dwutygodnik internetowy
09.06.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Gałka: Wróciłeś, nie trzeba więcej

Jesteśmy w konfesjonale sługami Bożego miłosierdzia, a nie panami dusz ludzkich.

ilustr. Martyna Wójcik-Śmierska

Bóg jest bardzo konkretny – chce się spotkać z tobą, ze mną, a nie z bezimienną masą chrześcijan. A pojednanie i przebaczenie, jeżeli ma się dokonać, musi być osobiste, nie może być anonimowe. To nie jest pojednanie z tłumem, ale z konkretną osobą.

Z księdzem Andrzejem Gałką rozmawiają Tomek Kaczor i Ignacy Dudkiewicz.Tekst ukazał się pierwotnie w 24. numerze naszego kwartalnika, Pols-kość niezgody, który mogą Państwo kupić w prenumeracie.

 

Lubisz spowiadać?
Bardzo. Im dłużej jestem księdzem, tym bardziej. Gdy ktoś przychodzi do mnie, żeby się wyspowiadać, to pierwszą rzeczą, którą czuję, jest ogromna radość. Dojrzałem do tego, że w każdej sprawie mogę się umówić „na jutro”, ale nigdy nie odmawiam, gdy ktoś prosi mnie o spowiedź. Zdaję sobie sprawę z tego, że ten ktoś może potem długo się nie zebrać, by przyjść ponownie. Albo wręcz nie przyjść już nigdy.

Bo mądre wykłady i konferencje są bardzo ważne, ale podstawową rzeczą, którą ksiądz powinien sprawować z radością, są sakramenty Eucharystii i pokuty.

 

Dlaczego?
Bo to jest chyba największy dar, jaki przez mnie Bóg chce dać temu, który do Niego przychodzi.

 

Nie masz czasem zwyczajnie dość?
Bez względu na to, jak długa byłaby kolejka do konfesjonału, proszę dla siebie o dar cierpliwości. Bo wiem, że często do spowiedzi przychodzą ludzie, którzy się boją. A dla mnie to jest po prostu wielka frajda, kiedy mogę kogoś rozgrzeszyć, ucieszyć się, że ten człowiek odchodzi pojednany.

 

Rzuca się jednak w oczy pewien schemat, w ramach którego złe doświadczenia ze spowiedzią są często pierwszym czynnikiem odejścia od Kościoła. Potem przestaje się do niej chodzić, przystępować do Komunii, chodzić na mszę…
Wiem, że w dużej mierze to jest wina nas – księży. Jako kapłani może za mało uświadamiamy sobie, że jesteśmy w konfesjonale sługami Bożego miłosierdzia, a nie panami dusz ludzkich. Jeżeli nie uświadamiam sobie mojej własnej grzeszności i słabości, a ktoś przychodzi i potraktuję go z góry albo, nie daj Boże, jestem wścibski i zadaję mu pytania, które sprawiają, że ten człowiek nie wie, co ze sobą począć, to on tylko czeka, żeby odejść i powiedzieć: „dosyć, nie chcę mieć z tym nic wspólnego”. Dlatego, kiedy ktoś przychodzi do spowiedzi, staram się najpierw z tym człowiekiem wspólnie pomodlić: poprosić Ducha Świętego o światło dla niego i dla mnie.

 

Czasem chodzi też o czysto praktyczne opory.
Wielu ludzi nie przychodzi do spowiedzi, bo trudno im uklęknąć przy konfesjonale. Wyobrażają sobie, że wszyscy na nich patrzą. Wielu po prostu nie wie, że spowiedź wcale nie musi odbywać się w konfesjonale.

 

Dla mnie też pierwsza spowiedź poza konfesjonałem była szokiem – trudno było mi spojrzeć w oczy spowiednikowi. To jest wygodne, jak można sobie szeptać i patrzeć w podłogę…
Potem jednak na ogół docenia się ten wzrok spowiednika. Wokół spowiedzi narosło dużo zewnętrznego, niepotrzebnego balastu. A przecież ksiądz Korniłowicz już przed wojną, kiedy to było nie do pomyślenia, spowiadał ludzi w lesie, podczas jazdy wozem, na spacerze…

 

Kiedy twoja rola jako spowiednika jest szczególnie trudna?
Kiedy ktoś przychodzi do mnie i mówi, że nie zgadza się z nauczaniem Kościoła, że Kościół jest nieludzki, że mi czegoś zabrania. Trudność polega na tym, żeby znaleźć odpowiedni sposób dotarcia do niego. Proponuję wtedy, żebyśmy jego problem zobaczyli razem w świetle Ewangelii, że nie chodzi o wymysł „jakiegoś tam” Kościoła, tylko o to, co mówił Jezus i co mówi nadal w Kościele. Dobrze rozumiem ludzi, którzy tak myślą i nigdy ich nie potępiam. Tylko dwa razy w życiu zdarzyło mi się nie udzielić komuś rozgrzeszenia. I było to okropnie bolesne. Bardzo to przeżyłem. Zrozumiałem, że człowiek, który do mnie przyszedł, nie wykazuje choćby odrobiny skruchy. Nie było w nim chęci naprawienia czegokolwiek.

 

To po co przyszedł?
Kartkę podpisać przed ślubem.

 

A istota spowiedzi?
Pamiętajmy, że istotą spowiedzi jest przebaczenie. Kiedy Jezus przyszedł do apostołów po zmartwychwstaniu, powiedział: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. I to odnosiło się do apostołów, i do tego, co dzisiaj nazywamy przebaczeniem sakramentalnym. Warto jednak też pamiętać o słowach Jezusa z modlitwy Pańskiej: „Przebacz nam nasze winy, tak jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili”. Wszyscy więc jesteśmy powołani do tego, by przebaczać i odpuszczać naszym bliźnim doznane krzywdy.

 

Wracając do tych dwóch sytuacji, kiedy nie udzieliłeś rozgrzeszenia… Jak na czterdzieści lat kapłaństwa, to niewiele.
Nieraz się zastanawiam, że może jestem podczas spowiedzi zbyt liberalny. Ale jeżeli ktoś wykazuje choćby odrobinę żalu, coś próbuje zmienić w swoim życiu, to uważam, że reszta zależy od Bożej łaski. I chociaż rozgrzeszenie ma charakter sędziowski, to jednak jest to sędzia, który kocha, który pragnie mojej przemiany.

Do spowiedzi idzie się po to, żeby spotkać się z Miłosiernym Ojcem w Jezusie Chrystusie, podziękować Mu za dobro, wspólnie Go uwielbić, a następnie wyznać grzechy i podjąć pracę, spróbować zmienić swój sposób myślenia i postępowania. Często spowiadamy się z naszego życia moralnego, a spowiedź jako sakrament dotyczy przecież życia duchowego. Trzeba szukać przyczyny swoich zachowań, dotknąć czasem najgłębszych przestrzeni swojej duszy. Często ktoś się spowiada, automatycznie wyliczając: „zrobiłem to i tamto, pokłóciłem się, wypiłem, zdradziłem żonę, więcej grzechów nie pamiętam”. A ja mam wówczas wrażenie, że ten ktoś przyszedł do mnie „wziąć prysznic” i odejść. Próbuję wtedy podjąć rozmowę, ale czasem widzę, że z drugiej strony jest tylko milczenie i czekanie, żeby to się wreszcie skończyło. To kończę, bo co mogę zrobić więcej? Pozostaje modlitwa za niego.

ilustr. Martyna Wójcik-Śmierska

 

Jaka jest szczególna wartość spowiedzi indywidualnej?
Bóg jest bardzo konkretny – chce się spotkać z tobą, ze mną, a nie z bezimienną masą chrześcijan. Jestem głęboko przekonany, że spowiedź indywidualna jest dla Pana Jezusa największą radością: kiedy może przez posługę drugiego człowieka, też grzesznego, dać ci coś największego – pojednać cię ze Sobą. A pojednanie i przebaczenie, jeżeli ma się dokonać, musi być osobiste, nie może być anonimowe. To nie jest pojednanie z tłumem, ale z konkretną osobą.

 

Ale grzechy trzeba wyznać przed inną, konkretną osobą.
Pojednanie zawsze kosztuje. Wyznanie grzechów przed drugim człowiekiem rzeczywiście jest nieraz bardzo trudne, bywa bolesne. Pamiętam, jak początkowo krępowałem się spowiadać u moich kolegów księży. Dziś już nie mam tego problemu.

 

A nie jest ci trudno spowiadać przyjaciół? I po tym, jak się przed tobą otworzą, obnażą swoją słabość, wciąż mieć z nimi normalne relacje?
W kościele świętego Marcina przeważnie spowiadam znajomych – nieraz całe rodziny. Jestem powołany do tego, żeby towarzyszyć człowiekowi w jego duchowym dojrzewaniu. Swoją drogą, bardzo nie lubię, kiedy ktoś mówi, że jestem jego kierownikiem duchowym. Przecież nie mam prawa nikim kierować. Czasem człowiek przychodzi i chce przerzucić na mnie odpowiedzialność za siebie: „co ksiądz powie, to ja zrobię”. A przecież ksiądz może tylko podpowiedzieć, proponować, decyzję podejmuje – w wolności – ten, który się spowiada.

To towarzyszenie duchowe odbywa się w przyjaźni. Spowiadam, a potem możemy się spotkać i wypić lampkę dobrego wina.

 

Naprawdę nigdy nie miałeś kłopotu z tym, żeby to, co zostało powiedziane w konfesjonale, w żaden sposób nie wpływało na twoje spojrzenie na drugą osobę?
Parę razy ktoś spowiadał się z tego, że mnie oczernił. Przez chwilę było mi przykro, ale na szczęście, z Bożą pomocą, szybko to przechodziło.

 

Często mam poczucie, że mógłbym swoje spowiedzi nagrywać i odtwarzać przy kolejnej okazji – ciągle przychodzę z tymi samymi grzechami… Masz stałych penitentów, musisz to zauważać.
Z tym samym problemem poszedłem kiedyś do ojca Tadeusza Fedorowicza, u którego miałem szczęście wiele lat się spowiadać, a on z wrodzoną sobie radością odpowiedział: „dziękuj Bogu, że nie ma nowych grzechów, tylko są te stare”.

Zresztą za każdym razem jest trochę inaczej. Z każdym grzechem mamy jego większą świadomość. To, że przychodzimy do spowiedzi z tymi samymi grzechami, pokazuje z jednej strony nasze ograniczenia, ale z drugiej strony też to, że mnie to boli, że ich nie chcę.

 

A dla ciebie jako spowiednika nie bywa to irytujące?
Nigdy do nikogo nie mam pretensji, że przychodzi i mówi te same grzechy. Pojawia się często pokusa, że nie ma po co kolejny raz iść, skoro znowu będzie to samo: odejdę od konfesjonału, dalej będę popełniał te same grzechy, to nie ma sensu – jak się już wewnętrznie zmienię, to wtedy przyjdę. Nie ma nic gorszego niż takie myślenie.

 

Zapadło mi w pamięć, jak w którymś momencie, kiedy byłem u ciebie u spowiedzi, powiedziałeś: „to już nieważne, z tego nie trzeba się spowiadać”. Czy wiemy, z czego należy się spowiadać?
Ważne jest rozróżnienie na słabość i grzech. Grzech jest świadomym i dobrowolnym wyborem zła, więc z tego się spowiadam. Jeżeli natomiast jest to moja słabość czy choroba, to warto o tym porozmawiać na spowiedzi, ale nie w kategoriach zła, tylko bezradności. Często ludzie nazywają grzechem coś, co nim nie jest…

 

Ksiądz Tischner mówił, że tak naprawdę rozgrzesza się zawsze niewypowiedziane…
Kiedy idę do spowiedzi, to idę z głębokim postanowieniem wyznania wszystkiego. Nie chcę zataić niczego, nie traktuję siebie i swojego życia wybiórczo. Mogę o czymś zapomnieć. Ale przecież i tak jest mi to odpuszczone. Wiemy też, że w niektórych sytuacjach, na przykład wojna, wypadek, wyznanie grzechów jest trudne czy wręcz niemożliwe.

 

A dlaczego regularna spowiedź jest potrzebna?
Jeśli nie pójdę do spowiedzi co dwa, trzy tygodnie, to „nie mogę sobie miejsca znaleźć”. Pytam siebie: w jakiej perspektywie człowiek jest w stanie ogarnąć swoje życie i wnętrze? Miesiąca, półtora? Dłużej nie ma szans. Dlatego częsta spowiedź jest potrzebna, nawet jeśli nie jest niezbędna, żeby przystąpić do Eucharystii, bo wiemy, że tylko grzech ciężki od niej oddziela. Przychodzę po umocnienie.

 

Trochę jak regularny jogging.
Jest to jakaś forma duchowego treningu. Ale przede wszystkim jest to sakrament, który daje, jak mówili ojcowie Kościoła, niewinność duszy. Na powrót stajesz się czystym człowiekiem. Merton mówił, że spowiedź to odkrywanie w sobie piękna, że „potrzebne jest od czasu do czasu, żebyś jak grotołaz po linie ze światłem Ducha Świętego szedł na dno swojego jestestwa, żeby tam zobaczyć piękny diament – miejsce twojej duchowości, twojego spotkania z Bogiem”.

 

Czyli rozgrzeszenie rozgrywa się gdzieś głębiej, gdzie trudno dotrzeć?
Prawdziwe pojednanie nie może nastąpić w warstwie moralnej, może nastąpić tylko w warstwie ducha, jakkolwiek go postrzegać, bo dotyczy to nie tylko wierzących. Jeśli ludzie mają się ze sobą pojednać do końca, to jest to najgłębsze pojednanie serca i tej tajemnicy dotyka rozgrzeszenie.

ilustr. Martyna Wójcik-Śmierska

 

Czym jest pokuta?
W pierwotnym Kościele pokuty były bardzo surowe. Były trzy grzechy: cudzołóstwo, zabójstwo i świętokradztwo, które automatycznie wykluczały człowieka ze społeczności Kościoła. Żeby do niej wrócić, trzeba było publicznie wyznać winy i publicznie odbyć często wieloletnią pokutę. Co bardziej radykalni czy surowi kładli się w kruchcie, żeby po nich deptano. Z biegiem czasu praktyka pokutna łagodniała.

 

A jednak pokutę wciąż się „zadaje”…
Tak, bo jest ona integralną częścią sprawowanego sakramentu. Jednak dopóki uważam, że w konfesjonale to ja, Andrzej, mam nad tobą władzę i zadaję ci pokutę, to nie jest dobrze. Ale jeżeli ja, Andrzej, chcę, żebyś ty odszedł pojednany z Jezusem, bo chyba po to przychodzisz, to zadana pokuta ma ci w tym pomóc.

Jeżeli pokuta nie ma wymiaru leczniczego, to nie spełnia swojego zadania. Zawsze też pytam, czy pokuta, którą zadaję, jest możliwa do spełnienia.

 

Ksiądz Bozowski miał w zwyczaju zadawać za pokutę wyspanie się albo zrobienie sobie wolnej niedzieli…
Pokuta musi być adekwatna do sytuacji, w której człowiek się znajduje. Stąd ja również lubię zadawać niestandardowe pokuty.

 

Jak to się ma do zadośćuczynienia Bogu, przecież nie chodzi o wyrównanie rachunków?
Rzeczywiście, Pan Bóg nie chce wyrównywać ze mną żadnych rachunków. I tak bym nie był w stanie. To zadośćuczynienie tak naprawdę jest potrzebne mnie, mojemu życiu duchowemu.

Kiedy syn marnotrawny wraca do domu, ojciec wychodzi mu naprzeciw, przygarnia go. Syn chce powiedzieć, że nie jest godzien nazywać się jego synem, że będzie jego najemnikiem. Ale ojciec mówi: ja się cieszę, że wróciłeś! Największym twoim zadośćuczynieniem dla mnie jest to, że wróciłeś, nic więcej.

 

Czasem traktujemy spowiedź jako zasługiwanie sobie na Eucharystię…
To pokłosie starej praktyki średniowiecznego Kościoła, kiedy nie można było przystąpić do Eucharystii bez spowiedzi. Jeszcze w pierwszej połowie XX wieku ludzie co tydzień biegali do spowiedzi, żeby móc przyjąć Eucharystię. Ale dzisiejsze myślenie Kościoła posoborowego jest zupełnie inne.

 

To brzmi tak, jakby spowiedź była sakramentem pomocniczym.
Eucharystia, która sama w sobie ma moc uzdrowienia, jest sakramentem dającym życie, pokarmem na drogę. I możesz iść się najeść brudnymi rękoma i będziesz najedzony, ale spowiedź nam pokazuje: „zobacz, jaki Pokarm przyjmujesz”. To przygotowanie się na spotkanie. W tym sensie sakrament pokuty jest też, ale nie tylko, drogą do Eucharystii.

 

Czasem już pierwsza spowiedź zniechęca do pozostawania na tej drodze…
To bardzo ważne, żeby dziecko, które przychodzi do spowiedzi, się nie bało, a przygotowanie przez katechetów i rodziców odbywało się w spokoju i bez stresu. Dorośli często zapominają, albo nigdy się nie dowiedzieli, że spowiedź jest spotkaniem z kochającym Ojcem. Dzieci, które spowiadam przed pierwszą Komunią, najpierw prowadzę do ołtarza, do tabernakulum, które otwieram i klękam z dzieckiem i jego rodzicami. Chcę wprowadzić je w przestrzeń sacrum, żeby zrozumiało, że nie przychodzi do mnie po to, żeby opowiedzieć mi, jak to narozrabiało, tylko po to, żeby spotkać Kogoś, kto je bardzo kocha i na nie czeka. W mniejszym stopniu zwracam uwagę na te ich grzechy wypisane na karteczkach.

Jeżeli ksiądz potraktuje dziecko w sposób zasadniczy, surowy, obcesowy lub ledwo dziecko coś powie, już je rozgrzesza, bo tam stoi kolejka, to aż chciałoby się powiedzieć, że ten ksiądz popełnia grzech i powinien też iść do spowiedzi.

 

Pewien ksiądz opowiadał mi kiedyś, że dla niego bardzo mocnym doświadczeniem jest sytuacja, kiedy przychodzi do niego człowiek do spowiedzi, a on, jako spowiednik, ma świadomość, że rozmawia z kimś dużo od niego lepszym…
Tak. Nieraz zazdroszczę ludziom, którzy spowiadają się z całą pokorą, otwierając swoje serce i sumienie. Takich spowiedzi miałem wiele. Uświadamiam sobie nagle, że spowiadam świętych ludzi, którzy chcą być jeszcze bliżej Pana Jezusa. Dlatego nie rozumiem tych, którzy nie chcą spowiadać. Jezus daje księdzu, który spowiada, takie łaski, że trudno to pojąć. Dzięki temu, że spowiadam takich ludzi, sam lepiej się spowiadam.

 

Wracamy do początku naszej rozmowy. Dużo znasz takich księży, którzy nie lubią spowiadać?
Niewielu. Mówi się też, że młodzi księża nie lubią spowiadać, ale takie uogólnienie jest krzywdzące.

Znam młodych księży, którzy są gorliwymi spowiednikami. A z drugiej strony, kiedy młody ksiądz przychodzi na pierwszą parafię, to wydaje mu się, że on musi wszystko pozmieniać, przecież tyle zadań przed nim, a ma siedzieć w konfesjonale? Babcie tylko przychodzą – szkoda czasu! Potem człowiek dojrzewa.

 

Jest mi jednak zwyczajnie żal, że tak wielu ludzi z powodu złych doświadczeń ze spowiedzią odchodzi od Kościoła…
Mnie też jest żal. Bo myślę, że nie uświadamiają sobie, jak wielką łaskę tracą. A świadomość, że ja, ksiądz, mogę być powodem tej straty, jest czymś bardzo smutnym. Dlatego modlę się za siebie i moich współbraci, abyśmy nigdy nie przeszkadzali Panu Jezusowi w spotkaniu z człowiekiem przychodzącym do spowiedzi. A Pan Bóg sobie z tym poradzi.

 

Ks. Andrzej Gałka jest kapłanem od ponad czterdziestu lat. Rektor kościoła świętego Marcina w Warszawie, krajowy duszpasterz osób niewidomych, kapelan Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie, doktor teologii, historyk Kościoła.


Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.