dwutygodnik internetowy
05.05.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Krajowa Kosmetyka Miejska

Czy można ogłaszać strategię walki z skutkami pewnego negatywnego masowego zjawiska tuż po tym, jak wdrożyło się program wzmacniający na dużą skalę jego przyczyny? Można.

ilustr.: Anna Libera


 
Jeszcze nie tak dawno temu hasło „polityka miejska” mogło kojarzyć się z intelektualnym hobby absolwentów wielkomiejskich uniwersytetów. Tymczasem na początku kwietnia 2014 ulubiona minister premiera Donalda Tuska, Elżbieta Bieńkowska, przedstawiła dokument pod tytułem „Krajowa Polityka Miejska”, który na prawie 150 stronach opisuje ważne zagadnienia związane z rozwojem polskich miast. Niestety jej założenia rozbiegają się znacząco z rzeczywistą polityką realizowaną przez rząd w tym zakresie.
 
W tekście strategii uderza wręcz ilość haseł, które świadczyć mogą o progresywnym sposobie myślenia rządu o rozwoju miast. Czytamy, że problemem miast jest m.in. degradacji tkanki miejskiej, chaotyczne rozpraszanie zabudowy, segregacja ekonomiczna i społeczna, ubóstwo. Jest też o żywiołowej urbanizacji i rosnącym chaosie przestrzennym na obszarach podmiejskich czy o konieczności zachęcania mieszkańców do korzystania z transportu zbiorowego. Jest oczywiście i magiczne słowo „partycypacja”, które powtarza się w dokumencie aż 20 razy, podobnie jak „jakość życia”, odmieniana przez wszystkie przypadki.
 
A zatem – da się? Czyżby niszowe do niedawna zagadnienia, o które walczą rozproszone po Polsce organizacje, środowiska i ośrodki myśli, zaczynały wchodzić powoli do głównego nurtu myślenia? Zanim popadniemy w entuzjazm, warto na chwilę przystanąć i połączyć ze sobą niektóre fakty.
 
Deweloper na Swoim
 
Niecałe 3 miesiące wcześniej, w styczniu 2014 roku, w życie wszedł rządowy program Mieszkanie dla Młodych. Szeroko krytykowany, zdążył już uzyskać niesławne przezwisko, nawiązujące do tytułu poprzedniego rządowego programu PO – „deweloper na swoim”. W opinii środowisk związanych z Kongresem Ruchów Miejskich można przeczytać m.in: Program MdM, w ramach którego dotowane będą wyłącznie mieszkania z rynku pierwotnego w określonym pułapie cenowym, sprawi, iż nowe budownictwo będzie realizowane przede wszystkim na obszarach niezurbanizowanych, położonych w znacznej odległości od centrów miast, gdzie działki są tańsze niż w lokalizacjach centralnych (całość krytyki możemy przeczytać na stronie Kongresu Ruchów Miejskich).
 
Co to oznacza? Ni mniej ni więcej to, że polskie miasta (dzięki pieniądzom z budżetu) nadal będą rozlewać się w niekontrolowany sposób poza swoje granice, a młodzi ludzie pod pozorem „wsparcia rządowego” spychani będą w kupowane na kredyt mieszkanie na deweloperskim osiedlu na peryferiach, bez dostępu do usług publicznych, a często nawet dobrej komunikacji miejskiej.
 
Ten program, w przeciwieństwie do Krajowej Polityki Miejskiej, nie jest zbiorem zaleceń i postulowanych kierunków rozwoju. To realna machina, która już działa i „ożywia rynek mieszkaniowy”, w rzeczywistości – co z pewnością zobaczymy już wkrótce – powiela negatywne zjawiska z lat boomu mieszkaniowego.
 
Tymczasem jednym z głównych priorytetów Krajowej Polityki Miejskiej ma być „przeciwdziałanie negatywnym skutkom niekontrolowanej suburbanizacji”. Możemy tam przeczytać nawet o tym, że „suburbanizacja w sytuacji malejącej liczby mieszkańców miast będzie prowadziła do spadku wartości nieruchomości, zwiększania się liczby nieużywanych obiektów i terenów, defragmentacji struktur przestrzennych i segregacji przestrzennej – np. W postaci utraty znaczenia i degradacji dzielnic śródmiejskich, przy jednoczesnym przenoszeniu się zamożniejszych mieszkańców do grodzonych osiedli podmiejskich”.
 
Czy można ogłaszać strategię walki z skutkami pewnego negatywnego masowego zjawiska tuż po tym, jak wdrożyło się program wzmacniający na dużą skalę jego przyczyny? Można. Czy autorzy strategii widzą tą sprzeczność? Prawdopodobnie nie. Albo udają, że nie widzą, bo nie próbują się z niej w żaden sposób wytłumaczyć, a w tekście strategii o programie Mieszkanie dla Młodych i jego skutkach nie ma ani słowa.
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.
 

 
Nie śpię, bo trzymam sufit w Poznań City Center
 
Podobnie niewytłumaczalne jest zupełne zignorowanie w rządowym dokumencie tematu masowego powstawania w polskich miastach wielkopowierzchniowych galerii handlowych. Agresywnie wdzierających się w centra, degradujących ich funkcje społeczne, niszczących konkurencję w miejskim handlu i wyciągających mieszkańców z publicznych przestrzeni ulic i placów w półprywatne zamknięte „uliczki” pełne sklepów wielkich zagranicznych marek. Symbolem porażki tej polityki było niedawne zawalenie się dachu w galerii Poznań City Center. Spektakularna porażka obśmiana już w mediach społecznościowych („Nie śpię trzymam sufit w City Center”) niczego jednak polskie samorządy nie nauczyła. Będzie bowiem jeszcze gorzej – jak donosi portal samorządowy, w 2014 roku polskie miasta „zaleje fala centrów handlowych”.
 
Czy muszę pisać, ile miejsca poświęcono zjawisku wielkopowierzchniowych centrów handlowych w dokumencie Krajowej Polityki Miejskiej? Oczywiście bez trudu znajdziemy tam cytaty mówiące o pozbawianiu centrów miast ich społecznej funkcji, ale nigdzie nie zauważa się, że to właśnie inwazja zamkniętych galerii handlowych przyczynia się do tego w najbardziej widoczny sposób.
 
Kosmetyka czy polityka
 
Nie trzeba być bardzo uważnym obserwatorem rozwoju miast w Polsce, by móc stwierdzić, że najbardziej widocznym znakiem ich modernizacji (czy aby na pewno właściwie rozumianej?) pozostają grodzone deweloperskie osiedla oraz zamknięte galerie handlowe. To są te elementy krajobrazu, które znajdziemy w całej Polsce, które dziś świadczą o miejskości – jest galeria handlowa, są „apartamentowce” – jesteśmy w mieście. Rytualne już niemal utyskiwania na niski poziom kapitału społecznego rzadko biorą pod uwagę fakt, że to właśnie te najbardziej „widoczne znaki” modernizacji w wydaniu polskim przyczyniają się do jego obniżenia. Niestety, wygląda na to, że do zboczenia z kursu jest wciąż daleko.
 
Dokument zaprezentowany przez ministrę Bieńkowską to wersja do dyskusji, a nie ostateczny kształt wytycznych dla rozwoju polskich miast. Jednak fakt, że dwa tak istotne dla polityki miejskiej zjawiska, właściwie determinujące rozwój miast, zostały na tym etapie całkowicie pominięte, a jednocześnie wdraża się program idący w zupełnie przeciwnym kierunku niż okrągłe, ładnie brzmiące zdania zapisane w strategii, sprawia, że trudno pokładać jakiekolwiek nadzieje na poważną zmianę kierunku rozwoju w Krajowej Polityce Miejskiej. To raczej kosmetyka, a nie polityka z prawdziwego zdarzenia. Oby nie stała się ochłapem rzuconym na żer środowiskom miejskim, który uśpi ich czujność obserwacji tego, w którą stronę naprawdę zmierza rozwój polskich miast.
 
Oczywiście, nie ma gotowej i szybkiej odpowiedzi na to, jak tworzyć alternatywę dla wysypu wielkopowierzchniowych galerii handlowych czy dla spychania młodych ludzi w kupowane na kredyt mieszkania w aspołecznej przestrzeni podmiejskich deweloperskich osiedli. Ale jeśli prace nad Krajową Polityką Miejską nie przyniosą choćby próby takiej odpowiedzi, to za kilka lat w najlepszym wypadku będziemy mogli powiedzieć: chcieli dobrze, wyszło jak zwykle. W najgorszym: psy szczekają, karawana jedzie dalej.