dwutygodnik internetowy
30.01.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

“Chciwość” – recenzja

“Chciwość” to więc ani thriller, ani moralitet, ani dramat psychologiczny. Tych, którzy spodziewali się łatwych emocji albo łatwych odpowiedzi film wytrąci z równowagi – i bardzo dobrze. Bo dążenie za wszelką cenę do równowagi wcale nie musi być dzisiaj właściwą drogą. Pokazany w filmie kryzys w końcu nadal trwa i wciąż nie wiadomo dokąd zmierza.

Idąc na film „Chciwość” spodziewałem się uwspółcześnionej wersji „Wall Street” Olivera Stone’a: niezłego thrillera o szczytach światowej finansjery, zachowującego nutę krytycyzmu wobec świata, o którym opowiada, ale mimo wszystko upajającego się nim jak światem z baśni o Złej Królowej. Zawiodłem się. Ale może o to właśnie chodziło?

***
Jak przekonują lewicowi krytycy współczesności (m.in. Slavoj Zizek), specyfiką dzisiejszej odmiany kapitalizmu jest to, że wszelkie próby sprzeciwu i podważenia jego status quo są natychmiast wchłaniane i przetwarzane przez system. Potrzeba buntu wobec rzeczywistości opanowanej przez korporacje i globalny rynek jest po prostu kolejną „niszą” w owym rynku, którą przy odrobinie sprawności można zagospodarować. I nieźle na tym zarobić. Zwłaszcza, że ci,którzy się buntują, do najbiedniejszych raczej nie należą. Symbolem tego zjawiska mogą być znane wszystkim koszulki z Che Guevarą, który w latach 90. stał się nie tylko ikoną popkultury, ale czymś w rodzaju „logo” gwarantującego dobrą sprzedaż t-shirtów. Mało który nabywca zastanawiał się nad tym, czy koszulka z symbolem rewolucji nie jest przypadkiem wyprodukowana rękami dzieci z fabryki w Bangladeszu. Można słuchać Rage Against The Machine, ekscytować się Banksym, z uwagą śledzić „sztukę krytyczną”, a jednocześnie nosić buty Nike, pić coca-colę i posiadać konto w wielkim międzynarodowym banku. Dla przytłaczającej większości ludzi nie ma w tym żadnej sprzeczności. Również dlatego,że nienoszenie “najków” byłoby traktowane jako pusty gest: i tak, co byśmy nie zrobili, system będzie działał tak, jak działa: jak dobrze naoliwiona machina. A kontestowanie go to tylko wentyl bezpieczeństwa, który co jakiś czas trzeba odkręcić.

Wybuch światowego kryzysu finansowego w 2008 roku, o którym opowiada film „Chciwość”, był pierwszym momentem, w którym można było w ten mechanizm zwątpić. Od chwili, gdy poznaliśmy rzeczywiste rozmiary kryzysu (a raczej przekonaliśmy się, że nikt do końca tych rozmiarów nie zna), na świecie trwa dyskusja, czy obecny kryzys jest po prostu jednym z wielu „dołków” należących do żelaznej logiki rynku, ale różniącym się jedynie rozmiarami, czy też jest to wydarzenie, które wychodzi poza tę logikę i przekonuje, że (parafrazując jednego z najwybitniejszych myślicieli schyłku XX wieku Tony’ego Judta) „w naszym sposobie życia jest coś głęboko błędnego”? Odpowiedzi na to pytanie na razie nie poznaliśmy, ale wiemy już, że kryzys spowodował nie tylko odwrócenie się od neoliberalizmu jego wybitnych przedstawicieli (m.in. Jeffreya Sachsa), ale także masowe protesty młodych ludzi w krajach bogatego Zachodu, którzy po raz pierwszy nie boją się powiedzieć głośno tego samego, co napisał Judt w swojej książce-testamencie pt. „Źle ma się kraj”.

A jak na to wszystko reaguje machina rynku? Czy kryzys, protesty Ruchu 99% i zachwianie światowej gospodarki można przerobić na kolejny „produkt” – symbol, który ma szansę się dobrze sprzedać, bo wszyscy go znają i o nim rozmawiają? Zanim zobaczyłem film „Chciwość”, widziałem już reklamę dezodorantu AXE z hasłem „anarchy is coming”, w czytelny sposób nawiązującą do ulicznych protestów 2011 roku. Wprawdzie film J.C. Chandora to nie komercyjna hollywoodzka superprodukcja – raczej amerykańskie “ambitne kino”, ale z gwiazdorską obsadą i pewnie niezłym budżetem.

Okazuje się, że pierwszy film o kryzysie jest kameralnym, stonowanym dramatem, pokazującym ludzi uwikłanych w system, który jest do tego stopnia pełen paradoksów, że dawno utracili nad nim jakąkolwiek kontrolę. Młodzi maklerzy, odkrywający, że ich bank handluje papierami wartościowymi, które w rzeczywistości są bezwartościowe (zjawisko znane pod nazwą „bańki spekulacyjnej”, od którego zaczął się krach 2008 roku), to bohaterowie jakby żywcem wyjęci z prozy Franza Kafki. Przemieszczają się po kolejnych, coraz bardziej niedostępnych piętrach swojego biurowca, informując o swoim odkryciu kolejnych szefów, aż dotrą do Tego na Samej Górze. Wiedzą, że zaraz pewnie sami wylecą, ale są bezsilni, nie chcą być bohaterami, ale starają się po prostu dobrze wykonywać swoją pracę. Z kolei “u góry” rozgrywa się iście szekspirowski dramat władzy – szefowie mają świadomość nadchodzącego krachu, ale są na tyle skorumpowane przez władzę i pieniądze, że gra toczy się tylko o to, kto z nich przetrwa (lub odejdzie z najwyższą premią – o nie właśnie najbardziej oburzali się ludzie protestujący na Wall Street).

Akcja filmu toczy się na tyle powoli i jest fotografowana tak statycznie, że chwilami przypomina raczej… polski Teatr Telewizji , a nie amerykańskie kino. Całość akcji rozgrywa się w dialogach, ale nawet one nie są tak błyskotliwe jak to zwykle bywa „w amerykańskich filmach” – bohaterowie są zbyt zmęczeni i zrezygnowani, by rzucać łatwo zapadającymi w pamięć frazesami. Jedyny ślad „american dream” widać w postaci głównego analityka – z pochodzenia hindusa, dzięki któremu zachowana zostaje złota zasada poprawności politycznej. Nie ma seksu – choć jest piękna kobieta (grana przez Demi Moore), ale i ona jest wyraźnie zniszczona przez życie, a kamera jak na złość co i rusz pokazuje jej pomarszczone dłonie. Pieniądze to tylko liczby; bohaterowie ciągle zastanawiają się, kto ile w firmie zarabia i jaką dostał premię, ale te niewiarygodne kwoty przyjmowane są przez nich z dużą obojętnością. Reżyser w bardzo sprytny sposób ucieka od osądzania bohaterów – nie są ani dobrzy ani źli, nie wiemy nic o ich życiu prywatnym, oni tylko “przepychają cyfry na ekranie”. “Ten film powstał po to, żeby pokazać, że tam też pracują normalni ludzie, a nie jakieś potwory” – usłyszałem od jednego ze znajomych po seansie. Nie do końca: reżyser nie rozgrzesza anie nie osądza bohaterów, a jeżeli kogoś oskarża, to raczej system, w którym można “przepychać cyfry na ekranie” udając, że są warte miliony dolarów, i nie przejmować się konsekwencjami tego procesu dla “normalnych ludzi” (“pieprzyć normalnych ludzi!” – mówi jeden z bohaterów, gdy drugi zaczyna prawić morały.)

“Chciwość” to więc ani thriller, ani moralitet, ani dramat psychologiczny. Tych, którzy spodziewali się łatwych emocji albo łatwych odpowiedzi film wytrąci z równowagi – i bardzo dobrze. Bo dążenie za wszelką cenę do równowagi wcale nie musi być dzisiaj właściwą drogą. Pokazany w filmie kryzys w końcu nadal trwa i wciąż nie wiadomo dokąd zmierza. To, że nawet popkultura opowiada o nim w tak dziwny, niepokojący i niestandardowy sposób, jest kolejnym powodem, by poważnie zastanowić się nad słowami Tony’ego Judta. I zamiast oczekiwać, że za jakiś czas „wszystko wróci do normy”, przemyśleć jeszcze raz, co powinniśmy za tę normę uważać.

„Chciwość” (Margin Call), reż. J.C.Chandor, USA 2011