dwutygodnik internetowy
05.06.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Herstoria i filozofia. Z dziejów Sofii

Patriarchat to żywotna bestia, a pogląd, że „miejsce kobiety jest w kuchni”, wcale nie uchodzi dziś za ekstrawagancki czy – mówiąc precyzyjniej: łajdacki. Stąd tym bardziej musimy dziś wracać pamięcią do Nawojki. Być może była legendą – a może kimś/czymś znacznie większym – archetypem emancypacji, społeczną intuicją o głębokiej niesprawiedliwości patriarchatu.

materiały prasowe

materiały prasowe

Filozofki, psycholożki, pracowniczki Uniwersytetu Jagiellońskiego – mało znane bohaterki książki „Córki Nawojki. Filozofki na Uniwersytecie Jagiellońskim 1897–1967” autorstwa Ewy Chudoby i Anny Smywińskiej-Pohl. Wspomina się o nich rzadko, jeśli nie wcale – są przypisem w dziejach rozpanoszonych na kartach podręczników do filozofii mężczyzn, co dużo mówi o dziejach ludzkości i naszej cywilizacji, społeczno-kulturowych mechanizmach jej stopniowego zdobywania wiedzy i pojmowania rozumności.

Pozwolę sobie na pewne wspomnienie. Profesorka Izydora Dąmbska: zdjęcie starszej pani w uczelnianej sali Instytutu Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, jak setki i tysiące podobnych pamiątek po zmarłych i zasłużonych, nie przyciągało nigdy na dłużej mojej uwagi. Rzecz jasna, na wszelkich możliwych szczeblach mojej edukacji miejsca na ścianach przybytków wiedzy okupowali na ogół „oni”: profesorowie i literaci, politycy i myśliciele, królowie i królobójcy, purpuraci i biedaczyny. Stąd jej portret był zauważalnym kontrapunktem. Podobnie jak sala jej imienia w tymże Instytucie Filozofii UJ przy ulicy Grodzkiej.

Jako dziecko polonistki szybko dowiedziałem się, kim była Nawojka – pewnie jeszcze jako przedszkolak. Kłamstwem byłoby udawać, że pamiętam swoje ówczesne reakcje na historię dziewczyny sprzed stuleci, która wtargnęła do obcego świata, zastrzeżonego dla mężczyzn, chronionego wszelkiego rodzaju hierarchiami i przesądami, w które przez wieki obrósł Kościół. Nawojka podobno cudem uniknęła śmierci, dzięki znakomitym świadectwom moralności profesorów Akademii. Miała zatem więcej szczęścia niż Hypatia, rozszarpana przez chrześcijan, którzy z owieczek czekających na Mesjasza zdążyli się już przedzierzgnąć w społeczność broniącą korzystnego dla siebie status quo.

Wtedy, w początkach lat 80. XX wieku, było dla mnie oczywiste, że moimi przedszkolankami i nauczycielkami są kobiety, że moja mama jest nauczycielką. To przecież zupełnie niekontrowersyjna sprawa. Dziś, znacznie starszy, mam dojmującą świadomość, że patriarchat to żywotna bestia, a pogląd, że „miejsce kobiety jest w kuchni”, wcale nie uchodzi dziś za ekstrawagancki czy – mówiąc precyzyjniej: łajdacki. Stąd tym bardziej musimy dziś wracać pamięcią do Nawojki. Być może była legendą – a może kimś/czymś znacznie większym – archetypem emancypacji, społeczną intuicją o głębokiej niesprawiedliwości patriarchatu.

Chudoba i Smywińska-Pohl prowadzą szczegółowe śledztwo, drobiazgowo nakreślają perypetie kobiet w murach przez wieki niechętnej im Akademii. I pokazują, że nawet w czasach nam bliskich filozofkom trudniej niż mężczyznom było osiągnąć istotną, a często wprost niewypowiadaną suwerenność wobec nobliwej instytucji, jej możnych reprezentantów i akademickiej społeczności. Co ważne, choć rzecz cała dzieje się w ściśle określonym środowisku intelektualnym, autorki zadbały choćby o to, żeby przedstawić czytelniczkom i czytelnikom szersze spektrum zjawisk. Opisują nie tylko poszczególne nurty feminizmu i samą specyfikę herstorii jako dziedziny badawczej, ale również dzieje Akademii przez pryzmat wielowiekowego instytucjonalnego wykluczenia i dyskryminacji kobiet. Ponadto w czytelny sposób pokazują specyfikę Uniwersytetu Jagiellońskiego na tle kolejnych epok – ciągłą perspektywą pracy jest kontekst społeczny i kulturowy, w które wpisane są indywidualne życiorysy kobiet. Ta mrówcza praca budzi szacunek i wskazuje, że autorki pomyślały swoją książkę jako narzędzie czy też płaszczyznę do dyskusji – również z tymi, które/którzy nie rozumieją wielonurtowej rzeczywistości gender studies lub są do niej uprzedzeni.

Autorki „Córek Nawojki” zwracają uwagę, że bohaterki ich pracy nie są szczególnie znane szerokiej publiczności jako filozofki: „Nie uczy się o nich w szkole i niestety, wstyd o tym mówić, pomija się je również w kształceniu wyższym. Często funkcjonują tylko jako tłumaczki ksiąg i są wymieniane jedynie w ich przypisach albo pamięta się o nich jako o oddanych sekretarkach i współpracownicach wielkich mężczyzn”. Łatwo w tym opisie odnaleźć pewien kulturowy standard, którego elementarna niesprawiedliwość zwyczajowo tłumaczona jest „naturalnym stanem rzeczy”. Notabene: czy to nie filozofia powinna być tą dyscypliną humanistyczną, która zaprzeczy mitologii „natury” jako uniwersalnego przesądu i wymówki służącej systemowej dyskryminacji? Tym bardziej że wiemy dziś dobrze, iż metafizyczne pojmowanie „natury” było również jednym z wielu konstruktów kulturowych, a zatem dziełem uwarunkowanej społecznie rozumności. To oczywiście czyni dociekanie prawdy trudniejszym, niż chcieliby politycy i demagodzy, ale też stwarza nowe perspektywy poznawcze – również takie, które włączają kobiety w dzieje wiedzy.

I jeszcze jeden wymowny cytat, który wskazuje, z jak krótką w gruncie rzeczy perspektywą historyczną mamy do czynienia, gdy mówimy o karierze naukowej kobiet w świecie Uniwersytetu Jagiellońskiego: „Pierwszą habilitantką na UJ i w Polsce, która odniosła sukces w postaci zakończenia przewodu, była biolożka Helena Gajewska, która uzyskała veniam legendi w lutym 1920 roku. Miesiąc po niej habilitację uzyskała Ludwika Dobrzyńska-Rybicka. Działo się to wszystko na interesującym nas Wydziale Filozoficznym krakowskiej uczelni. Podsumowując, pierwszą kobietą, która się doktoryzowała z filozofii ścisłej na UJ, była Stefania Tatarówna. […] Stefania obroniła doktorat w 1906 roku na temat myśli Słowackiego i Nietzschego, a Ludwika habilitowała się na podstawie pracy o etyce Hugona Kołłątaja. Pierwszą filozofką z tytułem profesora nadzwyczajnego krakowskiej uczelni była Daniela Gromska, która otrzymała go bez uprzedniego przedłożenia opublikowanej książki habilitacyjnej w 1958 roku. Pierwszą zwyczajną profesorką filozofii na UJ została dopiero Maria Gołaszewska w latach osiemdziesiątych XX wieku. Danuta Gierulanka, Janina Suchorzewska – wieloletnie pracownice UJ i filozofki nie uzyskały profesury, nawet tej nadzwyczajnej”.

„Córki Nawojki”, jak wyraźnie wskazuje podtytuł, zamykają herstoryczną opowieść w ściśle określonej czasoprzestrzeni kulturowo-społeczno-politycznej. Z drugiej jednak strony lektura podsuwa szerszą perspektywę, pozwala czytelniczkom i czytelnikom pogłębić swoje poznanie. Rzecz jednak nie tylko w prostej faktografii. Lektura daje okazję do pogłębionej refleksji nad wzajemnym przenikaniem/warunkowaniem filozofii i historii. A to już skłania do szerszej refleksji: ład patriarchalny ma przecież swoje własne historiozofie, mniej lub bardziej jawnie determinowane prymatem mężczyzn w dziejach. Herstoria również potrzebuje własnych herstoriozofii, czyli opowieści o dziejach widzianych z perspektywy innych niż męskie paradygmaty. Oczywiście, historiozofia to również telos, czyli cel. Cóż zatem powinno być celem herstoriozofii, poza samym oporem wobec świata kształtowanego przez realną i symboliczną przemoc patriarchatu? Choćby budowanie rzeczywistości, w której wiedza, dostęp do niej, instytucjonalne zarządzanie wiedzą czy poszerzanie/pogłębianie jej obszarów będą w pełni dostępne dla kobiet.

Poza tym, gdyby przyjrzeć się uważniej, klasyczny wykład historii powszechnej również jest wykładem historiozoficznym, znacznie bardziej uwikłanym w założenia i we własne cele, niż mogłybyśmy/moglibyśmy sądzić. Rzecz nie tylko w pewnym podręcznikowym opisie dziejów, ale również w rozumieniu historii, jakie zakorzenia się w społecznym imaginarium. Dziś to obraz arcyprawicowy i ultraliberalny gospodarczo. I równocześnie typowo męski – także w swoich koneksjach ze światem polityki. Bardzo dobrze pokazała to przecież Marta Dzido na kartach „Kobiet Solidarności”, a nieco wcześniej Marta wraz z  Piotrem Śliwowskim w filmie dokumentalnym „Solidarność według kobiet”. To znamienne i krzepiące, że umiejętne nakreślenie innej niż oczywista perspektywy neguje zarówno potoczny, jak i instytucjonalny obraz świata. Stąd myśl, może nazbyt optymistyczna, że stereotypy patriarchalnego świata często są mocne siłą inercji. A może „Córki Nawojki” staną się książką modną – nie w płytkim tego słowa znaczeniu, ale jako lektura, o której będą chciały dyskutować młode polskie inteligentki i młodzi polscy inteligenci.

Poza wszystkim: opowieść o kobietach Uniwersytetu Jagiellońskiego jest niesamowicie erudycyjna. Gdyby w Polsce było dość pieniędzy na kulturę, gdyby instytucje nie były tak bardzo uwikłane w bieżącą politykę, mielibyśmy znakomity materiał na cykl filmów dokumentalnych, a może nawet interesującą fabułę. Póki co jednak zachęcam do typowo inteligenckiej roboty – warto przysiąść fałd nad tą herstorią.