dwutygodnik internetowy
27.03.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Jak zostać prezydentem Wenezueli?

Cała struktura polityczna i organizacja społeczna Ameryki Łacińskiej jest bezpośrednio i pośrednio zdeterminowana przez Amerykanów z Północy. Pewnie zapytasz: w jaki sposób? Poprzez tajną dyplomację i konserwowanie monopoli handlowych. Przedstawiamy fragment książki Wojciecha Ganczarka „Upały, mango i ropa naftowa”.

beupam 1

ilustr.: materiały prasowe

Fragment rozmowy z Danielem Álvarezem, wenezuelskim politologiem i współtwórcą telewizji komunalnej Tatuy TV. Tekst pochodzi z książki Wojciecha Ganczarka „Upały, mango i ropa naftowa”.

Zwolennicy zmarłego prezydenta Cháveza zwykli twierdzić, że El Comandante wydobył ze stanu zmarginalizowania całe grupy społeczne. Sytuację dominacji wąskiej grupy nad resztą byłbyś skłonny uważać za nieprzerwaną od czasów kolonii i niewolnictwa?

Wiesz, tak naprawdę niewolnictwo jako model produkcji stosowały również rdzenne cywilizacje Ameryki: Majowie, Aztekowie czy Inkowie. Ale jeśli mamy mówić o współczesnej Wenezueli: ten kraj wciąż pozostaje pod silnym wpływem oligarchii, czyli wąskiej grupy ludzi, która od jakichś stu dwudziestu lat utrzymuje się przy władzy. Mówimy o nie więcej niż dwunastu rodzinach, które – zwłaszcza z chwilą nadejścia ery naftowej w latach dwudziestych i trzydziestych – zaczęły okupować przestrzeń polityczną i ekonomiczną, rozwijać monopole.

I udało im się utrzymać władzę pomimo radykalnych zmian w przywództwie politycznym ?

Rzecz w tym, że tak naprawdę żadne radykalne zmiany nie nastąpiły. Wenezuelski system polityczny nie działa tak, jak systemy polityczne w innych częściach świata, gdzie przy zmianie przy sterach władzy zmieniają się grupy uprzywilejowane. Tutaj takie transformacje nie zaszły, ponieważ od 1830 roku polityka kraju jest zdeterminowana przez Stany Zjednoczone. W ogóle cała struktura polityczna i organizacja społeczna Ameryki Łacińskiej jest bezpośrednio i pośrednio zdeterminowana przez Amerykanów z Północy. Pewnie zapytasz: w jaki sposób? Poprzez tajną dyplomację i konserwowanie monopoli handlowych.

Ale patrząc zwłaszcza na dziewiętnastowieczną historię kraju, widzi się chaos. Co kilka lat któryś z regionalnych caudillos organizuje kolejne rewolucje i powstania okraszane teoretycznie najróżniejszymi przymiotnikami – chłopskie, federacyjne, legalistyczne – ale koniec końców chodzi o to, że facet chce się po prostu zainstalować na fotelu prezydenta republiki. Jak w takim bałaganie można upatrywać konsekwentnej polityki imperium?

No właśnie ta niestabilność polityczna – zresztą nie tylko w Wenezueli, a w całej Ameryce Południowej – jest produktem działań Stanów Zjednoczonych, realizowanych konsekwentnie od początku dziewiętnastego wieku. Doktryna Monroego z 1823 toku ustanowiła nowy porządek świata: Stany Zjednoczone – widząc erupcje niepodległościowe w południowej części kontynentu – pozostawiły jasnym, że Europejczycy nie powinni nawet myśleć o ponownych interwencjach w regionie. Dlatego kiedy na przykład Anglicy wchodzą w kontakt z Argentyńczykami i determinują monopole w ich portach, robią to na zasadach czysto handlowych, a nie politycznych. Oczywiście, wschodząca potęga Stanów Zjednoczonych w 1823 roku nie jawiła się tak silną jak obecnie. Z całą pewnością jednak Amerykanie z Północy mieli ogromną przewagę, dysponowali ogromnymi możliwościami organizacyjnymi, zwłaszcza w porównaniu z pozostającą na skraju mizerii Ameryką Łacińską. Wyjątki w krajobrazie nędzy stanowiły miasta takie jak Buenos Aires, Meksyk czy Hawana, ale reszta dawnych hiszpańskich kolonii to była najciemniejsza prowincja, a do tego: z bardzo słabo rozwiniętymi strukturami społecznymi.

Od czego konkretnie zaczęły Stany Zjednoczone?

Przykładów jest na pęczki, ale patrząc w skali najbardziej makro: od samego początku, to jest od odzyskania niepodległości przez kraje latynoamerykańskie, usiłowano nie dopuścić do ich politycznego zjednoczenia. W 1826 roku Simón Bolívar zwołuje kongres panamski: spotkanie państw hiszpańskojęzycznych, które zerwały związki kolonialne z Koroną. Zebrano się w celu organizacji procesów geopolitycznych i ekonomicznych zachodniej półkuli oraz ustanowienia nowego modelu stosunków z Europą i resztą świata. Misja dyplomatyczna Stanów Zjednoczonych wpłynęła na grupy oligarchiczne w każdej z byłych kapitanii generalnych i wicekrólestw w taki sposób, że po pierwsze: z dwudziestu dwóch poselstw na spotkanie ostatecznie wybrało się jedynie czternaście. Dalej: mniej więcej tydzień po rozpoczęciu obrad dziwnym trafem dyskusje zaczęły schodzić na boczne tory. Miesiąc po otwarciu spotkania wszystkie procesy decyzyjne utknęły w martwym punkcie, bo ambasadorzy – a byli to ambasadorzy o charakterze pełnomocników – zaczęli upierać się, że bez konsultacji z najwyższymi władzami kraju nie będą niczego podpisywać. Cały kongres zakończył się bezowocnie. Żadnych poważnych traktatów geopolitycznych nigdy nie ratyfikowano. Został brak porozumienia i jedności w Ameryce Łacińskiej – produkt tajnej dyplomacji Stanów Zjednoczonych.

Jak taka dyplomacja funkcjonuje w praktyce?

Agenci szukają słabości delikwenta – ambasadora, właściciela ziemskiego czy innego przedstawiciela elit. Jeśli tą słabością są, dajmy na to, kobiety – umieszczają faceta w burdelu, upijają i wtedy starają się wyciągnąć jakieś deklaracje, tak po prostu. Ludzie nie chcą wierzyć, że to może być prawdą. Ale jeśli nie, to jak mi wytłumaczysz, że z całym potencjałem materialnym, całym bogactwem naturalnym Ameryki Południowej, z całym procesem industrializacji pod koniec dziewiętnastego wieku, jesteśmy tu, gdzie jesteśmy? Jeśli przeanalizujesz tutejsze wzorce medialne pod koniec dziewiętnastego wieku odkryjesz tam logikę ekstrakcji, wywożenia nieprzetworzonych surowców na zewnątrz. W Europie od przeszło tysiąca lat trwają procesy progresywnego rozwoju wewnątrz poszczególnych państw: ewolucja handlu między miastami, manufaktury i tak dalej. U nas rozwój ma znamiona czysto neokolonialne: wykorzystywanie taniej siły roboczej do wydobycia surowca, który dostarcza się na rynek światowy, a z drugiej strony: zależność od importu produktów przetworzonych.

Ale dlaczego znowu szukasz w tym teorii spiskowej: sam mówiłeś mi przy którejś okazji, że Latynos nie lubi pracować, więc – kontynuując ten tok rozumowania – szuka najłatwiejszego sposobu na zarobek, jakim jest na przykład wydobycie surowca i eksportowanie go za granicę.

Właśnie tak, ale rzecz w tym, że to nie jest proces naturalny, a indukowany przez wpływy z Północy. Zwróć uwagę, że dzieci oligarchii latynoamerykańskiej studiują zawsze w Stanach Zjednoczonych. Jeśli uczysz się w szkołach prywatnych, które na tym kontynencie zwykle są związane z klasą średnią, a zwłaszcza klasą średnią wyższą, zaczynasz uczyć się angielskiego od pierwszej czy drugiej klasy.

To dzieje się na całym świecie.

Na całym świecie to się dzieje od czasów powojennych. W Wenezueli naukę angielskiego promowano już od kiedy wprowadzono ustawę o edukacji powszechnej w latach siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku! Taka edukacja pomagała i pomaga szybciej zrozumieć kulturę dominującą w regionie. Zobacz chociażby co mamy tutaj: (Daniel rozgląda się po piekarnio-kawiarni, w której siedzimy: plastikowe stoliki o kwadratowych blatach, samoobsługa, bejsbol w telewizji) to jest typowa amerykańska kawiarnia z lat pięćdziesiątych, nie żaden klasyczny skład hiszpański z dziewiętnastego wieku! Podobnie cały ten hiperrozwój w użyciu samochodów: to też fenomen typowo północnoamerykański.

Nie ma na to wpływu darmowa benzyna?

Nie, darmowa benzyna to zjawisko relatywnie nowe, nie ma więcej niż trzydzieści lat. Problemem jest silna ekspansja kultury kalifornijskiej w Wenezueli, która rozpoczęła się mniej więcej w latach sześćdziesiątych. To widać chociażby po naszych najczęstszych kierunkach podróży. Wenezuelczycy mniej więcej do lat dziewięćdziesiątych w ogóle nie znali własnego kraju. Znali za to świetnie Nowy Jork, Miami czy Waszyngton. Dalej: zwróć uwagę, że program niemal wszystkich partii w Ameryce Łacińskiej to zawsze cywilizowanie kraju i westernizacja kultury – z drobnymi wyjątkami, takimi jak Zapatyści w Meksyku. To się ujawnia najwyraźniej, najotwarciej i najbezczelniej w programach biurokratycznych reżimów autorytarnych w końcu dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku, których bazą epistemologiczną był pozytywizm. W Wenezueli w tę tendencję wpisuje się na przykład Juan Vicente Gómez, dyktator który kontrolował kraj przez blisko trzydzieści lat, aż do swojej śmierci w 1935 roku. Gómez spacyfikował kraj po całych dziesięcioleciach rewolucji i powstań. Wenezuela uspokoiła się i uciszyła, ale utopiona we krwi, w represjach. Zabroniono działalności jakichkolwiek partii politycznych, Bank Centralny przestał być publiczny i przeszedł w ręce lokalnej oligarchii, rodziny Machado. Projekt narodowy kręcił się wokół ekstrakcji i handlu w ramach międzynarodowego systemu kapitalistycznego, stawiając kraj w roli dostawcy surowców i konsumenta produktów gotowych. To właśnie w tamtym czasie pojawia się rodzina Phelps, która rozpoczyna w kraju dystrybucję samochodów Forda, powstaje Radio Caracas, rodzina Zuluaga praktycznie monopolizuje rynek zbożowy, w rękach prywatnych znajdują się przedsiębiorstwa zajmujące się elektryfikacją, powstaje twarde skrzydło ultrakapitalistyczne: bankierzy, spekulanci finansowi i im podobni. Co ciekawe, niedługo potem pojawia się proces westernizacji i demokratyzacji, który dla odmiany nie jest całkowicie zdeterminowany ani przez oligarchię, ani przez partie polityczne: zawiera w sobie pewne cechy charakterystyczne regionu, jakiegoś ducha narodu. Chodzi mi o rząd Isaíasa Mediny Angarity. Prezydent Medina to typ pacyfisty: chociaż był profesjonalnym wojskowym, miał wyobrażenie o rzeźni, jaka stała się udziałem Wenezueli w dziewiętnastym wieku i nie miał najmniejszego zamiaru stosować podobnych metod, zwłaszcza po pacyfikacjach za rządów starego Gómeza. Przeciwnie, rozpoczyna rzeczywisty proces demokratyzacji, otwarcia politycznego, wprowadza szereg reform, w tym legalizuje partie polityczne i ustanawia ordynację bezpośrednią w wyborach do kongresu. Tym, co determinuje upadek jego rządu i zarazem procesu demokratyzacji, jest fakt, że całe to otwarcie, a do tego proces reorganizacji kraju i zmiany architektury instytucjonalnej, mają niebagatelny koszt finansowy. W latach 1943–1945 rozpoczyna się ambitny program urbanizacji kraju: powstają jedne z największych osiedli Caracas, buduje się skrzyżowania i ronda. Altamira z całą wschodnią częścią stolicy, El Silencio, Sabana Grande: to były hacjendy, które poddano urbanizacji właśnie za rządów Isaíasa Mediny. Skąd wzięto na to pieniądze? Przecież nie z rolnictwa: ubogie rodziny wenezuelskie w tamtym czasie uprawiają tyle, co na własne wyżywienie, nic więcej. Pozostaje jeszcze część plantacji, które od czasów kolonii pracują nieprzerwanie w logice ekstraktywnej, ale podatki za kawę i kakao to za mało jak na gruntowną reformę kraju. Dlatego to właśnie wtedy, w 1943 roku, podwyższa się podatek z wydobycia ropy, wprowadzając zasadę fifty-fifty: połowa zysków z ropy dla wydobywcy, połowa dla państwa [straciły na tym, rzecz jasna, koncerny wydobywcze, więc taka decyzja w Stanach Zjednoczonych nie mogła się podobać]. Co się dzieje później? W 1945 rząd Mediny pada na skutek zamachu stanu zupełnie absurdalnego, folklorystycznego: dokonują go połączone siły wojskowych i… partii politycznych deklarujących się jako demokratyczne. Obie grupy dzielą władzę między 1945 a 1948 rokiem, a projekt demokratyzacji umiera. Ściśle zdefiniowany projekt polityczny tego rządu właściwie nie istniał aż do czasu wyborów w 1948 roku, w których wygrywa pisarz Rómulo Gallegos. Ale Gallegos planował kontynuację procesu demokratyzacji rozpoczętego przez Medinę i dlatego zaraz nadchodzi kolejny zamach stanu. Władzę bierze Marcos Pérez Jiménez i kolejny reżim biurokratyczno-autorytarny ze ścisłymi związkami z krajową oligarchią w logice klientelistycznej.

W Wenezueli wspomina się go nie najgorzej: mówi się, że facet miał przynajmniej pozytywny wpływ na infrastrukturę kraju.

W porównaniu ze stopniem rozwoju Wenezueli przed jego dojściem do władzy – owszem. Ale musisz pamiętać, że w tamtych czasach to się działo we wszystkich analogicznych reżimach regionu. Wchodził new deal w swoim późnym etapie, który obejmował między innymi program rozwoju dla Ameryki Łacińskiej. Trzeba było infrastruktury, żeby te wszystkie europejskie i północnoamerykańskie dobra mogły trafić na rynek. Przecież kosmiczna lodówka, co to nalewa zimną wodę i sypie lodem, nie mogła wjechać po błotnistych ścieżynach! Zbudowano więc autostrady. Powtarzam ci, że taka była i taka jest logika międzynarodowego rynku: my mamy kupować produkty gotowe i dostarczać surowców, to nasze przeznaczenie w światowym podziale pracy.

W styczniu 1958 roku pod naporem strajku generalnego i w obliczu zamachowych tendencji środowisk militarnych generał rezygnuje i ucieka z kraju. Partie polityczne podpisują pakt z Punto Fijo, w którym definiują ramy wspólnego programu dla kraju. W założeniu ma to zapobiec kolejnym zamachom stanu.

Umowa miała umożliwić im rządzenie, uniknąć tego, co na przykład obecnie dzieje się w kraju. Polityka wenezuelska zakończyła proces, który niektórzy nazywają kanibalizmem politycznym. Aby móc zahamować wyniszczającą walkę między stronnictwami – znów: sytuacja, do której wróciliśmy w ostatnich latach – nakreślono projekt rządzenia z Punto Fijo. Treść paktu była zdeterminowana przez amerykańską dyplomację: skąd to wiemy? Bo w innym wypadku partie lewicowe, takie jak PCV (Partido Comunista de Venezuela, Komunistyczna Partia Wenezueli), nie zostałyby poza umową. Fakt, że główni aktorzy z Punto Fijo – AD (Acción Democrática, Akcja Demokratyczna, partia socjaldemokratyczna) i COPEI (Comité de Organización Política Electoral Independiente, Komitet Niezależnej Organizacji Wyborczej, partia socjalchrześcijańska) – zignorowali wenezuelską lewicę, był kompletną głupotą. Trzeba pamiętać, że proces urbanizacji i industrializacji kraju wygenerował zaczątek klasy robotniczej. Dzieci robotników, wyedukowane na uniwersytetach, stawały się aktywistami krajowej lewicy. Zostawienie tych ludzi poza paktem to strzelanie sobie w stopę: tę lewicującą młodzież z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych odnajdziesz dzisiaj jako najstarsze pokolenie w rządzie chavistów.

Ale samo uformowanie paktu z Punto Fijo chyba nie było takie bezzasadne: na początku lat sześćdziesiątych właściwie co chwilę ktoś podejmował próbę zamachu stanu, w tym niektóre odłamy PCV przechodziły do walki zbrojnej.

Uformowanie paktu nie wydaje się złe w sensie politycznym, w rozumieniu stworzenia warunków do pokojowego rządzenia krajem. Ale pozostaje głupotą w sensie historycznym, bo to, co dzisiaj widzimy w kraju, to właśnie konsekwencja umowy z pięćdziesiątego ósmego! Gdyby ludzie z AD i COPEI dysponowali w tamtym czasie zrozumieniem historycznym, wciągnęliby lewicę do politycznej gry, tak jak to się stało z partiami socjalistycznymi w Europie Zachodniej. Ale u nas to nie przeszło i w konsekwencji istnienie grupy ludzi, która pozostała poza paktem, doprowadza do takich wydarzeń, jak próba zamachu stanu przeprowadzona przez stronnictwo Cháveza w lutym 1992 roku. Dlaczego do tego doszło? Po pierwsze: przez degradację procesu biurokratycznego partii politycznych. Aktywność w partiach takich jak AD czy COPEI sekularyzuje się: przestaje być ważne, czy jesteś z przekonania socjaldemokratą, czy chadekiem. Wystarczy, że masz wykształcenie wyższe, dopchasz się do biurokracji, utworzysz twój krąg władzy i krąg klienteli, złożony z burżuazji i drobnej burżuazji, właścicieli środków produkcji w kraju. Relacje władzy ze społeczeństwem ulegają atrofii, kwitną natomiast oszustwa na skalę krajową, przekupstwa i personalizm. Stan ogólnej korupcji osiąga szczyt za rządów prezydenta Jaime Lusinchiego (1984–1989), który całkowicie traci kontrolę nad systemem politycznym w kraju. Instytucja państwa rozpada się na kręgi władzy w ministerstwach, trybunałach i związkach zawodowych. […]

Wśród nich był Chávez?

W jakiś sposób Chávez miał okazję odbierać edukację od starej gwardii, ludzi z epoki Mediny, w kręgach Akademii Wojskowej kultywujących tradycje tak zwanych „błękitnych snów”. To są faceci, dla których honor wojskowy i projekt narodowy – nie ważne z której strony sceny politycznej, ale projekt n a r o d o w y – są dużo ważniejsze niż plany oligarchii, związków zawodowych czy jakiegokolwiek odseparowanego sektora społeczeństwa, który zawsze zostawia na uboczu tanią siłę roboczą. W tym duchu, z programem odnowy moralnej państwa, porucznik Chávez rzuca wyzwanie otaczającej go rzeczywistości. I ma w ręku bardzo istotny atut. Zwróć uwagę, że kultura militarna na modłę pruską już dawno zniknęła ze światowego krajobrazu ideologicznego. Istnieje jednak kilka wyjątków, kilka bastionów tej ideologii, a są nimi Chile, Argentyna, częściowo Stany Zjednoczone, no i… Wenezuela.

Bo tutaj zawsze rządzili wojskowi?

Właśnie, i to od samego początku. Bieguny kolonizacji i eksploatacji ekonomicznej Imperium Hiszpańskiego stanowiły wicekrólestwa, natomiast Wenezuela była kapitanią generalną: stanowiła bazę wojskową o gigantycznej powierzchni, zabezpieczenie Morza Karaibskiego, tylną straż Kuby czy Panamy. To podstawowy fakt, który wyjaśnia, dlaczego dzieci lokalnej oligarchii kakaowej czy cukrowej stawały się z automatu zawodowymi wojskowymi. Przykład pierwszy z brzegu: Simón Bolívar. On nie studiował, by być politykiem, prawnikiem czy medykiem, tylko właśnie wojskowym. Przyjrzyj się innym bohaterom niepodległości kraju: Antonio José de Sucre wstępuje do wojska w wieku piętnastu lat, a Francisco de Miranda, który z powodu pochodzenia nie miał praw do studiów wojskowych w Caracas, odbywa podróż do Hiszpanii i tam… kupuje swoje kapitańskie dystynkcje. Gubernatorem kapitanii generalnej też zawsze zostawał wojskowy. W drugiej połowie dziewiętnastego wieku obserwuje się zjawisko równie istotne, mianowicie podczas wyjątkowo krwawej wojny federalnej (1859–1863) giną stare oligarchie: jedne tracą znaczenie, inne ulegają fizycznej anihilacji. Minie kilka dziesięcioleci, zanim ukształtują się nowe elity, a tymczasem teraz już zupełnie niepodzielny prym zaczyna wieść aspekt wojskowy. Dlatego w kolejnych latach widzisz właściwie co chwilę któregoś z regionalnych caudillos organizujących jakąkolwiek wojnę czy rewolucję, by tylko zawłaszczyć władzę w kraju. Przy całym barbarzyństwie ich logika jest biurokratyczno-autokratyczna, to znaczy: liczy się ten, kto ma władzę nad armią – choćby żołnierze byli ledwo żywi, w potarganych mundurach i z zardzewiałą bronią; kto ma kontrolę nad budżetem państwa – chociaż w tamtym czasie kraj był kompletnym bankrutem, i – to jest być może najważniejsze – kto ma monopol na pobór ceł. Gdy w oświeceniowej Europie powstaje militaryzm pruski, jego idee wsiąkają z niewiarygodną łatwością w wenezuelski grunt. Fundatorami naszego narodu są hiszpańscy wojskowi, ludzie którzy zostawili w tym kraju swoje życie i krew – stąd już tylko krok do mesjanistycznej legendy i ideałów poświęcenia pruskiego żołnierza, z którymi spotkasz się teraz u żołnierza wenezuelskiego, zwłaszcza wśród kadry oficerskiej. Nie wiem, czy miałeś kiedyś okazję zobaczyć wenezuelskie mundury wojskowe, na przykład mundur galowy kadetów Akademii Wojskowej. To jest typowy mundur pruski. Mało tego: jego krój dał początek męskiemu strojowi narodowemu Wenezueli, popularnemu do dziś na równinach centralnych liqui liqui. Można uznawać ubiór za drobnostkę, ale tak na dobrą sprawę jest to widoczny dowód na istnienie wpływów militarnopruskich w naszym kraju. Wenezuelska tendencja wojskowa wyrosła na czynnik niesłychanie istotny, którego fundamentalna funkcja przechodzi mimo to niezauważona. Wydaje mi się mianowicie, że armia jest jedynym elementem, który tak na dobrą sprawę daje temu narodowi jedność. Dlaczego? Bo na przykład religia na wschodzie i w centrum kraju nie ma tak silnej pozycji, jak w Andach. W drugą stronę: więzy rodzinne w Andach nie są tak silne, jak w centrum i na wschodzie. Jedyną instytucją, która może zjednoczyć naród wenezuelski, jest wojsko: Chávez tylko kontynuował tradycję obecną w tym kraju od czasów fundacji.

Dalszy ciąg wywiadu w książce Wojciecha Ganczarka „Upały, mango i ropa naftowa”.