dwutygodnik internetowy
28.12.2015 najlepsze wywiady 2015 roku
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Halina Birenbaum: Trzeba opowiadać

Na procesie Eichmanna mówili tylko o tym, że hitlerowcy zabijali. W jaki sposób, ilu i gdzie. Ale przecież myśmy żyli w tym piekle tyle czasu, nim żeśmy umierali! Jeden żył rok, drugi żył miesiąc, trzeci żył trzy lata, a jeszcze inny, jak ja, żył całe pięć i pół roku. O tym muszę opowiadać.

 

ilustr.: Marta Basak

ilustr.: Marta Basak

STANISŁAW ZAKROCZYMSKI: Co czuła Pani, więzień Auschwitz, przemawiając przed bramą obozu do wielkich tego świata?

HALINA BIRENBAUM: Przede wszystkim wielką satysfakcję.

Z czego?

Jak to z czego? Z tego, że żyję! Po 70 latach żyję jeszcze i opowiadam nie tylko tym różnym głowom państw, ale całemu światu. I cały świat usłyszy o tym, co zobaczyłam, kiedy po raz pierwszy mnie tutaj sprowadzili. Niech wszyscy to wiedzą, niech mają przed oczami ten straszny obraz, niech poczują to wszystko, co ja wtedy czułam.

Niezwykle obrazowe przemówienie…

Tak, w ten sposób je sobie ułożyłam. Bardzo mi zależało, żeby mówić prosto i mocno. Bo przeważnie przed takimi ważnymi ludźmi pozwalają mówić takim samym ważnym ludziom spośród byłych więźniów: politykom, profesorom, historykom. Ja zasadniczo byłam zwykłym, szarym więźniem, jestem zwykłą, szarą kobietą: gospodynią domową, której świat zamyka się dziś wokół chorego męża. Mam straszne wyrzuty sumienia, że w ogóle tu przyjechałam i zostawiłam go w Izraelu. Ale chciałam, żeby wszyscy usłyszeli tę prawdę właśnie z moich ust, z tej perspektywy.

To satysfakcja, że właśnie Pani przypadła ta możliwość?

O tak, wielka satysfakcja. W imieniu Izraela nikt by mnie tu nie przysłał. Zaprosił mnie osobiście dyrektor muzeum Auschwitz. Początkowo czułam pewną tremę, ale przemawiając byłam już naprawdę bardzo pewna siebie. Bo co znaczą te wszystkie tytuły i honory wobec tego, co ja mam przed oczyma stamtąd! Tam, w Auschwitz, widziałeś człowieka, jakim był naprawdę. Nagi, odarty ze wszystkiego, oszpecony. Widziałeś, jak on się zachowywał, kiedy nie miał czym oddychać, co jeść ani gdzie się załatwić. W sytuacji, gdy kiedy stanął w błocie jedną nogą, to drugiej nie mógł z niego wyciągnąć. Wtedy już nie był żadnym dyplomatą ani prezydentem, a byli tam między nami tacy. Ten był tam wyróżniony, kto potrafił jeszcze dobre słowo jakieś powiedzieć do drugiego człowieka, a nie tylko pchać się i kląć, kto potrafił opanować głód i jeszcze coś z siebie ludzkiego pokazać w braku sił i braku jakichkolwiek warunków do życia.

W samym Auschwitz spędziła Pani około dwa lata. W getcie i obozach koncentracyjnych całą wojnę. Ponad pięć lat.

Tak. Widziałam ludzi, jak ich zwożą, jak wyrzucają z pociągu. Jak sortują ich rzeczy. Jak potem idzie ogień z ich palonych ciał. Dzień w dzień, dzień w dzień jeszcze i tak prawie dwa lata. I stałam później na górach odzieży, gdzie wszystko było wymieszane. Fotografie, listy i zapakowane jedzenie, nadgryzione i nienadgryzione. Odzież bogatych ludzi, biednych ludzi, szmaty jakieś. Co wobec tego wszystkiego znaczyły wszystkie dążenia, wszystkie zwykłe troski? Co znaczyło to, że w getcie warszawskim mój brat chciał, żebym ja się uczyła, żebym dobrze pisała? Żebym nie powtarzała w tym samym zdaniu dwa razy jednego słowa? Żebym nie robiła błędów w gramatyce polskiej czy rachunkach? Żebym ustępowała miejsca dorosłym? Takie to było zawsze ważne, a tu gdzie to wszystko? Jak nas traktują? Jak do nas mówią? W co jesteśmy odziani? Jak my wyglądamy? Giniemy w błocie, w biegunce, we wrzodach i krostach… Te obrazy zostaną mi na zawsze. A oni, mężowie stanu i akademicy, wiedzą tyle, że to było i że zginęło tyle i tyle milionów. Ale nie wiedzą, jak to było, jak się w to brnęło i ginęło masowo.

A Pani co wie?

Że te miliony to są jeden, jeden, jeden, i jeszcze milion razy jeden. I każdy inny, przeżywający śmierć inaczej. Jeden słabszy, jeden mocniejszy, jeden ładny, piękny, to pobity zostanie na miejscu, żeby od razu był załamany, żeby nie był więcej piękny. A kto był w ogóle słaby przedtem – okazywał się mocny. A ja tak się przedarłam, bo nie byłam ani piękna, ani brzydka. Byłam mała, w zgniłej odzieży i po prostu nie zwracali na mnie uwagi. Miałam czternaście lat i był we mnie jakiś niebywały sprzeciw wobec tego wszystkiego. O tym trudno mówić, bo żadne słowa się do tego nie nadają. W każdym razie te dzisiejsze nie.

Kiedy pierwszy raz tak przyszło Pani do głowy, że Pani będzie o tym opowiadać?

Ja jestem w ogóle taka, że muszę się dzielić tym, co mam w sobie. Nawet jak czytam książkę czy widzę film czy teatr, które robią na mnie wrażenie, to ja muszę się z kimś podzielić uczuciami, które wzbudził we mnie ten obraz. A co dopiero, gdy chodzi o własne życie…

Właściwie już w getcie pisałam. Jako jedenastoletnia dziewczynka. Na przykład gdy słyszałam krzyki w nocy o kawałek chleba, albo nagle jakiś strzał. To brzmi strasznie, ale już wtedy wyobrażałam sobie różne historie: to na pewno szmugler, który gdzieś przez mury przenosi chleb z aryjskiej strony, a tam czekają na niego głodne dzieci. I myślałam o tym, że jego już nie ma, on już nie wróci do tych dzieci i nie tylko jedzenia, ale ojca już nie mają.

I pisała to Pani?

Tak. To oczywiście wszystko spłonęło później w powstaniu w getcie.

A w Auschwitz?

Tam też był we jakiś przymus do opisania tego, co przeżywam. On się brał chyba z tego, że nie mogłam się z tym pogodzić w żaden sposób. Aż pewnego dnia, gdy pracowaliśmy poza obozem, znalazłam taką otwartą torbę z cementem i kawałek ołówka tuszowego. Urwałam kawał papieru, zabrałam i wieczorem zaczęłam pisać. O pociągu i o ogniu. Przeczytałam to mojej koleżance. Pracowaliśmy wtedy z Polakami, specjalistami z wolności, którzy budowali baseny do kiszenia kapusty. Widziałam, że podsłuchiwali i jeden do drugiego powiedział: „Ta jak przeżyje to napisze książkę”.

Miał rację…

Tak, ale od wyzwolenia do pisania była jeszcze długa droga.

Zaraz po wojnie, w Warszawie, nie próbowała Pani?

Nic mi nie wychodziło, nic absolutnie. Czytałam gramatykę łacińską tak jak się czyta wiersze – to mnie fascynowało. Próbowałam opowiadać bratu, którego cudem odnalazłam, i jego żonie. Ale oni woleli mnie wychowywać. Ja przeszłam przez piekło, a tu wróciłam i nagle stało się znowu ważne jak chodzę, mówię, w co się ubieram, jak wyglądam. Nie umiałam się do tego nijak przystosować.

Miała Pani kontakt z polskimi rówieśnikami?

Tak, brat wepchnął mnie do szkoły, bo uznał, że nie mogę ciągle chodzić z nim po Warszawie i opowiadać. Czułam się tam fatalnie. Doszłam pod koniec roku szkolnego, w ogóle nie orientowałam się w materiale. Ważne też, że wokół była obca młodzież, albo w ogóle, że była to młodzież.

Pani nie była już młoda?

Byłam, ale nie byłam już młodzieżą. Po tym, co przeszłam, byłam dorosła. Na pauzach bałam się krzyku, śmiechu, popchnięcia. To już nie było dla mnie. Mój brat poszedł do ministra oświaty, żeby mnie przenieśli na wieczorowe kursy dla dorosłych. Tam się lepiej czułam, ale też nie opowiadałam. Miałam numer na ręku i bywało, że na ulicy mogłam usłyszeć takie teksty: „Tylu ich zabijali, a tylu ich jeszcze zostało. Popatrz, Żydówka”. Bałam się, zaczęłam chodzić z długimi rękawami, żeby tego więcej nie słyszeć. To nie był czas, aby opowiadać. Sytuacja się nieco zmieniła, gdy trafiłam do kibucu. Najpierw na Pradze, a później na Poznańskiej. Tam raz w tygodniu siadaliśmy i każdy przy drobnym poczęstunku snuł swoją opowieść. Słuchali mnie.

Szykowaliście się do wyjazdu do Izraela?

Tak. Pięknie o nim opowiadali. Oczywiście mowa była o tym, że jest to kraina mlekiem i miodem płynąca. Że wszyscy tam na nas czekają, że jesteśmy im tak potrzebni. Że w kibucu w ogóle nie ma znaczenia, czy ktoś ma dyplom czy nie, że wszyscy są równi i każdy dostaje wszystko, czego potrzebuje, a pracuje się ile trzeba. Pomyślałam, że to dla mnie idealne, bo jak ja po tym wszystkim dostanę jakiś dyplom, jak w ogóle zdam maturę?

Nikt nie wspominał o wojnie, upale, kłopotach. Tak więc przy pierwszej możliwej okazji wyrwaliśmy się i przez pół Europy: Czechy, Austrię, Niemcy, Francję, nielegalnie, w 1947 roku dotarliśmy do Palestyny, która jeszcze wtedy nie nazywała się przecież Izraelem.

Marzenia się spełniły?

Okazało się, że wszystko było odwrotnie niż w tych pięknych opowieściach. Oni nas w ogóle nie chcieli. Chciałam opowiedzieć o moich przeżyciach komuś z nich, z tych którzy byli tam już od tylu lat, z tych ważnych. W odpowiedzi słyszałam zawsze: „Nie, nie, nie mów o Auschwitz, my już wszystko o was wiemy, to wyście byli tchórzami, nie broniliście się, my byśmy postąpili inaczej… nie, nie opowiadaj, to wstyd i hańba”. A więc trzymaliśmy się ze sobą, było nas trzydzieścioro czy czterdzieścioro nielegalnych imigrantów i opowiadaliśmy sobie, jeden drugiemu. Byliśmy bardzo nieszczęśliwi. Jakbym mogła wrócić piechotą stamtąd do Warszawy, tobym wróciła.

Co najbardziej tam Pani przeszkadzało?

Przede wszystkim kłamstwo. Wszystko, co oni mówili o równości, było wielkim kłamstwem. Byliśmy traktowani wyjątkowo źle. Dostawaliśmy głodowe racje żywieniowe, bardzo mało spaliśmy. W ogóle się nie liczyliśmy, liczyła się tylko nasza praca. Praca to była ich świętość, ich Jezus. Nieważne, jak się czułeś, czego potrzebowałeś, krwawiłeś, puchłeś – miałeś pracować i być cicho. I ta potworna, nieludzka dyscyplina. Spaliśmy w namiotach, te namioty nasiąkały wilgocią w nocy. Najpierw śmierdziały od niej, potem od prażącego słońca. Budzili nas gongiem o 6 rano. Jak w obozie…

To nie przesada?

W każdym razie reguły były podobne. Pamiętam, że gdy zaczęła się wojna, 15 maja 1948 roku, towarzysze z zarządu kibucu przybyli, mówiąc, że mamy dać dwie osoby na front do wojska i mamy ich wybierać w głosowaniu. Pomyślałam sobie: tyle razy przechodziłam selekcję, a teraz ja jej mam dokonać? Mam podnieść rękę za tym, kogo wydadzą? Kto ma być ranny, a może zabity, a kto nie? Mówili: niech idą ci, którzy jeszcze nie mają dziewczyny, to nikt nie będzie płakał po nich. Mój mąż wtedy poszedł sam dobrowolnie z drugim kolegą. Tak rozwiązaliśmy ten problem.

Odeszła Pani z kibucu…

Tak, po tym jak musiałyśmy z koleżankami prać pieluchy ewakuowanych dzieci pod ogniem z karabinów w okolicy wzgórz Golan. Okropna praca, w potwornie niebezpiecznych warunkach. Postanowiłam, że nie chcę być służącą ludzi, z którymi ponoć jestem na równi.

Zamieszkaliście w Tel Awiwie.

Tak. Pracowałam znowu ciężko, jako pomoc domowa. Jednego dnia potrafiłam trzy wielkie mieszkania obskoczyć. Ale przynajmniej nie było już tej potwornej hipokryzji. No i można mi było mówić o Shoa.

Komu Pani opowiadała? Ludziom, u których Pani sprzątała?

Tak. No jak mogłam nie opowiadać? Musieli wiedzieć, skąd ja się tu wzięłam, jak to jest, że żyję, czemu nie mam rodziców w tak młodym wieku… To było zupełnie naturalne, nie chodziło o jakieś szczególne świadectwo, upamiętnianie. Jeszcze nie…

Czemu?

To wciąż nie był jeszcze ten czas. Myśmy żyli w strasznej nędzy, długie lata pokątnie, w namiocie. Urodziło mi się dziecko. Całe lata zajęło, nim udało się, po wielu bardzo ciężkich przejściach, intrygach, oszustwach, dojść do tych dwóch pokoi z kuchnią. Życie…

Kiedy nastąpił przełom?

Nieco przypadkowo. Mój starszy syn był bardzo niespokojnym dzieckiem. Nauczycielka skarżyła się na niego. Odparłam jej: „Popatrz, on się urodził 5 lat po moim wyzwoleniu z obozu, z Oświęcimia. Ja miałam w sobie wtedy tyle napięcia, tyle strachu, tyle przeżyłam. Być może to dziecko przejęło to ode mnie i dlatego jest takie niespokojne”. A ona na to: „Przeżyłaś Auschwitz? Przyjdź do szkoły nam opowiedzieć”. I tak się to zaczęło.

Pamięta Pani to pierwsze publiczne opowiadanie?

Oczywiście. To był dla mnie potworny stres. Ja przecież nigdy wcześniej nie byłam w podobnej sytuacji. A ona przyprowadziła aż trzy klasy: trzecią, czwartą i piątą. Strasznie dużo małych dzieci. Nieprawdopodobny szum, hałas. Z początku nauczycielka w ogóle nie mogła ich uspokoić. Mówiła, że jestem wielką bohaterką i to jest zaszczyt, że mogą mnie słuchać. A im więcej mnie chwaliła, tym głośniej te dzieci wrzeszczały. Pamiętam to jak dziś: stoję, ręce i nogi mi się trzęsą i wszystko, o czym chciałam opowiedzieć, ze mnie ucieka… Aż mi się niedobrze zrobiło. Ale po chwili zdenerwowałam się, że ta nauczycielka nie może uspokoić dzieci, więc odezwałam się do tych z pierwszego rzędu, które siedziały na podłodze. Mówiłam: „Posłuchajcie, była wielka wojna i celem Niemiec w tej wojnie było zabić wszystkich Żydów. Ja nie byłam żadną bohaterką, byłam wtedy w waszym wieku i opowiem wam, jak mnie nie zabili”.

Uciszyli się?

Natychmiast. Najpierw ci z pierwszego rzędu. Reszta nie wiedziała, co się stało, więc umilkła z samej ciekawości. I zaczęłam mówić. Wszystko, co przeszłam nagle było ze mną. Wówczas nie znałam nawet jeszcze dobrze hebrajskiego i te dzieci podsyłały mi słowa, które były potrzebne. To było coś nadzwyczajnego.

O czym im Pani mówiła?

Kiedy oni tak siedzieli w klasie, przypomniałam sobie, że jeszcze na samym początku w getcie warszawskim były punkty, do których kierowano ludzi, którzy nie mieli dokąd pójść, którzy nie mieli pieniędzy ani mieszkań. Między innym wsadzali ich do dawnych szkół, do klas szkolnych, gdzie leżeli na podłodze, robili już pod siebie, byli spuchnięci z głodu. Ja to widziałam w wieku lat jedenastu. Poszłam do takiej szkoły i widziałam tam wózki z trupami, skrzynie pełne trupów, z których wystawały nogi i ręce. Przyszłam tam na przedstawienie wystawiane przez dzieci wygnane z małych miasteczek, które grały za szklankę zupy. Jedna dziewczynka, którą zapamiętałam na całe życie, wysoka, szczupła, blada, o przeźroczystej twarzy i krótkich rudych włosach, deklamowała wiersz o tym, jak ich wygnali z miasteczka i zagnali tutaj z rodziną, jak jeden po drugim umarli jej krewni i na końcu pytała po żydowsku: „Boże, czy szklanka naszych łez jeszcze nie jest pełna? Do kiedy tak?”. I to nagle mi stanęło przed oczyma: szkoła, która jest już trupiarnią, potęga grozy, śmierci i bezradności, a tutaj te dzieci szaleją. Kim one są, że ja się ich boję?

 

I dalej zaczęła Pani opowiadać w kolejnych szkołach?

Tak to się potoczyło. Choć nie wszędzie przyjmowali mnie dobrze. Jedna nauczycielka powiedziała mi kiedyś nawet, że my w czasie wojny to byliśmy „kurz ludzki”, rozumiesz? Że te dzieci dostaną kompleksów przez tę moją opowieść, bo ona upokarza naród żydowski. Wyobrażasz to sobie? Dla mnie to opowiadanie zawsze jest trudne: kiedy zaczynam, wszyscy żyją. Jest moja mama, ojciec, brat, a później po kolei ich tracę, a na koniec zostaję sama w Auschwitz. A teraz jeszcze mam się tego wstydzić, że sprowadzam na kogoś nieszczęście, że dostanie kompleksów… No ale widać dzieci mnie bardziej ceniły, bo wracały do domu, opowiadały rodzicom i z całego kraju zaczęli przysyłać zaproszenia…

Wtedy postanowiła Pani to spisać?

Nie, nie miałam w ogóle takiego zamiaru. Aż do procesu Eichmanna. On pochłonął mnie całkowicie. Przestałam gotować obiady, dawałam synom tylko jogurt, kawałek chleba i jajko. Nieustannie siedziałam przy radiu, żeby słyszeć czy świadkowie mu opowiadają to, co ja pamiętam, to, co ja wiem stamtąd, a ja wiem bardzo dużo.

I opowiadali to samo?

Nie, zupełnie nie. Mówili tylko o tym, że hitlerowcy zabijali. W jaki sposób, ilu i gdzie zabijali. Ale przecież myśmy żyli w tym piekle tyle czasu, nim żeśmy umierali! Jeden żył rok, drugi żył miesiąc, trzeci żył trzy lata, a jeszcze inny, jak ja, żył całe pięć i pół roku.

I o tym nie było nic?

O tym nikt nie mówił. A myśmy przez cały ten czas coś myśleli, czuli, przeżywali. O tym ktoś musiał powiedzieć. Bez tego nie ma żadnej prawdy o czasach Zagłady.

Dlatego decyzja o książce?

To mój mąż mnie zmusił do niej. Widział, jak przeżywam te relacje. Cały czas się denerwowałam, mówiłam: „Słuchaj, oni pomijają to wszystko, co ja przeżyłam, tu nie ma tych wszystkich doznań, uczuć, zdarzeń”. A on mi na to: „Siadaj i pisz”. Byłam w szoku, myślałam, że zwariował. Przecież ja skończyłam wszystkiego dwie klasy szkoły podstawowej. Dłuższy czas się jeszcze opierałam, myślałam, że inni, mądrzejsi, zrobią to lepiej.

A jednak zaczęła Pani pisać.

Tak, jednego dnia usiadłam w kuchni wśród gotowania i prania, wzięłam blok cienkiego papieru do pisania listów lotniczych i napisałam początek książki. „Urodziłam się w Warszawie, matkę kochałam więcej niż wszystkich…” Potem przeczytałam to i myślałam sobie, że to jest słabe, że nikt tego nie będzie czytać… Ale brnęłam dalej, pomyślałam, że to, co piszę, jest potężniejsze ode mnie. Kiedy czytałam potem mężowi (on był pierwszy), powiedział: „To będzie dobra książka, to musi wyjść, musi”.

I książka Nadzieja umiera ostatnia ukazała się, ale najpierw w Polsce, prawda?

Tak, w marcu 1967 ukazało się polskie wydanie. W ostatnim momencie, gdy coś takiego mogło tu wyjść. Rozeszła się błyskawicznie: 10 tys. egzemplarzy, świetne recenzje. Mieli robić dodruk, ale już parę miesięcy później nie było tematu: recenzje przestały się ukazywać, dodruk zniszczyli. No i nie było mowy, aby wydać ją w Czechach czy Niemczech, co było wcześniej planowane.

A w Izraelu?

A w Izraelu książka musiała poczekać 17 lat, zanim została opublikowana.

Z jakich przyczyn?

To smutna historia. Adolf Berman, wówczas poseł do Knesetu, brat słynnego polskiego komunisty, Jakuba, początkowo zachęcał mnie do pisania. Przeczytał część rękopisu i powiedział, żebym przepisała to na maszynie i dała mu, a on wszystko już załatwi. Wydałam na to całą miesięczną pensję, a potem jeszcze dniami i nocami poprawiałam. A on później przeczytał to i zabrał mi ten maszynopis.

Czemu?

Powiedział, że to jest jednak za bardzo dziecinne, że nikt tego nie puści. Że o tym Holocauście to już wiele powiedziano.

Miał rację?

Przecież w Polsce wydali mi tę książkę i ci, którzy znali ją po polsku, mówili, że to nadzwyczajna rzecz.

To czemu zatrzymał?

Bo ja w tej książce nikogo nie wybielam. W ogóle ja specjalnie utartych świętości nie szanuję: dla mnie nikt nie jest „jaśnie panie”, ani „jego eminencja”. Ja piszę po prostu to, co zapamiętałam. Na przykład taką historię o żydowskich policjantach. Kiedy zagnali nas pierwszy raz na Umschlagplatz, żydowski policjant wziął od mojego brata zegarek w zamian za ukrycie. I wtedy drugi zaczął mu przemawiać do sumienia, że tak nie wolno, że to moralnie złe. Przekonał go, brat odzyskał zegarek, a nam udało się zbiec do szkoły. A tamten drugi, co tak umoralniał tego złodzieja, dopadł nas i zabrał ten zegarek dla siebie.

Może chciał ratować własne życie?

Bzdura. To było zwyczajne draństwo. Ile on takich zegarków mógł zabrać! W tamtym czasie na śmierć szło po 10, 15 tysięcy ludzi dziennie!

Śmierć nie uświęca człowieka?

Nigdy. Tylko to, jak żyje. Sama śmierć nie uświęca.

W latach 80. w końcu opublikowali Pani książkę w Izraelu. A potem przyjechała Pani do Polski…

Tak, po czterdziestu latach. Bałam się okropnie konfrontacji z tą rzeczywistością. Przyjechałam do Oświęcimia, aby móc wejść przez tę bramę i wyjść kiedy tylko będę chciała. Chcieli dać mi przewodnika. Od razu odpowiedziałam: nie, ja nie dam się oprowadzać po tym miejscu, ja sama będę opowiadać. Bo mi od razu wszystkie te sceny zaczęły stawać przed oczami, jak koszmarne fotografie. W końcu przyszedł do mnie kierownik działu historycznego z dziewczyną, która pisała akurat pracę o dzieciach w obozie, żeby zadała mi pytania i nagrała moje odpowiedzi. A ja mu na to, że dobrze, ale najpierw chcę coś im sama powiedzieć, bo nawet nie będą wiedzieli, o co mnie pytać. Pan kierownik zdenerwował się nieco, ale ostatecznie się zgodził. I zaczęliśmy chodzić po obozie. Pokazywałam im moją pryczę, miejsce apelu, miejsca katorżniczej pracy. Byli pod wielkim wrażeniem. Wieczorem zaprosili wszystkich przewodników.

Przyszli?

Niechętnie. Bo byli zmęczeni, po pracy, a tu znowuż „jakaś więźniarka” będzie im opowiadać jak było. Ale zaczęli słuchać i byli zupełnie zszokowani.

Czym?

Tym, że ja im opowiadałam o zwykłym losie zwykłego człowieka w tym wszystkim, a nie o kilkuset tysiącach ludzkich szkieletów. I prosiłam ich o to samo, aby w tym piekle, o którym na co dzień opowiadają, widzieli żywego człowieka, który miał chwile załamania i chwile nadziei. Człowieka, który wiele razy chciał się poddać, ale jakoś przeżywał z dnia na dzień.

Potem zaczęła Pani opowiadać także w polskich i niemieckich szkołach.

Tak. W Izraelu się nawet temu dziwili, myśleli, że na pewno jest tak dlatego, że mówię coś złego o Żydach. Odpowiadam im na to, że to jest przecież również część polskiej i niemieckiej historii, więc czemu miałabym tu nie opowiadać, a Polacy i Niemcy nie mieliby tego słuchać?

Wszyscy słuchają tak samo?

Tak, uważam, że tak. To są po prostu ludzkie historie. Każdy człowiek z odrobiną dobrej woli może je zrozumieć w ten sam sposób. Zresztą ja opowiadam za każdym razem inne fragmenty tych przeżyć. Staram się nawiązać w jakiś sposób do otoczenia, w którym akurat się znajduję. Nieraz zależy to od pogody, innym razem od sytuacji politycznej. Nie robię sobie żadnego planu. Przychodzę, widzę ludzi i zaczynam mówić. Niezależnie od tego, czy są to dzieci w szkole, prezydenci w Oświęcimiu, czy dziennikarz z „Wiadomości” TVP.

Wierzy Pani, że to opowiadanie, przenoszenie pamięci, może nas przed czymś ochronić?

Nie, nie wierzę. Zło na świecie, konflikty, morderstwa będą niestety zawsze. I zawsze wynikać będą z jakichś innych, nowych źródeł, przed którymi żadna pamięć nie uchroni.

Po co więc opowiadać?

Moim celem jest po prostu to, żeby przywrócić i zachować pamięć o tych ludziach, którzy zginęli zupełnie bezimiennie, po których nie został żaden ślad. Żebyśmy pamiętali, że oni byli tu. Na tej ziemi. I żebyśmy wiedzieli, ile człowiek jest w stanie wytrzymać w skrajnych sytuacjach. To jest naprawdę bardzo ważne.

 

 

*HALINA BIRENBAUM (ur. 1929 w Warszawie), ocalona z Holocaustu, była więźniarka Majdanka i Auschwitz, pisarka, autorka m.in. tłumaczonych na wiele języków wspomnień pt. “Nadzieja umiera ostatnia”, a także książek “Powrót do ziemi praojców” oraz “Wołanie o pamięć”. W 2001 roku otrzymała od Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów tytuł Człowieka Pojednania. Od wielu lat opowiada o Zagładzie uczniom izraelskich, polskich i niemieckich szkół.

  • Stanislaw Gadomski

    Dyskusji nie podejmę, wbrew zachęcie. Relacja jest przejmująca, a niczego nie mam do dodania w temacie.
    Studiuję prywatnie, jak doszło do bezprecedensowego ogłupienia Niemców. Materiałów (niemieckich) jest w sieci mnóstwo, widocznie Niemców ten temat też nurtuje. Miało się nie powtórzyć nigdy więcej; powtórzyło się, np. w Srebrenicy. I widząc renesans hitleryzmu, nawet bez antysemityzmu, z “interesami narodowymi”, obawiam się, że to wszystko może się powtórzyć w nieoczekiwanych miejscach. Hitler wrzeszczał, że Niemcom, by nie zgineli potrzebna jest przestrzeń życiowa (Lebensraum), teraz Niemcom przestrzeń się skurczyła, a żyją tak dobrze jak nigdy w historii i jeszcze 3 miliony Turków się zmieściło. Największemu krajowi świata, do szczęścia potrzebny był jeszcze Krym, a teraz Donbas. Okazuje się, że nie tylko Niemców można tak bardzo ogłupić, “Sieg heil”, zastąpił okrzyk “Krym nasz”. Co dalej, jakie okropności nas jeszcze czekają? Czy w epoce szantażu atomowego jest jeszcze jakieś wyjście? Hitlera można było obalić tylko z zewnątrz, Rosja może się wyzwolić tylko od wewnątrz, ale na to się nie zanosi… Przepraszam, że nie na temat ale ta epoka ma też swoje koszmary.

  • Wojciech Marczewski

    A ja na temat. Wybrałem jedno zdanie, może nie najważniejsze przeżycie”: … zaraz po wojnie, w Warszawie…. – Czytałam gramatykę łacińską tak jak się czyta wiersze – to mnie fascynowało”. To akurat jest o przymusie pisania, mówienia a nie o przyczynach. O przyczynach dyskutowali inni, i na procesie Eichmanna, i z innych powodów ale dyskusje i rozważania nadal nie ustają. Wreszcie można wyczytać, że “Bez tego nie ma żadnej prawdy o czasach Zagłady.” Bez takiego opowiedzenia, … nie ma żadnej prawdy…. nawet jeśli ta jest fragmentaryczna. Były i są inne prawdy lecz o czym innym, nie o człowieku a o olbrzymiej liczbie ofiar i okolicznościach. Warto było przeczytać całą rozmowę, i koniecznie odsłuchać, aby zrozumieć sens tego przymusu opowiadania. To trzeba odebrać osobiście i z powodu tego przymusu – autora wypowiedzi. Wydarzenia i osoby nadają mu rangę.

  • Tomasz Wawrzko

    Dochodzenie do Prawdy może odbywać się jedynie poprzez Świadectwo Najbardziej porażające w Świadectwie pani Haliny jest to , że aby stać się nieuchronną niemal ofiarą Holokaustu trzeba było czekać czasem miesiącami czasem latami ,,, a tylko nieliczni przeżyli. Te miesiące czy lata trzrba było przeżywać. Trudno nam chyba dzisiaj wyobrazić sobie warunki tego życia. Jeszcze trudniej , a może wręcz niewyobrażalne jest dla nas obecnie odczucie tych emocji tkwiących w poszczególnych uwikłanych w dzieje historyczne ludzi. Dlatego wspomnienia pani Haliny są niewyobrażalny DAREM dla ludzi dociekliwych

  • Pingback: Sendyka: Niech to miejsce mówi samo za siebie | Magazyn Kontakt()

  • Pingback: Katastrofa przyćmiła to, co działo się na co dzień | Magazyn Kontakt()