dwutygodnik internetowy
07.05.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Biblioteka za miedzą

Najlepszym sposobem, by przekonać uprzedzonego do wsi „warszawiaka pełną gębą”, jak fałszywe i szkodliwe są konserwowane przez niego negatywne stereotypy, jest zmuszenie go, by przekroczył progi wiejskiej biblioteki. Jeśli tylko dobrze trafimy (a szanse na to z roku na rok są coraz większe), mamy szansę zastać tam rzeczywistość, która zupełnie przeczy nie tylko wyobrażeniom o zacofanej polskiej wsi, ale także o tym, jaki powinien być model modernizacji naszego kraju.

Źródło: biblioteki.org

Nakaz zachowania „absolutnej ciszy”. Obowiązkowe sukna na buty, żeby nie szurać i nie brudzić. Stare książki obłożone w nieprzyjemną szarą tekturę. I wszechobecne, nieco już oklapnięte paprotki w charakterze wystroju wnętrza. Te elementy krajobrazu, budzące niezbyt pozytywne skojarzenia, wielu z nas spodziewa się zobaczyć za drzwiami małych, lokalnych bibliotek. Z tego zapewne powodu wielkomiejscy studenci toczą nieustanną walkę o miejsca na designerskich salonach BUW-u, zamiast kuć do sesji w bibliotece w swojej dzielnicy. Mimo, że ta ostatnia jest zawsze pusta i znajduje się tuż za rogiem, na pierwszym piętrze starego pawilonu, między salonem fryzjerskim i solarium a sklepem całodobowym.

Negatywne skojarzenia zwielokrotniają się jeszcze zapewne, gdy „mieszczuchy” myślą o instytucji wiejskich bibliotek. Sama „wieś” to w dzisiejszej Polsce zarówno określenie geograficzno-społeczne, jak i po prostu obraźliwy epitet („ale wieś!”), oznaczający cywilizacyjne zacofanie, zdziczenie obyczajów czy po prostu szeroko pojęte „chamstwo”. Długo by pisać, skąd ten negatywny wizerunek się wziął, a na liście winnych znaleźć musiałyby się tak różne nazwiska, jak Andrzej Lepper, Sławomir Świerzyński (lider zespołu Bayer Full) czy Jan Tomasz Gross.

 

Tymczasem najlepszym sposobem, by przekonać uprzedzonego do wsi „warszawiaka pełną gębą”, jak fałszywe i szkodliwe są konserwowane przez niego negatywne stereotypy, jest zmuszenie go, by przekroczył progi wiejskiej biblioteki. Jeśli tylko dobrze trafimy (a szanse na to z roku na rok są coraz większe), mamy szansę zastać tam rzeczywistość, która zupełnie przeczy nie tylko wyobrażeniom o zacofanej polskiej wsi, ale także o tym, jaki powinien być model modernizacji naszego kraju.

Wiejskie biblioteki, których w naszym kraju wciąż (mimo zamykania wielu tego typu placówek na przestrzeni ostatnich 20 lat) jest kilka tysięcy, stanowią dwie trzecie wszystkich bibliotek publicznych funkcjonujących w Polsce. Choć do tej pory główną zmianą, jaka mogła spotkać tego typu miejsca, było ich zamknięcie z powodu ciągle uszczuplanego budżetu samorządów, od 2009 roku sytuacja ta uległa zmianie. Dzięki zastrzykowi finansowemu ze środków…Billa Gatesa (a konkretnie fundacji imienia jego i jego żony Melindy), w Polsce uruchomiony został na bardzo szeroką skalę Program Rozwoju Bibliotek. Do programu włączona została ponad połowa wiejskich bibliotek z całej Polski.

 

Źródło: biblioteki.org

Choć jego głównym celem w założeniu miała być komputeryzacja i informatyzacja bibliotek, program został pomyślany tak, by oprócz dostaw wysokiej jakości sprzętu do małych bibliotek, skierować do ich pracowników cykl szkoleń. Co ważne, szkolenia te nie dotyczyły tylko obsługi sprzętu (choć i ten element był bardzo ważny), ale przede wszystkim pomagały bibliotekarzom stworzyć plan rozwoju bibliotek, zaplanować dodatkowe działania, które mają przyciągnąć mieszkańców, pomyśleć o prowadzonym przez siebie miejscu jako ważnym punkcie na mapie lokalnej społeczności.

Dziś po przekroczeniu progów bibliotek, które uczestniczyły w programie, zobaczymy nie tylko nowoczesny sprzęt komputerowy, któremu BUW-owskie rzęchy nie dorastają do pięt (oczywiście korzystanie z komputerów jest absolutnie darmowe, podobnie zresztą jak z drukarek, skanerów czy aparatów cyfrowych, które również znalazły się w ofercie programu). Przede wszystkim zobaczymy, że biblioteki, dzięki mądrym i przemyślanym inwestycjom, wychodzą ze swojej sztywnej roli, którą opisałem na początku w kilku stereotypowych obrazkach. Już w korytarzu użytkownika witają różnego rodzaju plakaty, informujące o lokalnych wydarzeniach, festiwalach, a także o ciekawych miejscach w internecie (np. Mapa Kultury). Napotkać możemy także wystawę prac lokalnych artystów, półkę do „uwalniania książek” (czyli wymiany między samymi użytkownikami), prace powstałe podczas zajęć w samej bibliotece – od tradycyjnych haftów po origami. Tylko nieśmiertelne paprotki wciąż się trzymają, pozostając „zielonymi płucami” bibliotek, co w podanym kontekście dodaje im tylko uroku.

 

Tyle można dostrzec już na pierwszy rzut oka. Potem okazuje się, że biblioteka pełni często bardzo zaskakujące funkcje. Bibliotekarze już dawno przełamali schemat „ciszy bibliotecznej” i zrozumieli, że w realiach wsi i małych miejscowości biblioteki są często jedynymi miejscami, w których można prowadzić różnego rodzaju zajęcia. Tak więc nie zdziwmy się, gdy w wiejskiej bibliotece trafimy na pokaz filmu, spotkanie z pisarzem czy wieczorek poetycki. Nic takiego? Wyobraźmy sobie zatem przestrzeń biblioteki zamienioną na Klub Młodych Mam, gdzie zamiast twardych krzeseł czytelni zobaczymy kolorowe eko-pufy. Niemożliwe? Oczywiście, że możliwe – taka jest już teraz rzeczywistość wielu wiejskich bibliotek. Nie wspominając już o aerobiku dla seniorów, którzy ćwiczą przy specjalnym programie na Xboxa, studiu filmowym dla gimnazjalistów, stacji nadawczej lokalnej telewizji…

Warto jednak wiedzieć, że siłą bibliotek nie jest organizowanie konkursu „kto zrobi dziwaczniejszy użytek z biblioteki”. Podstawową ich wartością, w małych miejscowościach nie do przecenienia, jest to, że są to miejsca, do których zawsze można przyjść i posiedzieć. Nawet, gdy nic specjalnego się tam nie dzieje. Tą funkcję biblioteki spełniają znakomicie, stanowiąc alternatywę dla osławionego „wiejskiego przystanku autobusowego”. Do biblioteki przychodzi się, bo wiadomo, że zawsze kogoś się tam spotka – to zdanie zawsze powraca w rozmowach z mieszkańcami wsi, zwłaszcza młodymi. Nie narzuca się im jednego sposobu korzystania z tej przestrzeni – nie trzeba od razu się uczyć, można nawet pograć na komputerze, można wspólnie obejrzeć odcinek ulubionego serialu. Ta swoboda w korzystaniu z przestrzeni i jej towarzyski wymiar sprawia, że dziś wiele wiejskich bibliotek to miejsca, w których większość użytkowników stanowią młodzi.

 

Źródło: biblioteki.org

Dlaczego Program Rozwoju Bibliotek daje tak dobre efekty? Przede wszystkim dlatego, że jest prowadzony mądrze i demokratycznie. Pracowników bibliotek, którzy często prowadzą te instytucje od wielu, wielu lat, nie zastąpiono młodymi, wykwalifikowanymi menedżerami, tylko zainwestowano w ich nowe umiejętności. I proszę – okazuje się, że to, iż ktoś zaczął „jeszcze za komuny”, wcale go nie dyskwalifikuje jako świetnego pracownika. Większość pań bibliotekarek świetnie radzi sobie nie tylko z nowym sprzętem, ale przede wszystkim z inicjowaniem nowych działań, które zmieniają oblicze bibliotek. Znają doskonale specyfikę lokalnej społeczności – są tu zakorzenione od lat i wiedzą, że nic na siłę się nie zmieni, trzeba cierpliwości i wytrwałości. To są cechy, które pracownicy „starej daty” posiadają w nadmiarze i robią z nich świetny użytek.

Wiejscy bibliotekarze wiedzą także doskonale, co to takiego „partycypacja”, choć niekoniecznie używają obco(języcznie) brzmiących słów, by opisać najlepszy sposób na pobudzenie lokalnej aktywności. Prowadzone przez nich miejsca są otwarte na potrzeby mieszkańców. Niepotrzebne są jednak żadne konsultacje ani „procesy partycypacyjne” – bibliotekarz po prostu zna ludzi, bo z nimi rozmawia i żyje wśród nich. Wie, czego im potrzeba i stara się swoją instytucję dostosować do tych potrzeb. Od księgozbioru po rodzaje dodatkowych zajęć w bibliotece. Dzięki temu w jednej z bibliotek pod Białymstokiem mógł powstać klub lokalnych twórców, którzy regularnie spotykają się w Czwartkowej Kawiarence Twórczości. Jest wśród nich na przykład absolwent kulturoznawstwa, który jakoś pod Białymstokiem nie mógł znaleźć pracy „w zawodzie”. Został więc spawaczem, ale nie porzucił zainteresowań – po godzinach zostaje w zakładzie, by z metalowych skrawków rzeźbić różne obiekty, nie na sprzedaż, ale dla własnej przyjemności. Dziś może je pokazać innym mieszkańcom w ramach wystawy zorganizowanej w bibliotece.

 

Inny przykład? W jednej z bibliotek w kujawsko-pomorskim uruchomiono kurs angielskiego dla seniorów. Prowadziła go wolontariuszka – mieszkanka wsi, która studiowała anglistykę i nie miała gdzie znaleźć pracy w swoim zawodzie. Pomysł uczenia starszych ludzi na wsi angielskiego wydaje się klasycznym przykładem wrzucania ich na siłę w miejskie schematy życia. Nic bardziej mylnego. Seniorzy sami domagali się tego typu zajęć. Wielu z ich wnuków wyjechało za pracą za granicę, często do Anglii, i tam znaleźli sobie anglojęzyczne żony i mężów. Babcie marzą o tym, by lepiej poznać wybranków swoich pociech. Nigdy nie miałyby takiej okazji, gdyby nie biblioteczne komputery z zainstalowanym programem Skype oraz uważny słuch pani dyrektor, która zorganizowała im zajęcia z obcego języka. Widok babć, które w wiejskiej czytelni przez Skype rozmawiają łamaną, ale jednak angielszczyzną z mężami swoich wnuczek mieszkającymi na Wyspach, jest najlepszym zobrazowaniem tego, jaki potencjał kryje się w lokalnych bibliotekach.

Ich obecny rozwój powinien uczyć, że mądra modernizacja musi opierać się nie na zanegowaniu, ale na wykorzystaniu lokalnego potencjału. I że to, co najlepsze w naszym kraju, dzieje się nie dzięki prywatyzacji, nie dzięki czułej opiece państwa, ale na przecięciu sfer biznesu, państwa i instytucji społeczeństwa obywatelskiego. A wydaje się, że ciągle jest kogo uczyć tego, jak powinna wyglądać modernizacja. „Dwadzieścia lat temu byliśmy dwa razy biedniejsi, a stać nas było na biblioteki. Przez te dwadzieścia lat kraj bogacił się o kilka procent PKB rocznie. Teraz przy postępującym spadku czytelnictwa i groźbie funkcjonalnego analfabetyzmu okazuje się, że Polski nie stać ani na program walki z tymi zjawiskami, ani na utrzymanie bibliotek” – pisali kilka lat temu sygnatariusze listu w obronie bibliotek, wystosowanego przez środowisko Krytyki Politycznej. Była to odpowiedź na propozycje ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego, by umożliwić łączenie bibliotek z innymi placówkami kulturalnymi, i w ten sposób zlikwidować problem ich „nierentowności”.

 

Źródło: biblioteki.org

To, że minister kultury w naszym kraju może przykładać miarę „rentowności” do instytucji, której istota działania opiera się na darmowych usługach i wymianie oraz wtórnym obiegu dóbr, pozostawmy do oceny historii. To, że nie rozumie, iż siła bibliotek kryje się również w ich niezależności od innych instytucji, dużo bardziej podległych aktualnym prądom rynkowym i kalendarzowi politycznemu, i że pojęcie „ciągłości” (nawet, jeśli jej początek zaczyna się jeszcze w niesławnym „peerelu”) w kulturze wiejskiej jest synonimem tego, co dobre i bezpieczne, czyni z niego niestety typowego przedstawiciela polskiej modernizacji w jej najgorszym wydaniu.

Oznacza to, że nawet tak ciekawe inicjatywy, jak Program Rozwoju Bibliotek, nie uratują nas przed agresywną, bezmyślną modernizacją, która w rzeczywistości nie jest niczym więcej, jak komercjalizacją kolejnych elementów sfery publicznej. Przed tym uchronić nas może tylko zmiana filozofii rządzenia i stworzenie nowej wizji tego, jak postrzegamy naszą wspólną przyszłość. Oby było w niej miejsce nie tylko na autostrady i stadiony, ale także na darmowe, nowoczesne wiejskie biblioteki. Publiczne – w pełnym tego słowa znaczeniu.