dwutygodnik internetowy
17.07.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

ks. Michalczyk: Ciało – mieszkanie Boga

Nie możemy powiedzieć, że Bóg „miał ciało”. Nie przywdział go przecież jak aktor, który zakłada kostium, żeby odegrać swoją rolę na scenie. Chrystus nieodwołalnie stał się ciałem, był nim i jest – w dodatku na zawsze.

ilustr.: Katarzyna Kucharska-Hornung

ilustr.: Katarzyna Kucharska-Hornung

Z ks. Grzegorzem Michalczykiem rozmawia Maciej Papierski. Wywiad pochodzi z 33. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Bezdomność”.

MACIEJ PAPIERSKI: Czy możemy domyślać się, dlaczego Bóg stał się człowiekiem? Wszechmocny Stwórca mógłby pewnie znaleźć inne sposoby na to, żeby nas odkupić.

KS. GRZEGORZ MICHALCZYK: Ale czy mamy lepszy pomysł niż ten, który Pan Bóg zrealizował…? Jego decyzja ma niewątpliwie związek ze stanem, w jakim człowiek znalazł się po grzechu pierworodnym. Bóg mógł udawać, że nic się nie stało, i pozwolić na to, żeby ludzie sami dźwigali negatywne konsekwencje swojej wolności. Ale ludzka egzystencja została zakłócona w sposób, nad którym nie da się przejść do porządku dziennego. Cała Biblia objawia skutki działania trucizny grzechu: niszczące, paraliżujące i dosłownie śmiertelne. To, co dopóki przeżywane było z Bogiem, przynosiło pokój, na przykład miłość między kobietą a mężczyzną, posiadanie potomstwa czy praca, obróciło się nagle w źródło cierpień.

Czyli Bóg musiał zstąpić między nas, aby uleczyć nasze rany po grzechu pierworodnym?

Pytanie, jak rozumiemy słowo „musiał”. Nie można abstrahować od tego, co działo się z Izraelem – Narodem Wybranym, który Bóg prowadził. Przyjście Chrystusa wpisane jest w tę historię i tylko w tym kluczu może być właściwie odczytywane. Nie jest meteorem przypadkowo spadającym z przestrzeni. Teologiczne rozważanie faktu wcielenia, w oderwaniu od tego historycznego kontekstu, czyni z niego absurd. Dlatego zresztą dla chrześcijan tak ważne są nawiązania do tradycji żydowskiej – dzieje zbawienia to jeden sensowny ciąg zdarzeń.

No dobrze, ale co wynika z faktu, że Bóg przyszedł jako człowiek, że przyjął cielesną formę? Jak mamy się do tego odnieść?

Rzeczywiście, jest to coś, do czego się kulturowo przyzwyczailiśmy. Wtedy było to szokujące, bo nie mieściło się w konwencji, w której Bóg objawiał się Izraelitom. Elementów antropomorfizacji Stwórcy w Starym Testamencie jest wprawdzie bardzo wiele: mówi się o Jego Oczach, Sercu, Prawicy… Ale nigdy, przenigdy, nie stosuje się w odniesieniu do Niego słowa „ciało”, basar, ponieważ ono w Biblii opisuje tylko to, co stworzone. Stwórca w Starym Testamencie jedynie posługuje się materią – zwykle zresztą trudno uchwytną, taką jak ogień, wiatr czy dźwięk – ale nią nie jest.

I nagle dokonuje się przewrót.

Skalę tego przewrotu dobrze oddaje pierwszy werset Ewangelii świętego Jana: „A Słowo stało się Ciałem”. W polskim przekładzie brzmi to dość neutralnie, ale Jan używa greckiego słowa sarks, które oznacza ciało w najbardziej dotykalnym, anatomicznym sensie: opisuje mięśnie i ścięgna. Kontrast z przedwiecznym Słowem, Logosem, mającym przecież także swoje rozległe konotacje w filozofii greckiej, jest tak potężny, że wręcz gorszący. Otóż ten przedwieczny, nieogarniony i niezmienny Bóg… zmienił się. Nie możemy powiedzieć, że „miał ciało”. Nie przywdział go jak aktor, który zakłada kostium, żeby odegrać swoją rolę na scenie, choć i takie próby wytłumaczenia tej tajemnicy się zdarzały. Chrystus nieodwołalnie stał się ciałem, był nim i jest – w dodatku na zawsze.

Czy stajemy przed innymi trudnościami wiary niż Żydzi, którzy spotykali Jezusa? Oni mieli z Nim fizyczną styczność, my takiej styczności nie mamy.

Możemy chyba mówić o przesunięciu akcentu. Inaczej niż dla nas, dla Żydów człowieczeństwo Jezusa nie stanowiło żadnego problemu, przecież mieli je przed sobą w całej okazałości. Najtrudniejsza była dla nich świadomość, że istnieje coś, co ten czysto ludzki obraz burzy. Widzieli, że temu człowiekowi posłuszne są siły natury, że potrafi uzdrawiać chorych i wypędzać duchy. Więcej – że odpuszcza grzechy, a któż może to robić, jeśli nie sam Bóg? To ostatnie było najbardziej bulwersujące. „Jakże Ty, będąc człowiekiem – wołają – czynisz siebie równym Bogu?”.

Część jednak uwierzyła. Ze względu na co? Na znaki?

„Panie, Ty jesteś Mesjaszem, Chrystusem”. Kiedy Jezus, pytając swoich uczniów o to, za kogo Go uważają, słyszy tę nieśmiałą odpowiedź Piotra, mówi, że ciało ani krew mu tego nie objawiły. Ciało i krew – czyli po prostu człowiek. Objawił mu to Ojciec, który jest w niebie. Piotr w natchnieniu wypowiada coś, czego nie może zrozumieć, co wymyka się słowom. Apostołowie mają świadomość, że w Jezusie-człowieku w jakiś szokujący sposób przejawia się transcendencja Boga.

Ale tłumy idą za Nim bynajmniej nie dlatego, że są zafascynowane Jego myślą teologiczną, ale dlatego, że widzą cuda. To materialne znaki, które przyciągają i które zawsze towarzyszą głoszeniu Dobrej Nowiny przez Chrystusa. Są dokonywane w ramach widzialnego przypieczętowania prawdziwości Jego słów, których nie sposób zweryfikować, które wymagają wiary. Chrystus prosi zresztą, by tego wszystkiego nie rozgłaszać, bo zależy Mu nie na tym, by ludzie patrzyli na Niego jak na cudotwórcę, lecz na tym, by wsłuchiwali się w Jego naukę, która ma przemienić ich życie.

Czy człowieczeństwo Chrystusa jest dla nas problemem? Niektórzy odrzucają nawet wyniki badań antropologicznych. Jesteśmy drażliwi na punkcie fizycznego piękna Boga.

A czymże jest piękno fizyczne? To, co dla nas jest dziś piękne, nie było takim dla ludzi żyjących w tamtych czasach. Mamy wprawdzie Całun Turyński. Choć nie sposób rozstrzygać o jego autentyczności, jest to niewątpliwie płótno pod wieloma względami niezwykłe. Jeśli wierzyć w jego prawdziwość, można powiedzieć, że Jezus był mężczyzną niezwykle wysokim jak na swoje czasy. Potrafimy też wnioskować o rysach Jego twarzy.

Zgorszeniem byłoby natomiast dla nas to, gdyby Jezus stanął dziś w kościele tak, jak zapewne wyglądał – w swojej tunice, przepoconej i zakurzonej po parodniowym marszu w potwornym skwarze, może z brudnymi włosami. Cielesność Jezusa to też fizjologia, wszystko to, co w ludzkiej naturze może być bardzo nieestetyczne i nawet trochę szokujące. Ale taka jest prawda o Jego człowieczeństwie.

Skoro już o fizjologii mowa… Czy w Kościele mamy do czynienia z jasnym nauczaniem na temat seksualności Jezusa?

Nie znam żadnej wypowiedzi Kościoła o samej Jego seksualności, ale kiedy mówimy o Jego człowieczeństwie, to podkreślamy, że jest stuprocentowe i realistyczne do bólu. Jezus nie był aseksualny. To, że nie miał żony, było wyborem wpisanym w Jego misję. Nie stanowiło jednak znaku pogardy dla ciała ani dla seksualności. Wręcz przeciwnie – Chrystus podnosi godność tej sfery życia. Mówi, że jeśli mężczyzna pożądliwie patrzy na kobietę, to w sercu już z nią cudzołoży. Sprzeciwia się rozwodom, a właściwie mężczyznom, którzy wymusili prawo do nich, żeby móc oddalać od siebie żony z błahych powodów i wchodzić w kolejne związki. Natomiast to, w jaki sposób żyje, jest raczej szokujące, ponieważ u Żydów nie ma czegoś takiego jak celibat. Nieposiadanie własnej rodziny jest rozumiane jako potężny brak, wręcz przekleństwo.

Czyli możemy mówić w tym kontekście o ofierze?

Nie wiem, czy można to rozpatrywać w tych kategoriach. Niewątpliwie jednak chodzi o racjonalny wybór o wielkim znaczeniu. Rezygnując z najbliższej więzi, tej na wyłączność, Chrystus może być na tym samym poziomie bliskości z każdym człowiekiem. Istnieje jeden wyjątek – Jego Matka. Wszystkich innych obdarza jednak takim samym zaangażowaniem. Nie wiemy, jak dalej potoczą się losy celibatu w Kościele. Niemniej jednak na pewno w owym fakcie zupełnego otwarcia na bliskość z każdym człowiekiem leży jego sensowne uzasadnienie.

Wiemy już mniej więcej, co wcielenie mówi o Bogu. A co mówi ono o ciele jako takim?

Mam wrażenie, że gdy w naszym katolicyzmie zaczynamy mówić o ciele, stajemy się neoplatonikami, spadkobiercami tradycji dualistycznej. Uważamy, że człowiek składa się osobno z duszy i osobno z ciała, które stanowi jej opakowanie. Nie jest to jednak optyka biblijna. Zresztą, szczerze mówiąc, Nowy Testament wcale nie ułatwia sprawy, bo teksty Pawłowe często przedstawiają ciało w złym świetle. Nawet w nich nie jest ono jednak traktowane jako worek na duszę. Paweł twierdzi tylko, że ciało zostało dotknięte i zatrute dramatem grzechu. Tu ma swoje źródło konieczność ascezy. Paweł mówi, że kto żyje według ciała, to znaczy według grzechu i zranienia, nie może się podobać Bogu. Stąd mamy cały negatywny słownik: „mentalność cielesna”, „zmagać się z ciałem”, „wyjść z ciała”, czyli przestać być w jego mocy.

Ale z drugiej strony ciało jest świątynią Ducha Świętego.

Owszem. I kiedy Paweł tak je nazywa, nie ma w jego myśli sprzeczności. Wykazuje Koryntianom, że nie można bezcześcić tej świętości grzechem. Nie można niszczyć miejsca, w którym mieszka Bóg. Mowa tu zresztą nie tylko o ciele w sensie ścisłym, materialnym, lecz także o ciele w rozumieniu całości życia. Znów – musimy pamiętać o tym, z jak wieloznacznym pojęciem mamy do czynienia. Istnieje wiele określeń o różnym zabarwieniu znaczeniowym: wspomniane już sarks, mniej krwiste soma, ponadto ptoma, oznaczające zwłoki, a do tego hebrajskie basar, ale i nefesz, które – choć tłumaczone jako „dusza” – jest tak naprawdę zasadą życia cielesnego. W naszej grecko-rzymskiej mentalności chcielibyśmy wszystko sklasyfikować i zaszufladkować, traktować ciało jako zrozumiały i namacalny konkret. Ale to nie jest takie proste.

ilustr.: Katarzyna Kucharska-Hornung

ilustr.: Katarzyna Kucharska-Hornung

Ciekawe, że potwierdzają to odkrycia współczesnej fizyki – najdrobniejsze cząsteczki materii, takie jak kwarki, nie mogą być opisywane w kategoriach miejsca i czasu.

To uczy nas pokory. Znam wielu matematyków i fizyków. Z przymrużeniem oka mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o wiarę, mają oni łatwiej niż humaniści – ciągle dotykają rzeczywistości, która ich przekracza. Widzą wyraźnie, że wszystkie elementy świata fizycznego są ze sobą ściśle powiązane, a jednocześnie że pozostaje on tak nieobliczalny, że w każdej chwili może pojawić się coś, co wywróci nasze dotychczasowe kategorie myślenia do góry nogami. W fizyce ciągle trzeba być otwartym na tajemnicę.

Trudno o bardziej wymowny przejaw tej nieoczywistości niż ciało Jezusa po zmartwychwstaniu.

Święty Jan tak radykalnie broni dosłownej cielesności Chrystusa, że rzuca potępienie na wszystkich, którzy zaprzeczają realności Jego człowieczeństwa. Jest więc czymś niezmiernie ważnym dla wiary uświadomienie sobie, że On zmartwychwstał w ciele. Oczywiście, jest to ciało przebóstwione, niepoddające się prawom fizyki. Ale jest to Jego ciało – Jezus pokazuje nam wszak Swoje rany, przebite dłonie. Po zmartwychwstaniu siada z uczniami do stołu i je rybę. Poznają Go dopiero w momencie, w którym pozwala się dotknąć i mówi, żeby się Go nie bać, bo duch nie ma ciała ani kości. A jednak przychodzi mimo drzwi zamkniętych. Jest to więc to samo ciało, ale nie takie samo: otacza je nimb tajemnicy.

Ten nimb spowija to, co najbardziej bezpośrednie, a więc wygląd. Chrystus zmartwychwstały nie jest rozpoznawalny dla swoich uczniów.

Jest rozpoznawalny wtedy, kiedy ktoś się powoli na Niego otwiera, widząc – znów materialne – znaki. Maria Magdalena poznaje Go dopiero wtedy, gdy Ten zwraca się bezpośrednio do niej. Uczniów spotkanych na drodze do Emaus przebudza nie widok Jezusa, ale gest łamania chleba, który radykalnie zmienia ich życie. Podobnie Chrystus przygotowuje swoim uczniom śniadanie na brzegu Jeziora Galilejskiego: poznają Go, ale trwają w zawieszeniu. Nikt nie ma odwagi zapytać: „Kim jesteś?”, ponieważ wszyscy wiedzą, że to On. To fascynujące sceny, bo mówią nam też wiele o naszej przyszłości, o naszym własnym zmartwychwstaniu.

Fakt, że zmartwychwstaniemy w ciele, wydaje się tym bardziej świadczyć o jego wyjątkowej godności.

To prawda, ale trzeba pamiętać o tym, że ta godność była nadana ciału od samego początku, już w momencie stworzenia. Człowiek taki, jakim został stworzony – w dodatku jako kobieta i mężczyzna – jest odblaskiem chwały Boga. Adam mówi o Ewie: „To jest ciało z mego ciała i kość z mojej kości”, obwieszczając godność i równość kobiety. Deklaruje w ten sposób: „Oto dopiero jest ta, dzięki której stanę się człowiekiem w pełni, bo mogę już kochać”. Kluczowe znaczenie ma to, że dzięki ciału człowiek staje się istotą relacyjną. Przyjście Chrystusa podniosło tę relacyjność do najwyższej rangi, ponieważ człowiek przestał być już obrazem Boga jedynie w sensie swoich przymiotów duchowych, takich jak zdolność kochania, wolna wola czy wyobraźnia. W Jezusie ten fakt nabrał skrajnej dosłowności. Możemy mówić nie tylko, że „On był jednym z nas”, ale także, że „jeden z nas był Bogiem”. Bogiem, którego będziemy mogli dotknąć po zmartwychwstaniu – przecież wejdziemy do Nieba z ciałem, tak jak Maryja, która jest pierwszym człowiekiem przeniesionym w tamtą rzeczywistość w integralności swojego człowieczeństwa.

Skoro wspominamy o dotykaniu Boga, to co możemy powiedzieć o Eucharystii? Jezus zostawił nam w końcu Swoje Ciało. Ale jak właściwie mamy to rozumieć?

To wielka tajemnica, a jednak możemy coś o niej powiedzieć – tyle, ile zostało nam objawione. Przede wszystkim nie powinniśmy odrywać mówienia o niej od kontekstu żydowskiej Paschy. Chrystus wpisał Eucharystię w wydarzenia swojej Męki, to oczywiste, ale też w ramy liturgii Paschy, którą – jak pisze święty Łukasz – gorąco pragnął przeżyć wraz ze Swoimi uczniami. To nie przypadek – bez tego nie zrozumiemy, dlaczego w naszej tradycji używamy wina i macy, niekwaszonego, przaśnego chleba, dlaczego mamy takie, a nie inne słowa i gesty. 

Na przykład?

Chrystus wypowiada słowa, w których utożsamia się z chlebem. Podczas liturgii wieczerzy paschalnej przewodniczący, ojciec czy nauczyciel, bierze chleb i mówi: „Oto jest chleb udręczenia, ten chleb, który spożywali nasi ojcowie w Egipcie”. Następnie jest on łamany i rozdzielany jako symbol pozostawienia niewoli za sobą. Żydzi przeżywają to historyczne wydarzenie jako coś, co bezpośrednio ich dotyczy. Mówią: „To my jesteśmy tymi, którzy przechodzą dziś przez Morze Czerwone”. W liturgii eucharystycznej mamy niefortunne słowo „pamiątka”, ale chodzi dokładnie o to samo, co dzieje się podczas Paschy i co w grece określane jest mianem anamnesis – o uobecnianie przez wspominanie.

Nie jest to zwykłe wspomnienie – On staje się realnie obecny.

To kulminacyjny moment wieczerzy, w którym Chrystus mówi: „Oto Ciało moje, oto kielich Krwi mojej”, rzeczywiście się z nimi utożsamiając, a nie porównując. Oczywiście, dla uczniów to tylko zapowiedź tego, co się wydarzy, ale już wtedy są zszokowani, ponieważ rozumieją znak, który dla Żydów niósł bardzo konkretną treść. Wiedzą, że otwiera się inna rzeczywistość i że w tym geście tkwi gen nowego życia: Pascha się zmienia. Przez jakiś czas judeochrześcijanie świętowali ją jeszcze w tradycyjny sposób, ale potem sama Eucharystia zaczęła im wystarczać – zrozumieli, że zawiera w sobie i ją, i szabat. 

A jaki to ma wpływ na nasze przeżywanie Eucharystii dzisiaj?

Pierwsi chrześcijanie właśnie na niej zaczęli budować swoje życie i nas też to powinno zainspirować. Kościół przechowuje głęboką wiarę w realną obecność Jezusa w Eucharystii. To rzeczywiście corpus Christi, ciało Chrystusa. Wierzymy, że Bóg jest wszędzie – w przestrzeni, w materii – ale nigdzie w tak dosłowny sposób, jak w przeistoczonym chlebie i winie. Przede wszystkim tam nie tylko jest, ale też szczególnie się nam udziela, daje Siebie. Jest namacalnie dostępny.

A więc pozostaje z nami.

Tak, to źródłowy, ale nie jedyny przejaw Jego obecności. Za świętym Pawłem mówimy przecież, że Kościół jest mistycznym ciałem Chrystusa, a my wszyscy Jego członkami. Przejmujemy więc niejako Jego misję. Powinniśmy to rozumieć w bardzo dosłowny, cielesny sposób. Mamy tendencję do myślenia o tej prawdzie w sposób metaforyczny i niejako – nomen omen – korporacyjny, jako o wewnętrznym współgraniu ze sobą poszczególnych elementów. A to ciało przecież rzeczywiście działa, przejawia się i udziela na zewnątrz. Dotyka innych. Jeśli zamykamy się na ubogiego, bezdomnego, uchodźcę, to tak jakbyśmy powstrzymywali dotyk Chrystusa. Przestając być namacalnym znakiem Jego miłości, postępujemy z pogardą wobec Jego ciała. A przecież, jako Kościół, mamy raczej obowiązek iść za Nim i wydać się na mękę. I jeśli przyjdzie taka konieczność – dać się przebić.

***

Ks. Grzegorz Michalczyk jest krajowym duszpasterzem środowisk twórczych, rektorem kościoła świętych Alberta i Andrzeja w Warszawie oraz wiceprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.