dwutygodnik internetowy
5.09.2016
magazyn papierowy


Gawryś: Czysta miłość homoseksualna

Kościół, kierując się poczuciem sprawiedliwości, mógłby uznać pragnienie osób homoseksualnych do tworzenia wiernych i trwałych związków przyjaźni. I nie wymagać od nich na samym wstępie deklaracji abstynencji seksualnej.

ilustr.: Agnieszka Świętek

ilustr.: Agnieszka Świętek

Wywiad pochodzi z 29. numeru papierowego Magazynu Kontakt,  zatytułowanego „Niebezpieczne związki”, który ukazał się jesienią 2015 roku.

 

MISZA TOMASZEWSKI, CYRYL SKIBIŃSKI: Pytania o miejsce osób homoseksualnych w Kościele i o to, jak homoseksualny katolik powinien układać swoje życie, rozgrzewają dyskutantów do czerwoności. Ile miejsca poświęca temu tematowi Biblia?

CEZARY GAWRYŚ: Niewiele, choć ze Starego Testamentu możemy na przykład wyczytać, że akt homoseksualny jest obrzydliwością, którą należy karać śmiercią. Ale pomysł dosłownego interpretowania przepisów moralnych zawartych w Starym Testamencie jest kontrowersyjny. Musielibyśmy wtedy przyjąć za słuszne choćby to, że kobiety cudzołożne powinno się kamienować.

Jednoznacznie negatywna ocena aktów homoseksualnych pojawia się także w listach świętego Pawła. Należy jednak oddzielić ich wymiar kulturowy, wraz z bagażem rozmaitych uprzedzeń, od prawdy objawionej. Poza tym greckie określenie arsenokoitai, tłumaczone w Biblii Tysiąclecia jako „mężczyźni współżyjący ze sobą”, a mogące oznaczać ludzi uprawiających męską prostytucję, pojawia się w Pierwszym Liście do Koryntian dopiero na samym końcu litanii wymieniającej tych, którzy „nie osiągną królestwa Bożego”: po rozpustnikach, bałwochwalcach, cudzołożnikach i ludziach rozwiązłych. U gorliwych katolików obserwujemy tymczasem fiksację na punkcie tej jednej kategorii. W Ewangeliach nie ma ani jednej wypowiedzi Jezusa na temat homoseksualności. Pojawiają się natomiast Jego zagadkowe słowa, że są ludzie niezdatni do małżeństwa, „którzy się takimi urodzili”. Ta niezdatność może wynikać właśnie z ich orientacji seksualnej.

Kościół mówi raczej o skłonnościach homoseksualnych niż o odrębnej, trwałej orientacji. Określenie „orientacja” jest przyjęte w nauce i wydaje się uzasadnione. Niezależnie od tego, jaka jest geneza homoseksualizmu – czy przeważają tu czynniki wrodzone, to jest biologiczne, czy nabyte, to jest psychologiczne – mamy do czynienia z czymś nieodwracalnym, obejmującym zresztą nie tylko sferę popędową, ale całego człowieka. Osoba homoseksualna, która decyduje się na wejście w tradycyjnie pojmowany związek małżeński, skazuje na cierpienie samą siebie, często też współmałżonka i dzieci, jeśli się ich doczekała.

Dlaczego, na gruncie nauczania Kościoła katolickiego, niemożliwa jest akceptacja małżeństwa jako związku dwóch osób tej samej płci?

Biblia mówi, że Bóg stworzył człowieka jako istotę płciową, mężczyznę i kobietę, których powołaniem jest zjednoczenie, prowadzące do zrodzenia nowego życia. Taki związek dwóch istot ludzkich, zasadniczo różnych, ale dopełniających się, oparty na miłości, wierności, dzieleniu życia i wzajemnym wspieraniu się, nazywamy „małżeństwem”. Chrześcijaństwo dodatkowo wzmocniło tę instytucję, uznając ją za sakrament, a więc drogę życia łaską, drogę do świętości. Sprzeciw Kościoła wyrażony w stosunku do małżeństw jednopłciowych jest nieugięty. Ja ten sprzeciw rozumiem, gdy chodzi o użycie samej nazwy „małżeństwo”. Nie możemy całej wypracowanej przez wieki kultury stawiać na głowie.

Nie jestem przekonany, że byłby to tak duży wstrząs dla naszej kultury, jak Pan sugeruje. Jakie jeszcze obawy rodzi w Panu pomysł zmiany definicji małżeństwa w kierunku, o którym mówimy?

Rozszerzenie pojęcia „małżeństwo” na związki jednopłciowe odbierałoby sens słowom „mąż” i „żona”, bo dwie osoby tej samej płci nie mogą spłodzić dziecka, a każdy człowiek w naturalnym porządku rzeczy ma ojca i matkę, i tego nie da się zmienić żadnymi ustawami. Nie da się zrównać ontologicznie małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety ze związkami przyjaźni, a nawet miłości, dwóch osób tej samej płci. W takim razie pojawia się jednak pytanie o to, jaką postawę ma zająć Kościół w stosunku do tych osób homoseksualnych, które zgodnie z najgłębiej rozumianą ludzką naturą – a jej integralnym elementem jest potrzeba miłości – pragną angażować się uczuciowo i móc dzielić życie z drugą osobą.

W Katechizmie Kościoła Katolickiego natrafiamy na wzmiankę o „bezinteresownej przyjaźni”…

Miłość niejedno ma imię. Może ona być relacją nie tylko między mężem a żoną czy między rodzicami a dziećmi, ale także między przyjaciółmi. Przyjaźń bywa bardzo silnym uczuciem, prowadzącym aż do oddania życia za drugiego, ale zasadniczo nie ma wymiaru seksualnego. Kościół uznaje taką formę miłości i akceptuje to, że osoby żyjące w związku przyjaźni dzielą ze sobą codzienność. No, ale co zrobić, jeśli te bliskie sobie osoby są homoseksualne i mają potrzebę okazywania sobie czułości? Co z ich naturalną potrzebą ekspresji seksualnej? Jak wiadomo, nauka moralna Kościoła odnosząca się do seksualności zbudowana jest na założeniu, że akt seksualny jest „zasługujący moralnie” jedynie jako wyraz miłości oblubieńczej, miłości między kobietą a mężczyzną żyjącymi w sakramentalnym małżeństwie. Skoro wierny i trwały związek dwóch osób homoseksualnych nie może być uznany za małżeństwo, to ich współżycie zawsze będzie niemoralne. Zostało to wyraźnie napisane w Katechizmie.

Według autorów Katechizmu akty homoseksualne są „ze swojej wewnętrznej natury nieuporządkowane”.

Sformułowanie katechizmowe, które głosi, że skłonność homoseksualna jest „obiektywnie nieuporządkowana”, budzi mój opór. Wynikałoby stąd, że również osoby orientacji homoseksualnej jako takie są „wewnętrznie nieuporządkowane”. Choć Kościół w innych dokumentach twierdzi, że sama homoseksualność nie jest grzechem, to jednak ostrzega, że ona do grzechu prowadzi. Czy w tym przypadku da się po prostu oddzielić, według znanej zasady, grzech od grzesznika? Czy mamy prawo domagać się od osoby homoseksualnej odczuwania żalu za to, że przeżywa miłość w jedyny sposób, do jakiego jest zdolna? To określenie moim zdaniem stygmatyzuje homoseksualistów, bo czy osoby heteroseksualne są „wewnętrznie uporządkowane”?! Doświadczenie pokazuje, że wszyscy jesteśmy „nieuporządkowani wewnętrznie”, co jest – jak poucza doktryna chrześcijańska – skutkiem grzechu pierworodnego. Jest w nas dziwne pęknięcie, które powoduje, że choć jako istoty rozumne rozróżniamy, co jest dobre, a co złe, to często wybieramy zło. Jezus swoją śmiercią na krzyżu nas odkupił, to znaczy przywrócił nam możliwość trwania w przyjaźni z Bogiem. Droga do nieba ponownie została przed nami otwarta, ale nie trafiamy tam prostą drogą, nie doświadczywszy dramatycznej walki wewnętrznej. Ten dramatyzm jest też udziałem osób homoseksualnych, które muszą wybierać w sumieniu swoją własną, niepowtarzalną drogę.

W przypadku wierzących osób homoseksualnych wybór własnej drogi jest naprawdę dramatyczny. Większość współwyznawców będzie ich nieustannie piętnować jako bezwstydnych grzeszników.

Proponuję odłożyć na chwilę rozważania z etyki seksualnej i zastanowić się nad tym, jaki jest cel ludzkiego życia oraz na czym polega rola Kościoła. „Podstawową drogą Kościoła jest człowiek”, mówi święty Jan Paweł II w „Redemptor hominis”. Dodałbym: nie idea człowieka, nie człowiek abstrakcyjny, lecz każdy żywy, konkretny człowiek, grzeszny, ale spragniony miłości. Ostatecznym spełnieniem człowieka jest spotkanie z Bogiem, które na ziemi realizuje się w relacjach z innymi ludźmi. Osoby homoseksualne, jak wszyscy, są wezwane do tego, aby realizować swoje człowieczeństwo w przekroczeniu swojego „ja”, w miłości, w tym także miłości do konkretnej, najbliższej osoby.

Katechizm wzywa osoby homoseksualne do życia w czystości. Trzeba jednak pamiętać o tym, że czystość to nie to samo co celibat, do czystości wezwani są także małżonkowie. Ich miłość ma być czysta w tym sensie, że ma zawsze liczyć się z dobrem drugiej osoby, której nie wolno traktować instrumentalnie. Wymaga to empatii, panowania nad sobą, w czym pomaga modlitwa. W małżeństwie, tak samo jak w relacji – nazwijmy to – homoseksualnej przyjaźni, miłość nie może polegać na zaspokajaniu potrzeb seksualnych. Wymaga to gotowości do bycia z drugim niezależnie od tego, jaki los nas czeka: „Nie opuszczę cię nawet wówczas, gdy będziesz stary, chory i nieatrakcyjny”.

Zaraz po tym wezwaniu jest w Katechizmie dobra wiadomość: osoby homoseksualne mogą i powinny „przybliżać się – stopniowo i zdecydowanie – do doskonałości chrześcijańskiej”. Doskonałość chrześcijańska to daleko więcej niż poprawność moralna, to życie pełnią ludzkiego powołania, a więc w miłości do ludzi i do Boga. Musimy być stale otwarci na zadania, które Bóg przed nami stawia, odsłaniając je przed nami na modlitwie, i stale nad sobą pracować. Słowem – dążyć do świętości. „Doskonałości chrześcijańskiej” żyjących w związku jednopłciowym na pewno nie da się sprowadzić do tego, że powstrzymują się od współżycia. To byłby w moim przekonaniu jakiś straszny redukcjonizm.

Co z tego wynika dla katolików żyjących w związkach jednopłciowych?

Osoby żyjące w takim związku muszą rozważyć w głębi swoich serc, na ile uznają racje Kościoła w tej kwestii, a jeśli przyjmą je za swoje, to na ile są w stanie je spełnić. Ocena takich trudnych wyborów z zewnątrz musi być bardzo ostrożna, wymaga od spowiednika szacunku dla autonomii i wolności ludzkiego sumienia. Myślę, że Kościół, kierując się poczuciem sprawiedliwości, mógłby uznać pragnienie osób homoseksualnych do tworzenia wiernych i trwałych związków przyjaźni i nie wymagać od nich na samym wstępie deklaracji abstynencji seksualnej. Kościół powinien takim osobom wytrwale towarzyszyć poprzez posługę sakramentalną, to znaczy mądrą i delikatną posługę spowiedzi, ale także umożliwiając im uczestnictwo we wspólnotach wokół słowa Bożego i liturgii eucharystycznej.

Na razie wydaje się, że pozostaje to w sferze marzeń.

Stanowisko Kościoła w kwestiach obyczajowych ewoluuje. Przecież jeszcze niedawno w upokarzający sposób traktowano w Kościele nie tylko rozwodników, ale też samotne matki z nieślubnymi dziećmi, które heroicznie dźwigały swój los, dając świadectwo szacunku dla świętości życia „od poczęcia aż do naturalnej śmierci”. Przez całe wieki Kościół uważał, że przyjemność aktu seksualnego jest usprawiedliwiona jedynie prokreacją. Osobiste doświadczenie św. Augustyna, jego bujne życie erotyczne w nielegalnym związku, wpłynęło na jego wizję człowieczeństwa i małżeństwa. Augustyn był obciążony skazą manichejską – uważał, że cielesność jest czymś jednoznacznie złym. W średniowieczu doszło do tego, że przyjemność związaną z aktem seksualnym uznawano za coś, czego należy unikać za wszelką cenę. Ten spaczony sposób myślenia zaczął się zmieniać w Kościele dopiero w XX wieku, w dużej mierze za sprawą teologii ciała Jana Pawła II.

Dziś uznajemy, że pożycie seksualne, obok prokreacji, ma na celu umacnianie więzi w małżeństwie. Budowanie jedności między dwiema zupełnie różnymi osobami to trudny proces. Przyjemność związana z seksem jest darem Stwórcy znającego naturę ludzką. Mamy więc dwie równie ważne funkcje pożycia seksualnego w małżeństwie. Można sobie wyobrazić, że jedna z nich zostanie uznana także w relacji homoseksualnej, kiedy dwie kobiety czy dwóch mężczyzn zechcą być ze sobą na dobre i na złe i wspólnie, z Bożą pomocą, dążyć do „doskonałości chrześcijańskiej”.

Analogiczna sytuacja ma miejsce w małżeństwie bezpłodnym.

Albo w małżeństwie ludzi starszych, w którym o prokreacji nie ma już mowy, a przecież pożycie trwa. Pary małżeńskie, którym udało się zbudować prawdziwą i czułą bliskość, często podtrzymują relację seksualną do później starości. A ich pieszczoty nie zawsze wyglądają tak, jak by sobie życzyli teologowie moralni.

Na zmianę podejścia Kościoła do roli seksu w małżeństwie czekaliśmy kilkaset lat. Czy na kolejną będziemy musieli czekać równie długo?

Cztery lata po podpisaniu Katechizmu w 1992 roku przez Jana Pawła II zostały doń wprowadzone poprawki, tak zwane „Corrigenda”. Zmiany dotyczą fragmentów poświęconych homoseksualizmowi. Dziś punkt 2358 KKK zaczyna się od słów: „Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne”. W pierwotnej wersji początek tego zdania brzmiał: „Znaczna liczba…”. Skąd ta zmiana?

Pewnie stąd, że trzeba było pomniejszyć znaczenie tego trudnego dla Kościoła problemu.

Właśnie. Spójrzmy na kolejne zdanie. Brzmi ono: „Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie”. W pierwotnej wersji było: „Osoby takie nie wybierają swojej kondycji homoseksualnej, a dla większości z nich stanowi ona trudne doświadczenie”. To, że „nie wybierają”, komuś się nie spodobało, bo skoro nie wybierają, to są bez winy. No i „skłonność” to co innego niż „kondycja” – kondycja jest stanem obiektywnym, natomiast skłonność – czymś, z czym można walczyć.

Dwa zdania zostały więc w istotny sposób zaostrzone. Można to interpretować tak, że stanowisko Kościoła zostało zmodyfikowane, aby homoseksualiści przypadkiem nie poczuli się zanadto „w prawach”. Skoro jednak zmiany w Katechizmie poszły w takim kierunku, to można sobie wyobrazić, że w stosunkowo niedługim czasie pójdą w przeciwnym. I usunięte zostanie na przykład zdanie o „obiektywnym nieuporządkowaniu”. Albo to o „niesłusznej dyskryminacji” – bo czy jest jakaś słuszna dyskryminacja?

Słuchając pana, wydaje mi się, że powoli zbliżamy się do odpowiedzi na pytanie o to, jak poprawić sytuację osób homoseksualnych w Kościele. Mam jednak przy tym poczucie niedosytu. Wynika ono chyba z tego, że pańskie propozycje przypominają raczej uchylenie drzwi na zaplecze niż otwarcie dla homoseksualistów głównej bramy Kościoła.

Przyjmuję perspektywę, którą można by nazwać „egzystencjalną”: wychodzę od konkretnych doświadczeń wierzących homoseksualistów. Tak się złożyło, że wiele takich osób znam, co pozwala mi zrewidować funkcjonujące na ich temat stereotypy i przesądy. Uważam, że pierwszym krokiem ze strony Kościoła powinno być dopuszczenie takich ludzi do głosu, zrozumienie tego, kim są, co czują i czego oczekują od społeczeństwa.

Stanowczo upominam się o minimum. Kościół musi się pozbyć ignorancji i arogancji, odejść od języka oskarżeń i pogardy. Postulat ten znajduje, jak myślę, mocne oparcie w Ewangelii, w postawie samego Jezusa, który dużo uwagi i solidarności okazywał różnym kategoriom wykluczonych. Katechizm również nakazuje podchodzić do osób homoseksualnych „z szacunkiem, współczuciem i delikatnością”.

Wzywanie do współczucia drażni wielu homoseksualistów.

Współczucie rozumiem podobnie jak w buddyzmie. Każdemu człowiekowi należy się współczucie, bo każdy z nas jest skazany na zło, cierpienie i śmierć. W tym sensie współczucie to miłość bliźniego. To miłosierdzie, do którego niestrudzenie wzywają nas papieże Jan Paweł II, Benedykt XVI i Franciszek.

Rozumiem pańską perspektywę, ale wydaje mi się, że proponowane przez pana podejście egzystencjalne powinno być uzupełnione szerzej zakrojonymi zmianami w nauczaniu Kościoła. Bez włączenia osób homoseksualnych do centrum wspólnoty religijnej nie uda się skutecznie przeciwdziałać wykluczeniu i napiętnowaniu, na które jako mniejszość są one narażone.

W pewnej liberalnej rozgłośni radiowej spotkałem się z oskarżeniem, że jestem homofobem, a Kościół przez swoje nauczanie czyni z życia homoseksualistów piekło. Zaprotestowałem: są także czynniki socjologiczne i kulturowe, które powodują niekomfortową sytuację osób homoseksualnych w społeczeństwie. Nie da się jednak ukryć, że Kościół w pewnym sensie legitymizuje ich dyskryminację. Mam znajomego, człowieka głębokiej wiary, który twierdzi, że za sto lat, podczas kolejnego jubileuszu, Kościół będzie przepraszał ludzkość za to, jak traktował przez wieki osoby homoseksualne. To gorzka refleksja.

Nawet jeśli w praktyce uda się poprawić nieco sytuację homoseksualistów w Kościele, brak zmiany w nauczaniu będzie rodzić też inne kłopoty. Powstać może na przykład wrażenie, że katolików żyjących w związkach jednopłciowych traktujemy z pobłażliwością, protekcjonalnie poklepując ich po ramieniu i opuszczając ze względu na nich poprzeczkę moralną.

Rozumiem te obawy, ale nie potrafię sobie w tej chwili wyobrazić tego, jak Kościół miałby poradzić sobie systemowo z tak trudnym wyzwaniem. Szukanie rozwiązania systemowego to zadanie dla teologów i biskupów. Jedno stwierdzam ze smutkiem: Kościół hierarchiczny w Polsce nie chce dotknąć tego problemu nawet jednym palcem.

 

CEZARY GAWRYŚ jest dziennikarzem i publicystą, od 1976 roku w redakcji „Więzi”, w latach 1995-2001 był redaktorem naczelnym. Wraz z Katarzyną Jabłońską przygotował książkę „Wyzywająca miłość. Chrześcijanie a homoseksualizm” (Warszawa 2013).

  • b

    W mojej głowie mniej więcej w połowie wywiadu zaistniał taki mechanizm, że nie chcę mieć z tą instytucją niczego wspólnego, bo jest to dla mnie zbędne. Pojawia sie sprzeciw, poczucie bezsensu logiki. Postuluje się, żeby wybiórczo traktowac świętą księgę własnej religii ze względu na jej bagaż kulturowy. Osobiście wybiórczo potraktuję ją także biorąc pod uwagę dogmaty. Zostanie z tego trochę mądrości i kilka przykazań, ale nie skleci się instytucji. Oprócz tego, czym jest związek przyjaźni? Zawsze myślałem, że przyjaźń nie jest seksualna. Mogę mieć kilka przyjaciółek, to znaczy, że mogę być moralnie poligamiczny. Unikasz okreslenia związek partnerski w myśl tolerancji Kościoła. Ale to żadna tolerancja, tylko uniknięcie konfliktu z jego retoryką.

  • b

    Partnerstwo =/= przyjaźń. Myśl katolicka nie dopuszcza możliwości bycia w związku osób homoseksualnych? Małżenstwo też można nazwać przyjaźnią. Ale te słowa są jednak o trochę odmiennym znaczeniu.

  • krs

    artykuł z kategorii myślenia życzeniowego, polecam to https://www.youtube.com/watch?v=bEdvItaf3zM