dwutygodnik internetowy
27.06.2016
magazyn papierowy


ks. Paprocki: Tak kazał Bóg

Jezus powiedział, że poznają nas po uczynkach. Nie po doktrynie. Istniejące wciąż obszary biedy, nieszczęść, chorób, wymagają od chrześcijan zajęcia stanowiska: nie tylko w słowach, ale w czynach. Najlepiej stanowiska wspólnego.

 

 

ilustr.: Marta Zawierucha

ilustr.: Marta Zawierucha

Wywiad pochodzi z 24. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Niemoc pomocy”, który ukazał się latem 2014 roku. 

IGNACY DUDKIEWICZ: „Największą przeszkodą dla dialogu ekumenicznego jest papiestwo”. Czy diagnoza, postawiona niegdyś przez Pawła VI, jest wciąż aktualna?

KS. HENRYK PAPROCKI: Jak najbardziej. Problem ten nie został nawet poruszony w ramach dialogu ekumenicznego. Przy czym należy traktować go szerzej, bo nie dotyczy jedynie papiestwa jako takiego, ale generalnie kwestii władzy w Kościele. Czym ona jest? Na czym polega? To pytania, które powinny zostać przedyskutowane w całym chrześcijaństwie. Na pewno jest to jedna z tych kwestii, które ciągle nam ciążą.

Ciężar podobnych kwestii przytłacza?

Na pewno męczy. Myślę, że to, z czym mamy obecnie do czynienia w szeroko rozumianym ruchu ekumenicznym – zwłaszcza jeżeli chodzi o wiernych – to właśnie ze zmęczeniem.

To zawsze była trudna praca.

Oczywiście, ale kiedy Kościół katolicki w latach 60. włączył się w istniejący już wcześniej ruch ekumeniczny, mieliśmy do czynienia z prawdziwym entuzjazmem. Wiele osób wierzyło, że bardzo szybko dojdzie do zjednoczenia. A dziś, zwłaszcza podczas nabożeństw o jedność, spotykają się ciągle ci sami, prawie wyłącznie starsi ludzie. Ruch ekumeniczny niedługo będzie obchodził setne urodziny. Już prawie wiek rozmawiamy i modlimy się, a efekty, bądźmy szczerzy, są trudne do spostrzeżenia. Choć nie byłoby prawdą, gdybyśmy powiedzieli, że ich nie ma.

Jakie zatem są?

To, co dziś wydaje się naturalne, a więc fakt, że chrześcijanie się spotykają, rozmawiają i nawzajem sobie pomagają, jeszcze kilkadziesiąt lat temu było nie do pomyślenia. Pół wieku temu tak się po prostu nie działo. Dziś traktujemy się jak bracia, nawet jeżeli, jak to w rodzeństwie, czasami nie jest lekko. Tyle tylko, że nie są to osiągnięcia, powiedziałbym, błyskotliwe. A sądzę, że przeciętny wierny oczekiwałby właśnie spektakularności.

Dlaczego jej nie ma?

Ponieważ dialog ekumeniczny jest bardzo trudnym dialogiem. Z jednej strony dotyczy bowiem doktryny, z drugiej zaś toczy się po całych wiekach niechęci, braku jakichkolwiek kontaktów, a także aktów absolutnie niechrześcijańskich czy po prostu nieludzkich, które wytworzyły między nami barierę również psychologiczną. Ani więc nie żyjemy poza historią, ani nie jest to błaha rozmowa dwóch kupców, którzy spotkali się żeby uzgodnić cenę marchwi i sposób jej dostawy. Spotkali się, by porozumieć się w sprawie doktryny Kościoła. Wyczuwa pan powagę sprawy?

Owszem.

Mówimy o najgłębszych i najszczerszych uczuciach każdego chrześcijanina. A skoro tak, to dialog musimy prowadzić w sposób niesłychanie przemyślany, zaś wnioski, które będą z niego płynęły, muszą być nie tylko przejrzyste, ale także zaakceptowane przede wszystkim przez wiernych. Bo ekumenizm jest sprawą, która dotyczy każdego wiernego.

Czy Kościoły chrześcijańskie mają w sobie zatem gotowość do tłumaczenia wiernym meandrów tego dialogu?

Nie zauważam takiej tendencji. Kościoły tłumaczą wiernym swoją własną doktrynę. Tłumaczenie niuansów i różnic dokonuje się w seminariach na wykładach z teologii porównawczej. Ale traktowane jest to jako przedmiot do zaliczenia, a nie wiedza, która miałaby się przydać w praktyce duszpasterskiej. Która miałaby być przydatna ludziom.

Którzy potem – siłą rzeczy – rzeczywiście niewiele wiedzą.

Niestety. Wszyscy mamy oczywiście ogólne pojęcie na temat tego, że my nie uznajemy władzy papieża, a oni uznają, ale – poza wyjątkami – nie jest to jakkolwiek pogłębiona znajomość tematu.

Zamiast wiedzy, panuje więc prostackie przekonanie, że ekumenizm ekumenizmem, dialog dialogiem, ale to my jesteśmy tą macierzą, do której inni powinni wracać.

Rzeczywiście jest to typowe myślenie dla wszystkich Kościołów. Każdy wierny, zwłaszcza duchowny czy teolog, jest przekonany o tym, że to jego Kościół głosi prawdziwą naukę. Przekonanie o prawdziwości i słuszności doktryny wydaje się być warunkiem koniecznym należenia do konkretnego Kościoła. Gdyby pan był przekonany, że katolicyzm jest fałszywą formą chrześcijaństwa, to niewiele by panu zostało, prawda?

Prawda. Ale czy z tego nie wynika konkluzja, że dialog ekumeniczny jest skazany na niepowodzenie?

Wcale nie. Historia pokazuje, że dialog jednak przynosi efekty. Podczas soborów, mimo istnienia różnych opcji teologicznych, dochodziło przecież do konsensu. Właśnie Sobory – Chalcedoński czy Efeski – są tego najlepszymi przykładami. Przy zdecydowanie wrogich, wzajemnie zwalczających się stanowiskach, uzyskiwano ostatecznie zgodę.

To dość odległe dziedzictwo.

Odległe, ale sobory są wciąż żywe w Kościele, ponieważ ogłoszone przez nie dogmaty ciągle wyznajemy. Nie można też powiedzieć, że obecnie nic się nie udaje. Dziesięć lat temu podpisano w Polsce wspólny dokument o wzajemnym uznaniu ważności chrztu. Ze względów teologicznych uznanie tego sakramentu przez wszystkie Kościoły ma daleko idące konsekwencje. Ostatecznie nie chodzi przecież o to, żeby zwyciężyło stanowisko luterańskie czy prawosławne, czy jeszcze inne, tylko właśnie o uzyskanie konsensu.

I naprawdę jest to w ogóle możliwe?

Musimy wziąć jeszcze pod uwagę element w tym wszystkim najważniejszy, a który dotąd pominęliśmy. Kościół nie jest tylko ludzką instytucją – zawsze jest w ręku Boga. I ostatecznie wszystko zależy od Niego, a nie od nas. Trzeba o tym pamiętać.

To piękna perspektywa, ale chyba co nieco zależy jednak również od naszej otwartości na Jego działanie, prawda?

To już jest osobista sprawa każdego człowieka: na ile jest gotów do spotkania i do wspólnej drogi. Nie wszyscy są gotowi na dialog. Natomiast bardzo istotne jest uświadomienie sobie, że jest on realizacją modlitwy samego Jezusa. Nie jest tak, że spotykamy się z jakichś bliżej nieokreślonych powodów. Spotykamy się, bo Bóg to nam przykazał. Pan Jezus podczas modlitwy arcykapłańskiej prosił, „aby byli jedno”. I nawet jeśli nie mamy wciąż jakiejkolwiek wizji tej jedności, to osiągnęliśmy już tyle, że coraz więcej osób jej pragnie i ze sobą współpracuje.

Czyli musimy wierzyć, chcieć i przede wszystkim czekać na działanie Ducha Świętego…

I zrobić wszystko, co jest możliwe do zrobienia. Ale potem powinniśmy powiedzieć – zgodnie z tekstem Ewangelii – że jesteśmy sługami nieużytecznymi. Bo reszta już nie należy do nas.

Co jest możliwe do zrobienia?

Na przykład podejmowanie wspólnych działań na rzecz innych ludzi. Wspólne akcje charytatywne są możliwe i już się dokonują. Jezus powiedział, że poznają nas po uczynkach. Nie po doktrynie. Jest to więc również wyraz przynależności do chrześcijaństwa. I być może praktyczna realizacja naszego wspólnego powołania powinna mieć obecnie większe znaczenie niż kurczowe trzymanie się rozmów o kwestiach doktrynalnych? Istniejące wciąż obszary biedy, nieszczęść, chorób, wymagają od chrześcijan zajęcia stanowiska: nie tylko w słowach, ale w czynach. Najlepiej stanowiska wspólnego.

I uważa ksiądz, że wspólne praktykowanie miłości bliźniego może się przełożyć na postępy w dialogu doktrynalnym?

Tak sądzę. Na pewno przekłada się na większą otwartość, zrozumienie, nawet na sympatię dla drugiej strony. Nie bez znaczenia jest to, że Pan Jezus kładł wyraźny nacisk w swoim nauczaniu na stosunek do bliźniego. To powinno zobowiązywać chrześcijan do podejmowania wspólnych działań, które będą także dowodem dla świata na to, że potrafią być razem – mimo różnic interpretacyjnych. Kiedy wspólnie podejmujemy jakąś działalność, nie musimy oglądać się na naszą doktrynę, bo w tej kwestii jest ona dla wszystkich taka sama.

Wróćmy jednak do różnic. Prymas anglikanów przekonywał niedawno, że nie ma takiej rzeczy, której nie można byłoby poświęcić dla posłuszeństwa wezwaniu Chrystusa do jedności.

Ale czy sam Kościół anglikański dokonał czegoś takiego? No właśnie. To bardzo piękne hasło, ale ważne jest, czy przekłada się ono na czyny.

Problem w tym, że nie jest to jedyne wezwanie Chrystusa…

Oczywiście. I niekoniecznie trzeba być przekonanym, że jest najważniejsze. Aczkolwiek zostało wypowiedziane w najbardziej ważkim momencie ziemskiego życia Chrystusa.

A czy wszelkie podziały wewnątrz chrześcijaństwa nie są znakiem zgorszenia?

Na pewno są trudnością dla kogoś, kto chce zostać chrześcijaninem. Taka osoba staje bowiem wobec dylematu, który Kościół wybrać. Wielu ludzi przeżywa tego rodzaju rozterki. W Polsce są przecież dorośli ludzie nieochrzczeni. I to, że nie potrafimy się porozumieć, może być dla nich oczywiście argumentem przeciw chrześcijaństwu w ogóle.

Niemało ludzi przeżywa również dylematy związane z konwersją.

To prawda. Ale to bardzo skomplikowana sprawa, gdyż wynika w dużej mierze z zastanawiania się nad własnym Kościołem, nad słusznością własnej drogi w jego obrębie. Tyle tylko, że chrześcijaństwo jest religią wspólnoty. I ta wspólnotowość, realizująca się przede wszystkim w liturgii, zderza się bardzo silnie z zakorzenioną w każdym człowieku tendencją do indywidualizmu. Człowiek jest istotą skłonną w pierwszej kolejności nie tyle do dialogu, co do kłótni, do akcentowania swojego stanowiska…

Do herezji?

Też. Bo czym jest herezja? Postawieniem swojej prywatnej opinii ponad opinię Kościoła. To również stwarza napięcie – nie tylko w ruchu ekumenicznym, ale także w funkcjonowaniu poszczególnych Kościołów chrześcijańskich.

Jak zatem podchodzić do konwersji?

Trzeba odróżnić dwie sytuacje. Jeżeli przychodzi ktoś, kto jest ochrzczony, ale od czasu na przykład pierwszej komunii właściwie w kościele nie bywał, to mamy do czynienia z osobą religijnie obojętną, która nagle poczuła pewne duchowe potrzeby. Zupełnie inna jest jednak sytuacja osoby zakorzenionej w danym Kościele, która podejmuje decyzję o konwersji. Muszą się za tym kryć naprawdę ważne powody.

ilustr.: Marta Zawierucha

ilustr.: Marta Zawierucha

Często mówimy, że Polska jest krajem chrześcijańskim…

Naprawdę? Ja słyszę jedynie, że jest krajem katolickim.

Niestety, rzadko zauważa się, że w Polsce żyją także inni chrześcijanie.

Rzecz jednak w tym, że w tej chrześcijańskiej ponoć Polsce żyje mnóstwo osób, które ze swoim Kościołem mają kontakt całkowicie incydentalny. Często mamy do czynienia z absolutną obojętnością, z postawami agnostycznymi. Kiedy takie osoby przychodzą i chcą zmienić wyznanie, należy w pełni uszanować ich wybór i traktować je tak, jakby przychodziły spoza chrześcijaństwa, bo de facto tak właśnie się dzieje. Startują z pozycji praktycznie zerowej.

A jednak mają pewną, często związaną z duchowością, wizję świata.

Często są to ludzie w coś wierzący – w jakąś moc, siłę, ale jest to tak dalece niezdefiniowane, tak abstrakcyjne, że nie przekłada się w żaden sposób na ich życie. I nie oszukujmy się, takich ludzi jest bardzo dużo.

A czy laicyzujące się społeczeństwo – bo o tym w istocie mówimy – nie jest szczególnym wyzwaniem dla Kościołów chrześcijańskich?

Laicyzacja jest dla nich plusem. To bardzo pozytywne zjawisko o tyle, że zmusza Kościoły do działania i myślenia.

Do wspólnego działania i wspólnego myślenia?

Też. Luter powiedział kiedyś, że gdyby nie herezje, Kościół spałby, używając Biblii za poduszkę. Z laicyzacją jest podobne. Gdyby jej nie było, chrześcijaństwo także obecnie by spało.

A laicyzacja pojawiła się właśnie dlatego, że zasnęło?

Na pewno należy się uderzyć przede wszystkim we własne piersi, a nie w cudze. Wina za laicyzację w dużej mierze leży po stronie Kościołów, które po prostu nie odpowiadają na potrzeby człowieka, wobec czego ludzie nie chcą się z nimi identyfikować. To także Kościoły odpowiadają więc za spustoszenia, których laicyzacja dokonuje w człowieku i w cywilizacji. I tym bardziej musi pobudzać je do działania.

A czy nie powinna być ona zatem także bodźcem do mocniejszego zaangażowania się w dialog ekumeniczny?

Być może, ale na razie jesteśmy u początku tej drogi. Ale może rzeczywiście przełoży się to także na większą aktywność w ramach wspólnych działań chrześcijan. Jeżeli Kościoły zdecydują się zająć wspólne stanowisko wobec tego problemu, to będą zmuszone wypracowywać je także w innych sprawach.

Ksiądz Henryk Paprocki jest prawosławnym duchownym, teologiem. Wspólnie z księdzem Wacławem Hryniewiczem i profesorem Karolem Karskim wydał głośną książkę „Credo. Symbol naszej wiary”. Rzecznik prasowy Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, szef Redakcji Ekumenicznej Telewizji Polskiej.