dwutygodnik internetowy
07.03.2016
magazyn papierowy


Argentyński dom zły. „El Clan” Pablo Trapero

Akcja filmu zaczyna się w momencie „początku końca” dyktatury. W miarę rozwoju fabuły w tle przemykają kolejne kluczowe momenty argentyńskiej transformacji. Argentyńczycy dobrze wiedzą, że w tym okresie sami byli jak rodzina Arquimedesa Puccio; że podczas dyktatury byli współwinni jej zbrodni.

Mieszkańcy Argentyny dobrze znają historię rodziny Puccio. W połowie lat 80. tamtejsze społeczeństwo doznało szoku, gdy okazało się, że tradycyjna i z pozoru normalna rodzina ze stołecznej dzielnicy San Isidoro kryje w sobie mroczną tajemnicę: porywając dla okupu i mordując swoje ofiary. W ubiegłym roku przypomniały o rodzinie Puccio dwie produkcje: serial telewizyjny oraz film „El Clan”. Ten drugi pobił rekordy popularności: w ciągu pierwszych dwóch tygodni obejrzało go aż półtora miliona widzów! Bo w tej historii, jak w mało której, Argentyńczycy mogą przejrzeć się jak w lustrze.

1.

W filmie Pablo Trapero obserwujemy Argentynę lat 1982–1985, w okresie przejścia od krwawej junty wojskowej (1976–1983) ku chwiejnej demokracji. Zbrodnie dyktatury są już za nami, ale wojskowi rozstają się z władzą powoli. Ogólnonarodowy horror show, związany z uświadomieniem sobie skali i drastyczności tych zbrodni, dopiero czeka większość obywateli.

Zgodnie z raportem „Nigdy więcej” (hiszp. Nunca más), opublikowanym w 1984 roku przez Narodową Komisję ds. Zniknięcia Osób (CONADEP) pod przewodnictwem pisarza Ernesto Sabato, w tak zwanej „brudnej wojnie” wymierzonej przez wojskową juntę przeciwko lewicowym „wywrotowcom” mogło zginąć nawet trzydzieści tysięcy osób. W większości studentów, dziennikarzy, prawników, licealistów, a także tych, których nazwiska jedynie znalazły się w notesach telefonicznych innych podejrzanych. Ofiarami byli głównie ludzie młodzi w wieku od 15 do 35 lat. Doświadczali porwań i drastycznych tortur. Byli przez długi czas przetrzymywani w nieludzkich warunkach. A na koniec zabijano ich i pozbywano się ciał: poprzez spalenie, zakopanie w zbiorowych grobach lub zrzucenie do oceanu. Stąd określenie desaparecidos, czyli „zniknięci”.

Arquimedes Puccio był w latach dyktatury członkiem niesławnego Batalionu 601, czyli jednostki specjalnej argentyńskich służb wojskowych, która aktywnie uczestniczyła w „brudnej wojnie” oraz w międzynarodowej „Operacji Kondor”, wymierzonej przeciwko lewicowym wywrotowcom w Ameryce Łacińskiej. Można jedynie domyślać się, że porwania i morderstwa stanowiły dla niego chleb powszedni, stając się w okresie demokratycznej transformacji oczywistym sposobem na przetrwanie i przedłużeniem „normalnej pracy” z wcześniejszych lat. Zresztą byli też inni agenci, którzy postąpili podobnie jak on.

Akcja filmu zaczyna się w momencie „początku końca” dyktatury; gdy Argentyna kapituluje w wojnie o Falklandy, którą wcześniej sama wypowiedziała Wielkiej Brytanii. To zwiastun „przejściowych” (jak mu się wydaje) problemów Arquimedesa z pracą. Jakoś sobie radzi, korzystając z protekcji dawnych towarzyszy, którym udaje się zachować wpływy. W miarę rozwoju fabuły w tle przemykają jeszcze inne kluczowe momenty argentyńskiej transformacji: wybór Raula Alfonsina na prezydenta w 1983 roku; jego deklaracja o tym, że „nigdy więcej” nie dojdzie do powtórzenia zbrodni, których dopuścili się wojskowi; a także informacje o szalejącym w kraju chaosie gospodarczym.

Znamienne są słowa, które Arquimedes kieruje do aresztowanego kolegi: „To wszystko nie może trwać dłużej jak dwa lata; potem zacznie się nowy cykl”. Od 1930 roku Argentyna nie doświadczyła bowiem demokracji z prawdziwego zdarzenia. Nie było wielu powodów, by sądzić, że tym razem system demokratyczny się zakorzeni. Wojsko pozostawało silne, a prezydent Alfonsin – rządząc z przystawionym do skroni pistoletem – musiał iść na daleko idące kompromisy. To był czas anomii; upadania i rozsypywania się w pył tradycyjnych, patriarchalnych wartości, dotychczas forsowanych przez wojsko do spółki z Kościołem; i powolnej budowy nowego, demokratycznego społeczeństwa na tamtych zgliszczach.

2.

Argentyńczycy dobrze wiedzą, że w tym okresie sami byli jak rodzina Arquimedesa Puccio; że podczas dyktatury byli współwinni jej zbrodni: poprzez bierne przyglądanie się i udawanie, że nic się nie dzieje, choćby się działo pod ich nosami. Mówili sobie: „Widocznie coś na niego (na nią) mieli”. Por algo será. Albo: „Lepiej się nie wtrącać, lepiej się nie zastanawiać”.

Trudno było nie dostrzec istnienia trzystu czterdziestu ośrodków przetrzymywania więźniów, które działały w kraju w okresie dyktatury, często w samych centrach miast. Jedno z najkrwawszych, usytuowane w szkole wojskowej ESMA, oddalone było ledwie parę kilometrów od stadionu River Plate, gdzie rozgrywano mecze mundialu 1978 roku. Przetrzymywani słyszeli rozentuzjazmowanych rodaków, którzy w atmosferze trwającego karnawału nie pamiętali o represjach. Jest też taki obrazek: finał mundialu, Argentyna gra z Holandią. Kibice oklaskują stadionowego wodzireja, który żartuje, że Argentyńczycy są „prawi i ludzcy” (hiszp. derechos y humanos), podczas gdy kilka przecznic dalej inni obywatele stoją w długiej kolejce, aby donieść Międzyamerykańskiej Komisji Praw Człowieka o zbrodniach popełnionych przez urzędującą juntę. Cztery lata później tracący grunt pod nogami wojskowi zafundowali Argentyńczykom jeszcze jedne „igrzyska”: wojnę o Falklandy. I gdyby jej nie przegrali, pewnie rządziliby znacznie dłużej, a o ofiarach dyktatury dalej byłoby cicho.

A przecież – tu kolejna analogia do klanu Puccio – wszystkie te zbrodnie dokonały się niejako w gronie bliskich czy wręcz w rodzinie. Nie w żadnej wojnie międzypaństwowej, ale w wyniku „oczyszczania” społeczeństwa z niepożądanych obywateli przez ich własny rząd; w ramach czegoś, co władze oficjalnie nazwały „Procesem Reorganizacji Narodowej”. Celem „procesu” było wyeliminowanie wszelkich form aktywizmu, protestu społecznego, wyrażania krytycznej myśli. Wojskowa junta oddziaływała zatem na obywateli tak samo, jak ojciec Arquimedes Puccio na swoich synów: poprzez zastraszenie połączone z szantażem emocjonalnym i gratyfikacjami finansowymi. Ci, którzy nie wytrzymywali presji, uciekali za granicę; tak samo, jak czyni w filmie najmłodszy syn Arquimedesa. Inni dawali się umoczyć, zastraszyć, zdominować; podporządkowywali się.

3.

Jak dotąd tylko jeden argentyński film otrzymał Oskara dla produkcji obcojęzycznej. To „Wersja oficjalna” (hiszp. Historia oficial) Luisy Penzo, nakręcona w 1985 roku, czyli w okresie przechodzenia Argentyny od dyktatury ku demokracji – tym samym, w którym toczy się akcja „El Clan”.

„Wersja oficjalna” to opowieść o Alicii, nauczycielce historii, żonie biznesmena prowadzącego interesy z wojskiem, która dopiero po upadku dyktatury orientuje się, że ich adoptowana dziewczynka była w rzeczywistości odebrana „znikniętym”. Dopytuje o prawdę swojego męża, ale słyszy od niego jedynie „Przestań się zastanawiać!”. Wstrząsająca jest scena, w której Alicia spowiada się ze swojego odkrycia księdzu, a ten okazuje się o wszystkim wiedzieć i zbywa ją słowami: „Bóg Tobie odpuszcza wszystkie grzechy, a teraz idź w pokoju”. Osamotniona Alicja odpowiada, że nie chce rozgrzeszenia, tylko prawdy.

To dwa skrajnie odmienne filmy. „Wersja oficjalna” jest delikatnie tkanym dramatem, pełnym niedopowiedzeń i skłaniającym do zachowania powagi. Dla odmiany „El Clan” jest utrzymany w klimacie rock’n’rollowym, jakby był historią o dorastaniu, a nie o zabijaniu. Porwania i zabójstwa mieszają się w jedno z seksem, sportem, surfingiem i młodzieńczymi marzeniami. Jakby były zwyczajnym elementem normalnego życia. A na serio robi się dopiero pod koniec, zresztą też niezupełnie.

A jednak oba filmy mówią o tym samym: o poczuciu winy Argentyńczyków za to, że nie dostrzegali zbrodni, które działy się obok nich, w ich domu, przed ich oczami. Ze strachu, wygody, ślepego szacunku dla autorytetu, braku wyobraźni. Z tą traumą Argentyńczycy radzą sobie powoli. Dopiero w ostatniej dekadzie na dobre ruszyły procesy zbrodniarzy z okresu dyktatury. Co i rusz wychodzą też na jaw nowe przypadki osób, które odkryły, że ich genetycznymi rodzicami byli desaparecidos, a ich dotychczasowi „rodzice” nierzadko mieli krew na rękach. Daleko jeszcze do zabliźnienia ran. Ale być może pamięć tę łatwiej dzisiaj przywołać groteską i alegorią (jak to czynią autorzy „El Clan”) niż powagą i dramatem – bo tym Argentyńczycy są już zmęczeni.

4.

Zastanawiam się, czy istnieje polski odpowiednik tej traumy? Jeśli już, to nie znajdziemy go w stanie wojennym ani w czasach transformacji. Prędzej w okresie „prześnionej rewolucji” – jak określa Andrzej Leder czas II wojny światowej i pierwszych lat po niej. To tam tkwi nasza, polska „trudna genealogia”, analogiczna – przy zachowaniu odpowiednich proporcji – względem tej argentyńskiej. Zdaniem Ledera powinniśmy uznać, że prawie wszyscy jesteśmy dziećmi owej nieszczęsnej rewolucji. A to oznacza „uświadomienie sobie, że to nasi ojcowie czy dziadowie brali, wchodzili, przymykali oczy, ba, zabijali, donosili, zdradzali”.

I jeszcze jedno podobieństwo. Leder twierdzi, że „to wszystko jest konieczne, by obudzić się ze snu, w którym największa historyczna transformacja polskiego społeczeństwa jawi się jako koszmar – przerażający, sycący skryte pragnienia, przeżyty bez świadomości”. Na historię przedstawioną w filmie „El Clan” warto spojrzeć jak na taki właśnie absurdalny koszmar przemieszany z marzeniem, śniony przez młodego Alejandro (syna Arquimedesa Puccio), który budzi się dopiero w chwili aresztowania, gdy już na wszystko jest za późno. A na koniec próbuje jeszcze raz obudzić się z tej koszmarnej rzeczywistości.

  • Piotr Ciompa

    Razi mnie nachalna próba porównania zachowań w Polsce w trakcie II wojny i po niej z zachowaniami klasy średniej i wyższej w Argentynie. Różnica polega na tym, że w Argentynie klasy te były bezpośrednimi beneficjentami rozprawy prawicy z lewicą, która chciała zrobić tam drugą Kubę. W Polsce klasy te milczały pod groźbą osobistych konsekwencji za wychylenie się w obronie prześladowanych i mordowanych, a to jest jednak inna skala winy. Wspomniałem zamiary lewicy nie po to, by dawać prawicy alibi dla zbrodni, ale by trzymać się prawdy. Pomijanie uwarunkowań lokalnych i nachalność w pedagogice wstydu jest jedną z barier odważnego spojrzenia na swoją historię, niebezpodstawnie pozwala wielu Polakom dyskwalifikować zarzuty.