz i żebrzesz na trotuarze, a ludzie przechodzą obok, jakbyś był śmieciem”. Rzecz nie w tym, by bezdomnych nie dotykać, nie zbliżać się do nich. Coraz bardziej chodzi o to, by w ogóle nie uświadamiać sobie ich istnienia: by nie burzyli naszego obrazu świata, społeczeństwa, naszego obrazu siebie. Bezdomnych – jakby na nowo – znowu nie ma.

 

Chyba że wejdą w przestrzeń, w której nie chcemy ich widzieć. Bezczelnie przypomną o swoim istnieniu.

 

Coraz mniej miejsca

Pacjent, z którym leżałem w gabinecie zabiegowym, rzeczywiście był nieco uciążliwy. Klął, trochę się awanturował (gdy przyszedłem, był już zapięty w pasy), krzyczał. Ktoś powie: nic dziwnego, że tak go traktowano. Pomińmy już nawet kryjącą się za podobnym stwierdzeniem logikę, której nie sposób uznać ani za szczególnie chlubną, ani za społecznie pożyteczną. Pomińmy, gdyż w tym konkretnie przypadku ów pan przede wszystkim dopominał się o możliwość opróżnienia pęcherza. Podczas gdy w tym samym czasie podano kaczkę dwóm osobom, a inną zaprowadzono do łazienki, bezdomnemu zaoferowano pomoc w postaci życiowych rad: „najwyżej się obszczasz”, „było tyle nie pić”, „chciałeś, to masz”. Aż chciałoby się zacytować Pismo: „Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień?”.

 

Im dłużej to trwało, tym bardziej pan się awanturował – serce nie jest wszak jedynym organem w ciele człowieka, o którym rzec można: „nie sługa”. Trwało to długie minuty, nim jeden z ratowników w końcu się zlitował i podał panu kaczkę. Pan nie tylko się uspokoił, ale i podziękował. Gdy zaspokojono jego podstawową potrzebę, nie był już agresywny czy hałaśliwy. Hałaśliwi pozostali pacjenci wciąż głośno komentujący, pomstujący i grożący policją (pod jakim pretekstem, sami jedni raczą wiedzieć).

 

Kiedy widzę głośne niedawno „kolce na bezdomnych” zamontowane przy apartamentowcach w Londynie, słyszę o akcji apelującej o „społeczną postawę”, polegającą na niewpuszczaniu „meneli” zimą do tramwajów czy wysłuchuję, jak do standardowych narzekań na służbę zdrowia, dodaje się pytanie, kto pozwala na to, by „normalni ludzie musieli leczyć się razem z żulami i mendami”, jestem przerażony. Okazuje się bowiem, że przestrzeń, w której jako społeczeństwo godzimy się na spotykanie osób w trudnej, życiowej sytuacji – czy zawinionej, czy nie i w jakim stopniu, to doprawdy bez znaczenia – niebezpiecznie się kurczy. Nie dziwi mnie, że mało kto jest gotów mieszkać z bezdomnymi, odwiedzać ich tam, gdzie oni mieszkają, iść do nich na dworce, do ogródków działkowych, suteren, piwnic czy parków. Dziwi mnie, że coraz mniej osób ma ochotę choćby na to, by pozwolić bezdomnemu zasnąć we wnęce swojego budynku mieszkalnego, jechać tramwajem (nawet gdy ma bilet) czy też leczyć się w tym samym szpitalu.

 

***

Kwestie nietrzeźwych pacjentów (nie tylko bezdomnych) przywożonych na izby przyjęć czy nieszczególnie pachnących osób w środkach komunikacji miejskiej nie są wydumane. Jednak sposobem na ich rozwiązanie nie jest pogłębiająca się alienacja i wykluczenie, zepchnięcie „ludzi z marginesu” jeszcze dalej – byle dalej od siebie. Bo bezdomny to już nie tylko ten, który nie ma domu. To coraz bardziej ten, który nie ma gdzie żyć. I świadczy to w pierwszej kolejności o nas jako społeczeństwie, a nie o nim samym. Tę przestrzeń dla ubogich, biednych, bezdomnych musimy odnaleźć. W pierwszej zaś kolejności trzeba ją znaleźć w sobie.


Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.

  • ppp

    A co autor zrobił, aby zwalczyć tę “alienację”?

    • Ignacy

      Na miejscu: nic. Autor był pod kolejnymi kroplówkami i nieszczególnie miał siły na zwalczanie czegokolwiek poza bólem.

      A jeśli chodzi o codzienność, to Autor nie zwykł się afiszować ze swoimi działaniami.

      Serdecznie,
      Autor.

      • ppp

        Śmiem twierdzić, że to nie skromność, a brak osiągnięć jest powodem, bo, jak na wzorcowego lewicowca przystało, dużo słów i żadnych czynów.

        • Ignacy

          Proszę serdecznie twierdzić sobie, co Pan uważa za stosowne, jeśli poprawia to Panu samopoczucie.

          Serdecznie,
          Ignacy.

          • ppp

            Jak zwykle najlepiej pochylać się nad “nieszczęściem” innych, ale nie robić samemu nic. I po raz kolejny autor wystawia laurkę lewicy – rozwrzeszczane i rozpuszczone bachory, które niemiziane po brzuszkach, dąsają się i obrażają.

          • Ignacy

            Nie wie Pan nic o tym, czym się zajmuję, a czym nie, co robię, a czego nie. A jednak stwierdza Pan, że nie robię nic. Nie mam ochoty ani czasu dyskutować z Pańskimi projekcjami. W tym czasie wolę zrobić coś pożytecznego.

            Stąd moje zdawkowe odpowiedzi. I nie zmusi mnie Pan do publicznego epatowania postawami – nie tego mnie uczy Ewangelia.

            Niezmiennie serdecznie,
            Ignacy.

  • Pingback: Rok 2014 w ilustracjach „Kontaktu” | Magazyn Kontakt()