dwutygodnik internetowy
01.06.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Chciwość miasta

Może to tworzenie enklaw jest efektem chęci potwierdzania własnego statusu społecznego przez tych, którym „się powiodło”? A grodzenie przestrzeni ma tak naprawdę wyraz symboliczny – chodzi nie tyle o nasze bezpieczeństwo, ile o to, by za płotem pozostali ci „inni”?

Ilustr.: Justyna Krzywicka

Ilustr.: Justyna Krzywicka

Tekst pochodzi z 27. numeru Kwartalnika „Kontakt” pt. „Niema bieda”

Jest wiele prawd o współczesnym świecie, które – choć doniosłe – powtarzane jak mantra, stają się banałami. Jedna z nich brzmi: świat przenosi się do miast. W 1950 roku tylko 30 procent światowej populacji mieszkało w miastach, dzisiaj mieszka w nich 54 procent. W połowie obecnego stulecia – według prognoz ONZ – będą to już dwie trzecie ludności globu. Eksperci co chwila powtarzają więc, że miasta są przyszłością naszego świata i że to na ich rozwoju powinniśmy skupić swoją uwagę. Niektórzy mówią nawet, że to burmistrzowie, a nie prezydenci, powinni rządzić światem.

Inna prawda głosi, że żyjemy w warunkach ogromnego rozwarstwienia ekonomicznego. Aktualna szczególnie od momentu wybuchu kryzysu finansowego w 2007 roku, prawda ta potwierdza się w raportach publikowanych przez organizacje międzynarodowe. Czytamy w nich na przykład, że 10 procent członków naszych społeczeństw, którzy zarabiają najwięcej, w dalszym ciągu się bogaci, a dziesięcioprocentowa grupa najbiedniejszych wciąż ubożeje. Dotyczy to także krajów uważanych za intensywnie rozwijające się, takich jak Polska.

Wychodzi na to, że obydwa procesy postępują równolegle. Świat przenoszący się do miast jest zarazem światem pogłębiających się nierówności społecznych. Czy istnieje związek między obydwoma zjawiskami? Aż prosi się o to, żeby założyć, że migracja do miast jest efektem rosnącego rozwarstwienia – sposobem na poszukiwanie szansy na lepsze życie. W dziejach świata byłoby to zjawisko wcale nienowe. Warto jednak postawić inne pytanie: czy to, jak rozwijają się miasta, przyczynia się do rozwiązania problemu nierówności społecznych? Trudno wszakże od samych miast oczekiwać, by rozwiązywały problemy globalne (choć niektórzy myśliciele, jak choćby Benjamin Barber, autor książki „Gdyby burmistrzowie rządzili światem”, wysnuwają takie daleko idące wnioski).

Wydaje się, że programem, który miasta z powodzeniem mogłyby realizować, jest łagodzenie skutków nierówności społecznych. Miasta są przede wszystkim przestrzenią do życia; przestrzenią wspólną dla wielu różnych ludzi. A właściwie: powinny nią być. Kształtowanie przestrzeni jest jednym z głównych narzędzi, jakimi dysponują włodarze miast. Możliwości wpływania przez nich na politykę społeczną czy mechanizmy redystrybucji dochodów są ograniczone i wynikają z przyjętych w danym kraju norm. Ale wciąż mogą oni na własną rękę kształtować przestrzeń – tak, aby była miejscem spotkania i wspólnego życia ludzi, niezależnie od dzielących ich różnic etnicznych, kulturowych i materialnych. Mogą – ale czy rzeczywiście to robią?

 

###

„Jestem z Powiśla. Pomóż mi być takim jak ty” – prosi, patrząc na mnie przenikliwym wzrokiem, piegowaty chłopczyk. Na wypadek gdybym nie wiedział, co znaczy „być takim jak ja”, dopowiada: „skończyć szkołę, założyć rodzinę, zasłużyć na szacunek”. Chłopczyka spotkałem nie na ulicy, ale na ulotce towarzystwa dobroczynnego działającego na warszawskim Powiślu. Autorzy kampanii społecznej dopisali mu taką kwestię, a ja intensywnie zastanawiam się nad tym, czy dzięki skończonej kilka lat temu edukacji i niedawnych narodzinach dwójki dzieci czuję, że „zasłużyłem na szacunek”.

Nie czepiajmy się jednak pomysłodawców akcji, zapewne chcieli dobrze. Bardziej znamienne wydaje się samo zestawienie identyfikacji „jestem z Powiśla” z tematem biedy i wykluczenia. Mamy przecież początek XXI wieku, a nie końcówkę XIX. Powiśle jest dzisiaj luksusową dzielnicą, w której na każdym skrawku wolnego terenu powstają nowe apartamentowce, a ceny metra kwadratowego należą do najwyższych w skali kraju. Ale może to tylko pozory, a pod tą warstwą bogactwa kryje się nadal bieda, której nie widać – bo i nie ma jak jej dostrzec?

 

###

Obraz „biednego Powiśla” unieśmiertelnił w „Lalce” Bolesław Prus. Strach dziś podchodzić do matury z polskiego bez znajomości motywu spaceru Wokulskiego po Powiślu. „Szedł, przez brudne szyby zaglądał do mieszkań i nasycał się widokiem szaf bez drzwi, krzeseł na trzech nogach, kanap z wydartym siedzeniem, zegarów o jednej wskazówce z porozbijanymi cyferblatami. Szedł i cicho śmiał się na widok wyrobników wiecznie czekających na robotę, rzemieślników, którzy trudnią się tylko łataniem starej odzieży, przekupek, których całym majątkiem jest kosz zeschłych ciastek – na widok obdartych mężczyzn, mizernych dzieci i kobiet niezwykle brudnych”. Fragment ten miał stanowić dowód na społeczną wrażliwość bohatera, który jest ideałem przedsiębiorcy – robi interes nie tylko dla samego interesu, ale także po to, by „kreować PKB”, jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Interesuje się kondycją niższych warstw społecznych, ba – nie boi się nawet „zajrzeć przez brudną szybę” do mieszkania nędzarza.

Warto pamiętać o tym, że Wokulski zapuszcza się na Powiśle właściwie przypadkiem. Wrażliwy przedsiębiorca, pogrążony w myślach, wychodzi ze swojego sklepu przy Krakowskim Przedmieściu i zmierza w stronę Wisły nie dlatego, że chce się przekonać, jak żyje się w oddalonej zaledwie o kilkaset metrów od „salonów stolicy” dzielnicy nędzy. Trafia na Powiśle z rozpędu. Skręcił w niewłaściwą stronę. Zapatrzył się, zamyślił, zagapił. Mogło się to przydarzyć każdemu majętnemu mieszkańcowi Warszawy jego czasów. Czy to samo mogłoby przydarzyć się dzisiaj?

 

###

„Zapatrzyłem się, zamyśliłem, zagapiłem. Bo dzisiejsze wydarzenia polityczne, o tak ogromnej skali korupcji w naszym kraju, spowodowały, że bardzo o tym myślałem. O stanie naszego państwa. I ten obraz był tak przerażający, że dojeżdżając do świateł, uderzyłem w tył samochodu”. W ten sposób tłumaczył się ze spowodowania wypadku za kierownicą swojego porsche słynny agent Tomek. Nie, nie szydzę z Wokulskiego i nie zestawiam go z cynicznym bogaczem na przedwczesnej, policyjnej emeryturze. Trudno jednak nie dojść do wniosku, że współcześni mieszkańcy miasta z „wyższych sfer”, nawet ci wrażliwi i skłonni do zadumania się nad losem kraju, prędzej skończą jak agent Tomek niż jak Stach Wokulski. Dlaczego? Bo dzisiejsi Wokulscy po mieście najczęściej poruszają się właśnie samochodami. Nawet jeśli nie jest to porsche, ale – powiedzmy – ford focus, a zamyślenie jest autentyczne, to ci, którym się mniej lub bardziej powodzi, nie mają raczej w zwyczaju szwendać się ulicami miasta. To, że „się powodzi”, ma przecież swoją cenę. Jest nią nie tylko przemierzanie miasta za kierownicą samochodu, które z konieczności związanej z brakiem czasu przeradza się w bardzo silne przyzwyczajenie. Samochód najlepiej zaparkować na parkingu podziemnym – czy to pod galerią handlową, w której – znów: trochę z braku czasu, trochę już z przyzwyczajenia – robi się zakupy, czy to pod własnym mieszkaniem na grodzonym osiedlu. Dzięki temu można w bezpiecznej przestrzeni własnego samochodu odbyć całą drogę z biura w chronionym biurowcu, przez chronioną galerię handlową, po chronione i monitorowane mieszkanie w nowoczesnym apartamentowcu.

To oczywiście obraz stereotypowy i zapewne w wielu przypadkach krzywdzący. Niestety, ma on potwierdzenie w faktach i statystykach. Tak właśnie rozwijają się współczesne miasta – a Polska, w tym Warszawa, jest tego bardzo jaskrawym przykładem. Już kilka lat temu w Warszawie naliczono kilkaset grodzonych osiedli mieszkaniowych – tworów zupełnie nowych, produktu naszych czasów. Warto pamiętać, że nie chodzi tu już tylko o powstające osiedla. Płoty wyrastają także wokół starszych bloków, jak ostatnio… na Powiślu, na którym mieszkańcy osiedla graniczącego z parkiem obudzili się pewnego dnia oddzieleni od ich ulubionego obszaru zieleni wysokim płotem.

Ale grodzone osiedla i galerie handlowe to nie wszystko. Coraz częściej całkowicie dostępny charakter tracą też przestrzenie publiczne – muszą być przecież „bezpieczne”, choć statystyki przestępczości od dawna pokazują, że Warszawa to nie Pretoria czy Johannesburg, ale miasto, w którym naprawdę nie trzeba się na co dzień obawiać o własne życie i zdrowie.

Skoro tak, to czy rzeczywiście chodzi o obawę o swoje życie? Może to tworzenie enklaw jest efektem chęci potwierdzania własnego statusu społecznego przez tych, którym „się powiodło”? A grodzenie przestrzeni ma tak naprawdę wyraz symboliczny – chodzi nie tyle o nasze bezpieczeństwo, ile o to, by za płotem pozostali ci „inni”?

 

###

Wybitna badaczka zjawiska biedy, profesor Elżbieta Tarkowska, twierdzi, że w dzisiejszym społeczeństwie bieda jest niewidzialna. To znaczy, że osoby biedne są skutecznie spychane na margines – dosłownie i w przenośni. O ubóstwie słyszymy w mediach tylko wtedy, kiedy mowa o patologiach, o „ludziach z marginesu” właśnie. W kulturze obraz biednego właściwie nie istnieje, a jeśli już, to w postaci romantycznego wyobrażenia „biednego, ale szczęśliwego”. Wystarczy wspomnieć karierę, jaką w polskim kinie zrobiły filmy takie jak „Edi” Piotra Trzaskalskiego czy „Rezerwat” Łukasza Palkowskiego.

Ilustr.: Justyna Krzywicka

Ilustr.: Justyna Krzywicka

Tarkowska wskazuje w swoich pracach na jeszcze jeden istotny aspekt współczesnej biedy, który łączy się z jej „niewidzialnością”. Chodzi o to, że bieda ma dzisiaj bardzo wiele odmian i wielostopniową skalę, która nie ma jednak swojego odbicia w kulturze, w której zwykle widać tylko biedę w jej skrajnej postaci. Tymczasem w naukach społecznych istnieją pojęcia „ubóstwa relatywnego”, „ubóstwa subiektywnego” czy „ubóstwa absolutnego”. Wśród grup uznawanych za najbardziej problematyczne opisuje się między innymi „biednych pracujących” – osoby, które mimo posiadania stałej pracy, na skutek bardzo niskich dochodów ciągle balansują na granicy ubóstwa, jednocześnie pozostając poza zasięgiem pomocy społecznej.

Tragedią tych osób jest właśnie „niewidzialność” ich biedy – choć figurują w statystykach, nie łapią się do programów pomocowych, a poziom ich dochodów wyklucza ich z wielu form aktywności podejmowanych przez osoby, którym się względnie powodzi. Tacy ludzie są najbardziej podatni na zjawisko, które również opisuje profesor Tarkowska, polegające na ukrywaniu swojej biedy – na przykład za warstwą nieco droższych ubrań czy gadżetów, na które trzeba często wziąć kredyt. Jest to ten sam mechanizm, który opisują studia postkolonialne – narzucony przez hegemona sposób widzenia podbitych kultur zostaje z czasem przyswojony i uwewnętrzniony przez ich przedstawicieli. W ten sposób osoby biedne, które nie znalazły się jeszcze za ustawową „granicą ubóstwa”, ale wciąż na niej balansują, starają się za wszelką cenę zamaskować swoją biedę – często tylko ją powiększając przez zapożyczanie się konieczne do tego, by wyposażyć się w artefakty „normalności”. Tym samym ludzie ci pozostają niewidzialni w sposób trwały, a bieda jako taka ląduje na coraz głębszym kulturowym marginesie.

 

###

Wróćmy do miast. Tutaj spychanie biedy na margines ma charakter nie tylko symboliczny, ale również jak najbardziej namacalny. Ot, choćby wspominane już Powiśle – jak to możliwe, że w dzielnicy, w której ceny nowych mieszkań sięgają pułapu, o jakim nie śniło się naszym deweloperom, wciąż potrzebna jest działalność organizacji charytatywnych? Krótko mówiąc, skąd bieda na Powiślu? Bo chyba nie można dopatrywać się tutaj ciągłości od czasów Wokulskiego? Odpowiedź jest stosunkowo prosta. Otóż w tej dzielnicy, na skutek wielu zawirowań związanych z powojenną historią Warszawy, wciąż wiele kamienic w atrakcyjnych lokalizacjach pozostało w rękach miasta. W tych zaś kamienicach niemało jest mieszkań komunalnych. Wielu chciałoby widzieć w tym przeżytek słusznie minionego systemu. Dlatego jeśli w ogóle buduje się dziś mieszkania komunalne, to głównie na obrzeżach. Ubodzy mieszkańcy nie mogą przecież psuć wizerunku bogatego centrum wielkiego miasta – jak mawiał pewien wysoko postawiony urzędnik miejski: „Albo będzie tanio i przaśnie, albo drogo i nowocześnie”.

Niestety, takie podejście do rozwoju miasta popularne jest nie tylko wśród samorządowców, lecz także wśród mieszkańców. Bieda jest czymś wstydliwym, skazą na estetycznej szklanej fasadzie. Skazą, którą należy szybko usunąć z pola widzenia, by nie psuła widoku. A może ta szklana fasada jest w istocie zbudowana z luster, w których odbija się twarz społeczeństwa – ta niewypiękniona i pozbawiona makijażu? Ta twarz przypomina społeczeństwu o tym, jakie jest – a jest pełne nierówności, biedy, i ludzkich dramatów z niej płynących. O tym społeczeństwo sytych nie chce pamiętać – nie jest na to przygotowane, bo karmi się wizjami własnego, niczym niezmąconego sukcesu.

Nie tak dawno temu, bo zeszłej zimy, w mediach społecznościowych rozpowszechniany był obrazek zachęcający do pozbywania się osób bezdomnych ze środków komunikacji miejskiej. Osoby, które go udostępniały, powoływały się na „komfort pasażera”, którego nie mogą psuć wrażenia zapachowe związane z obecnością, jak pisano, „kloszardów” w autobusach. Argument, który wciąż przewijał się w dyskusji, był taki, że za bilety komunikacji miejskiej słono się płaci, więc można też wymagać. Wymagajmy zatem czystości i komfortu – nasz komfort ponad wszystko! Warto przy tym zauważyć, że ceny biletów komunikacji miejskiej w Warszawie znacznie wzrosły w ciągu ostatnich kilku lat. Jak widać, za wzrostem cen poszedł też wzrost wymagań. Kupuję drogi bilet, więc kupuję też wolność od widoku biedy. A bezdomni? „Mają przecież mnóstwo czasu, więc mogą iść na piechotę!”

Bieda jest w ten sposób wypychana z kolejnej części przestrzeni publicznej na margines, poza nawias. Nie miejmy złudzeń – za akcją w mediach społecznościowych mogą pójść kolejne kroki, także działania administracyjne. Znane są już przykłady miast, które wprowadzają „innowacyjne” rozwiązania mające na celu pozbycie się „przykrego widoku” osób skrajnie ubogich z przestrzeni publicznej. W Szczecinie postawiono pierwsze ławki zamontowane pod skosem – tak, by nie dało się na nich spać. Kolejne wzorce z Zachodu już czekają na zaimplementowanie. W Londynie zastosowano już „podłogę z kolcami”, która ma odstraszyć ludzi potencjalnie chcących zanocować w ciemnych zakamarkach budynków. Rekord pobiło jednak francuskie miasto Angoulême. Dwa dni przed Świętami ławki na jednej z „reprezentacyjnych” ulic miasta otoczono… drucianymi klatkami. Postąpiono tak na wniosek okolicznych sklepikarzy, którym psuł interes fakt, że nocują na nich „kloszardzi”.

 

###

„Tyle tylko, że Warszawa w wielu przypadkach już naprawdę nadgoniła. Chcieli mieć te wieżowce – są wieżowce. Ktoś chce mieć biuro jak w Londynie, to je będzie miał. Ktoś chce mieszkać w hotelu, który będzie na najwyższym światowym poziomie, to może sobie mieszkać. Zajmijmy się więc może teraz tym, żeby dało się kupić pietruszkę za dwa zeta, a nie za dwadzieścia” – mówi w wywiadzie opublikowanym w niniejszym numerze „Kontaktu” piosenkarz Pablopavo. Trudno o celniejsze podsumowanie kierunku rozwoju nie tylko Warszawy, lecz także wielu innych miast. W pierwszej kolejności należałoby zredefiniować pojęcie „nowoczesności”, za którą nasze miasta tak bardzo chcą nadążyć. Nowoczesność w tym przypadku wiązałaby się z formułowaniem właściwej odpowiedzi na wyzwania czasów, w których żyjemy. Najpierw jednak należy te wyzwania poprawnie określić. Wtedy szybko zdamy sobie sprawę z tego, że właściwą odpowiedzią z pewnością nie jest rugowanie nierówności z przestrzeni publicznej. Przeciwnie – jest nią właśnie symboliczna „pietruszka za dwa zeta”. Jeśli będą nam mówić, że kłóci się to z wizją „bogatego i nowoczesnego miasta”, przekonajmy ich, że „nowoczesne” znaczy nie tylko bogate, ale też dostępne dla wszystkich, niezależnie od statusu majątkowego.

 

Tytuł tekstu zaczerpnąłem z tytułu happeningu zorganizowanego w Krakowie przez artystkę Cecylię Malik w proteście przeciw wyburzeniu budynku Hotelu Cracovia.