dwutygodnik internetowy
05.03.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Do wyboru, do koloru

Czy Margaret Thatcher jest chlubnym wyjątkiem od reguły? Czy czasy, w których ludzie tacy jak ona (niezależnie od tego, czy zgadzamy się z jej polityką) mogli dojść do władzy, rozpłynęły się całkiem w PRowej magmie? A może jednak w demokratycznej polityce wciąż można „robić coś, a nie tylko być kimś” i, idąc na minimalne ustępstwa, wygrywać wybory? Zaraz, ale czy nie od niewielkich ustępstw zaczynał Morris? Nie umiał być konsekwentny?

Polityka to brudna gra, w której nie ma miejsca na szlachetne środki. Polityka jest narzędziem ludzi, którzy dla wielkich idei są w stanie zaryzykować wszystko. Czy te tezy są sprzeczne względem siebie? Trudno zaprzeczyć. Czy obie nie miały swoich zwolenników w każdej z historycznych epok? Zapewne miały. Jednak każda z nich jest najwyraźniej wciąż na tyle pociągająca, aby nakręcić pod nią film. I zbić na nim fortunę.

 

O słuszności pierwszego zdania przekonują „Idy marcowe”. Przedstawiony w tym filmie świat polityki nie pozostawia nam, odbiorcom i wyborcom zarazem, żadnych złudzeń. Jesteśmy na każdym kroku manipulowani i okłamywani. Nasza decyzja w kabinie za kotarką zależy prawdopodobnie od tego, który z kandydatów stał wyżej w trakcie debaty telewizyjnej, a to, czy prezentował się w niej jako anioł pokoju, czy apelował o zbrojne nawracanie ciemnych ludów na demokrację, świadczyło pewnie o tym, który z partyjnych kolegów zaproponował mu wyższe stanowisko. Nie łudźmy się również, że wyznawane przez kandydata niczym Biblia konstytucyjne prawa obywatelskie są prawami członków jego sztabu, ani tym bardziej, że wykonują oni swoją morderczą pracę z jakichkolwiek innych przyczyn, niż dla własnej kariery. Stopień ich poświęcenia zależy od możliwych korzyści. Przecież nie wierzą w żadną „nadzieję” czy „zmianę”. Należałoby też z większym dystansem podchodzić do prasy, której „nie jest wszystko jedno”. Dziennikarze są takimi samymi pionkami w grze, jak i politycy. Może nawet ważniejszymi, bo przeważnie to im płaci się za odpowiedni dobór informacji. No i dysponują jeszcze dyskretnym szantażem.

Zresztą, nie ma w tym wszystkim niczego nowego. Rad, których gubernatorowi Morrisowi udziela w filmie jego asystent, Machiavelli chętnie użyczyłby swojemu „Księciu”. Zapewne miałby tylko problem z utrzymaniem tak dużego sztabu, a wobec kobiety, która mogłaby sprawić problemy jego suwerenowi, zastosowałby jeszcze okrutniejsze środki… W końcu wszyscy od dawna wiemy, jakimi prawami rządzi się polityka. W „Idach marcowych” otrzymujemy tylko kolejne ich przypomnienie. Podane w hollywoodzkiej formie, opakowane w błyskotliwe dialogi i czarujący uśmiech George’a Clooneya. Nie ma do czego wzdychać, za czym się oglądać, tylko albo zaakceptować ten stan rzeczy, albo…

 

Wybrać się na film o polityku, który dzięki swej nieustępliwości odmienił bieg historii. Jeśli miał jakieś słabości, to wynikały tylko ze zbyt daleko idącej wiary we własne ideały, rzadziej – w samego siebie. Nie zważał na partykularne interesy partyjne, okrzyki niezbyt roztropnych ludzi zwalnianych z pracy, ani kule armatnie na południowej półkuli. Wszystko, dodajmy, po to, aby móc uczynić swój kraj silniejszym, a naród bardziej dumnym. Jeśli dał specjalistom zmienić swój wizerunek, to tylko tak, aby być jeszcze bardziej sobą. Jeśli nie zgadzał się z podszeptami doradców, po prostu ich beształ. Na dodatek jeszcze był kobietą. Kobietą, która aby osiągnąć to wszystko, musiała przebić się przez gąszcz konwenansów i stereotypów, a nawet, czego lepiej głośno nie mówić, przybierać pozę mężczyzny. Nigdy jednak nie zmieniła swoich poglądów.

Doprawdy trudno nie dać się porwać oracjom „Żelaznej Damy”, granej w dodatku przez fenomenalną Meryl Streep. Choć scenariusz jest dość sztampowy (wyskakujący niespodziewanie zza krzesła Dennis Thatcher w urodzinowej czapeczce na głowie cytuje chyba podręcznik do historii dla liceum na poziomie podstawowym), forma na wskroś konwencjonalna (sceny pompatyczne przemieszane na zasadzie retrospekcji z intymnymi), a całość prawie nudnawa, to przecież przyjemnie czasem obejrzeć film o „wielkim człowieku”. Zwłaszcza, jeśli lekkie zakreślenie jego wad dodaje obrazowi złudnej wiarygodności. Choć autor scenariusza przyznaje, że pani premier nie była najczulszą żoną, ani mamą (rozwija ten wątek przez dziesiątki minut), to właściwie nie do końca jasne jest, do czego zmierza. Skoro Margaret już przy oświadczynach zapowiedziała, że od małżeństwa ważniejszy jest dla niej mandat poselski, to późniejsze fochy zmarłego małżonka byłej premier rządu JKM wydają się być co najmniej niedorzeczne…

 

Czy Margaret Thatcher jest chlubnym wyjątkiem od reguły? Czy czasy, w których ludzie tacy jak ona (niezależnie od tego, czy zgadzamy się z jej polityką) mogli dojść do władzy, rozpłynęły się całkiem w PRowej magmie? A może jednak w demokratycznej polityce wciąż można „robić coś, a nie tylko być kimś” i, idąc na minimalne ustępstwa, wygrywać wybory? Zaraz, ale czy nie od niewielkich ustępstw zaczynał Morris? Nie umiał być konsekwentny? A może i z jego prezydentury wynikłoby coś sensownego? Wychodząc z kina warto zadać sobie te pytania. Lubimy się określać, a w końcu wypada wiedzieć, czy jesteśmy „doświadczonymi realistami”, czy „szlachetnymi naiwniakami”…

W każdym razie twórcy obu filmów nie okazali się być tymi ostatnimi. Ponoć zyski „Id marcowych” przewyższyły już pięciokrotnie wkład włożony w ich produkcję, a Żelazna Dama w trzydzieści lat po inwazji na Falklandy podbiła właśnie Kodak Theatre.