dwutygodnik internetowy
21.03.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Gdyby nie było Wałęsy

Opublikowane w ostatnich tygodniach „teczki Wałęsy” służą niektórym do podważania wiarygodności „Solidarności” i zapoczątkowanych przez ten ruch przemian. Potrzebujemy zmiany myślenia o historii opozycji demokratycznej. Powinna być to zmiana jakościowa, polegająca na włączaniu doświadczenia szerokiego grona ludzi, przede wszystkim kobiet.

ilustr.: Ania Libera

ilustr.: Ania Libera

Dyskusja, która przetoczyła się w polskich mediach w ostatnich tygodniach w związku z udostępnieniem przez Instytut Pamięci Narodowej teczek Lecha Wałęsy, jest dowodem na to, że w powszechnej opinii historia to wciąż wielkie wydarzenia i ich wielcy bohaterowie. Taka perspektywa patrzenia na przeszłość wywołuje oczywiście pytania o to, czy ujawnienie „teczek Wałęsy” zmienia naszą ocenę „Solidarności” i przemian 1989 roku. Interpretowanie historii przez pryzmat wielkich jednostek często prowadzi jednak do uproszczeń i przypisywania całych zasług za zbiorowy wysiłek jednej osobie. Dlatego współczesne badania nad historią „Solidarności” coraz bardziej koncentrują się na innych aspektach ruchu: jego szeregowych działaczach i działaczkach, regionalnych strukturach czy kontekstach społeczno–ekonomicznych, dzięki którym możliwe było powstanie tak masowej organizacji. Jeżeli na „sprawę Wałęsy” spojrzymy, mając w pamięci wyniki tych badań, okazać się może, że nie był on wcale jedynym i kluczowym przywódcą ruchu, a znaczenie jego kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa ma niewielki wpływ na ocenę historyczną wydarzeń lat 1980–89.

Co by było, gdyby nie było Wałęsy?

W tak postawionym pytaniu nie chodzi mi o – popularne wśród prawicowych publicystów – dezawuowanie zasług Lecha Wałęsy czy poddawanie w wątpliwość szlachetności jego intencji. Nieważne jednak, jak bardzo cenimy jego postać, bezdyskusyjnym jest, że sam Wałęsa nie stworzyłby „Solidarności”, nie byłby w stanie samodzielnie nią kierować, a także nie doprowadziłby samotnie do porozumień Okrągłego Stołu. Opozycję demokratyczną w czasach PRL-u tworzyli też inni ludzie i warto przypominać o ich zasługach. Unikniemy wtedy sytuacji, w której podważenie wiarygodności jednej postaci przekreśla jednocześnie znaczenie całego procesu historycznego, jakim było tworzenie i funkcjonowanie najpierw legalnej, później podziemnej „Solidarności”. Interpretowana jako wielki zryw społeczny, a nie grupa ludzi zebrana wokół wybitnego przywódcy, ma również większą szansę na bycie wzorcem do naśladowania dla współczesnych ruchów obywatelskich. Warto więc tej dekonstrukcji dokonywać.

Dziwnym trafem z historią wielkich bohaterów wiąże się również wizja historii, w której nie ma miejsca dla kobiet lub odgrywają one wyłącznie role pomocnicze. Dekonstrukcja mitu Wałęsy jako jedynego przywódcy „Solidarności” i osoby wyłącznie odpowiedzialnej za przemiany zapoczątkowane przez ten ruch ma również wymiar genderowy – w miarę odkrywania zapomnianych działaczy okazuje się, jak dużą ich część stanowiły kobiety. Dziś na szczęście nie musimy już przekopywać archiwów w poszukiwaniu tych informacji – zrobili to autorzy filmu „Solidarność według kobiet”, Marta Dzido i Piotr Śliwowski, a także Ewa Kondratowicz i Shana Penn w swoich zbiorach wywiadów. Oczywiście celem nie jest pisanie historii alternatywnej – opowieści o „Solidarności” bez Lecha Wałęsy. Dostrzegając, że kluczem interpretacyjnym do zrozumienia historii związku nie musi wcale być jego najważniejsza postać, otwieramy nową dyskusję na temat tej części polskiej historii. Uodparniamy ja także na tak zwaną „grę teczkami” i uwikłanie w bieżącą rozgrywkę polityczną.

Na drugim planie?

Gdyby nie Anna Walentynowicz i zwolnienie jej ze Stoczni Gdańskiej tuż przed osiągnięciem przez nią wieku emerytalnego być może nie byłoby sierpniowego strajku i słynnych 21 postulatów. Drugi kluczowy moment, czyli rozpoczęcie strajku solidarnościowego, to również zasługa kobiet. Właśnie one powstrzymały Lecha Wałęsę i innych stoczniowców, którzy po uzyskaniu od dyrekcji Stoczni zgody na realizację swoich postulatów chcieli rozejść się do domów. Nieoceniona była rola kobiet w tworzeniu najważniejszych czasopism opozycyjnych, takich jak „Robotnik Wybrzeża” (redaktorką była Joanna Duda-Gwiazda) czy „Tygodnik Mazowsze” (w skład redakcji wchodziły między innymi: Helena Łuczywo, Anna Dodziuk, Joanna Szczęsna, Anna Bikont i Ludwika Wujec). Już z tej niewielkiej próbki widać wyraźnie, że działalność kobiet była dla funkcjonowania „Solidarności” tak niezbędna, że trudno mówić tutaj o jakiejkolwiek „drugoplanowości” tych zadań. Były one równoważnymi partnerkami mężczyzn–opozycjonistów, odgrywając zarówno role przywódcze, jak i pomocnicze.

Warto zastanowić się, czemu wkład Anny Walentynowicz, Aliny Pienkowskiej, Ewy Ossowskiej czy Joanny Gwiazdy w sukces sierpniowego protestu był przez wiele lat przemilczany, a popularna narracja skupiała się na postaci przeskakującego przez płot Lecha Wałęsy. Zła wola niektórych publicystów podpowiadałaby interpretację stricte polityczną (walkę stronnictwa radykalnego z umiarkowanym na łonie opozycji), a może nawet widziałaby w tym ingerencję Służby Bezpieczeństwa, która na czele ruchu chciała postawić „swojego człowieka”. Przeczą temu jednak późniejsze wydarzenia – chociażby zachowanie Wałęsy w czasie stanu wojennego, kiedy odmówił stanięcia na czele koncesjonowanego przez władzę związku zawodowego. Wyjaśnienia należy więc szukać gdzie indziej. Wskazówką interpretacyjną jest być może „Konspira” – zbiór przeprowadzonych jeszcze w czasie stanu wojennego wywiadów z ukrywającymi się działaczami. W barwnych opowieściach na temat życia w podziemiu i działalności opozycyjnej nie pojawia się informacja o żadnej kobiecie (poza Zofią Romaszewską, wymienioną razem z mężem). To podwójnie szokujące, gdyż z innych źródeł wiemy, że ukrywanie się wielu z czołowych działaczy było możliwe wyłącznie dzięki mrówczej pracy kobiet, szukających im bezpiecznych mieszkań i umożliwiających kontakty ze światem. Co więcej część wypowiedzi przytoczonych w książce ma wymiar wyraźnie seksistowski. Choć oczywiście przenoszenie tych opowieści, spisanych w szczególnym czasie i wyjątkowych warunkach, na interpretację całego ruchu nie jest uprawnione, to na pewno ilustruje pewne zjawisko. „Solidarność” była przede wszystkim solidarnością mężczyzn, robotników, w których wizji działalności publicznej rola kobiety mogła być co najwyżej pomocnicza. Ta perspektywa przeniesiona została później na narrację o historii opozycji demokratycznej w PRL, a odsunięcie kobiet na dalszy plan było naturalnym krokiem. Jest to również związane z historiografią skoncentrowaną na tym, co polityczne – brak tam miejsca na szeroką analizę społecznych uwarunkowań i codziennych doświadczeń zwykłych ludzi. Szczególnie widać to w podręcznikach historii, które są obecnie głównym narzędziem przekazywania wiedzy o dziejach opozycji demokratycznej w PRL. Wizja „Solidarności” wielkich bohaterów, w której brak kobiet, jest przekazywana kolejnym pokoleniom.

Zmiana, ale nie taka!

Dekonstrukcja historii „Solidarności” skoncentrowanej na postaci Wałęsy i innych mężczyzn–przywódców jest potrzebna. Nie chodzi jednak w żadnym wypadku o politykę historyczną uprawianą przez obecnie rządzącą partię, polegającą na kompromitowaniu dawnych bohaterów i zastępowaniu ich nowymi, bardziej pasującymi do wizji rządzących. Nawet jeżeli dzięki temu oddana zostanie historyczna sprawiedliwość takim postaciom jak Anna Walentynowicz czy Joanna Gwiazda, to będzie to zmiana jedynie powierzchowna. Potrzebujemy czegoś więcej – całkowitego odwrócenia perspektywy, które pozwoli nam na włączenie w narrację o „Solidarności” doświadczenia wspólnotowego, budującego więzi i obywatelskie zaangażowanie. To szczególnie ważne w kontekście edukacji kolejnych pokoleń obywateli, którzy nie mogli już przeżyć na własnej skórze tych wydarzeń i znają je tylko z opowieści rodziców i szkolnych podręczników. Takiego wspólnotowego potencjału z pewnością nie ma dzielenie się na obozy kultywujące pamięć o wybranych bohaterach i zwalczające za pomocą teczek zasługi swoich przeciwników. Tym, co naprawdę potrzebne, jest opowieść o „Solidarności” jako wielkim ruchu społecznym, którego sukces oparty był na pracy szeregowych działaczy i ogromnej mobilizacji społecznej. Pytanie o miejsce kobiet w tym ruchu jest z pewnością jednym z pierwszych kroków do napisania tej historii.