dwutygodnik internetowy
31.12.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Andrzej Jakimowski: Strzępki wzięte z życia

Mam swoją wizję, jakie pytania należy stawiać. Nie mam jakiejś idei do przekazania, gotowej do recepcji, ani osobistej prawdy, którą chciałbym wpoić wszystkim. Raczej zespół problemów – mówi Andrzej Jakimowski, reżyser filmowy, twórca “Zmruż oczy” i “Sztuczek”.

 

Z Andrzejem Jakimowskim, reżyserem, scenarzystą i producentem filmów „Zmruż oczy” i „Sztuczki” o jego twórczości oraz najnowszym filmie „Imagine” rozmawia Bartosz Wróblewski.

 

Ilustracje: Rafał Kucharczuk

 

Uchodzi pan za perfekcjonistę, który lubi osobiście dopilnować każdego szczegółu realizacji filmu. Ufa pan ludziom?

Nie lubię być perfekcjonistą, a ludziom absolutnie ufam. Wskazuje na to choćby to, że pracuję ciągle z tą samą ekipą. Przyzwyczajam się do nich i związuję się z nimi.

 

Z czego wynika zatem chęć tak dużej samodzielności w pracy?

Po prostu lubię sam pisać swoje teksty. Dopatruje się pan w tym czegoś szczególnego?

 

Może właśnie wspomnianego perfekcjonizmu i obawy, by nikt nie zepsuł pańskiego pomysłu.

Mogę sobie wyobrazić, że piszę dla kogoś innego, ale równie dobrze, że ktoś pisze dla mnie. I ja też mógłbym zepsuć czyjś pomysł. Kiedy rozmawia pan z pisarzem, nie dziwi pana, że opowiada swoje historie, prawda? Podobnie jest z filmem. Po prostu uprawiam kino autorskie.

 

Kiedy zdecydował się pan zostać filmowcem?

Nie było takiego momentu. Właściwie zawsze do tego dążyłem. Krążyłem wokół filmu: zamiast w szkole czy na uniwerku, wiele dni spędzałem w Iluzjonie, gdzie oglądałem różne filmy z historii kina. Zawsze mnie to fascynowało, a w pewnym momencie zacząłem sam je robić. To był naturalny proces. Nie podejmowałem żadnej decyzji.

 

Zapewne to z pańskiego systemu pracy (samodzielne pisanie scenariuszy, samodzielna reżyseria, a także produkcja) wynika, że pańskie filmy powstają stosunkowo rzadko?

Tak, to jest ze sobą silnie powiązane. Po skończeniu jednego filmu nie zabieram się za inny, gotowy scenariusz, tylko jakiś czas zastanawiam się, o czym będzie następny film. Jeżeli dodamy do siebie pół roku pracy nad scenariuszem, pół roku nad dokumentacją, rok na przygotowanie produkcji, kolejny na realizację filmu i jeszcze czas, jaki upływa, zanim trafi on do kin, to wychodzi na to, że robię filmy jeden po drugim i tyle to właśnie trwa.

 

Wpada pan na pomysł od razu? Czy po „Sztuczkach” dopiero szukał pan inspiracji do nakręcenia kolejnego filmu?

Akurat na pomysł „Imagine” wpadłem już dość dawno. Długo chodziło mi to po głowie i szybko się do tego zabrałem.

 

Nie przekłamywać rzeczywistości

 

Co zainspirowało pana do nakręcenia tego filmu? Najpierw usłyszał pan o Benie Underwoodzie, czy wcześniej wymyślił pan historię, a potem w trakcie poszukiwań materiałów do filmu trafił pan na jego postać?

Po trosze jedno i drugie. Najpierw, na podstawie informacji o niewidomym muzyku, który na scenie poruszał się dzięki odgłosom własnych kroków, wymyśliłem i zbudowałem postać Iana – niewidomego, który posługuje się echolokacją. Kiedy napisałem scenariusz i nawet pokazałem go już kilku osobom, przeczytałem spory artykuł o Benie Underwoodzie. Z wielką frajdą odkryłem, że istnieje coś, o czym byłem przekonany, że musi istnieć. Poświęciłem się dokumentacji, przeczytałem wszystko na ten temat, do czego zdołałem dotrzeć, i odszukałem polskich echolokatorów. Znalazłem też w Polsce niewidomego i echolokującego Hiszpana, Alejandro Navasa, który pojechał do Londynu i trenował Edwarda Hogga. Aktor chodził z zawiązanymi oczami po Londynie pod jego nadzorem.

 

Długo to trwało?

Odbyli kilka sesji.

 

A co z Benem?

Ben Underwood nie żyje, więc widziałem tylko filmy z jego udziałem i od niego zaczerpnąłem między innymi kląskanie. Ale nie wszystkie cechy Iana pochodzą od Bena, ponieważ mieszkał w ciepłych szerokościach geograficznych Stanów Zjednoczonych i często chodził na bosaka. Ian jest zatem połączeniem kilku postaci. Echolokujących jest naprawdę dużo. Kontaktowałem się również z Henrykiem Weredą, który jest nie tylko echolokującym niewidomym, lecz także instruktorem orientacji przestrzennej. Uczy niewidomych, jak poruszać się dzięki echolokacji. Naprawdę zainteresowałem się sytuacją osób niewidomych i tym, jak radzą sobie z różnymi problemami. Po zebraniu pełnej dokumentacji zmieniłem scenariusz i starałem się oddać wszystkie realia prawdziwie, nie przekłamując rzeczywistości na potrzeby filmu.

 

W związku z tym Ian nie jest nieomylny.

To było też typowe dla Underwooda. On również często się wywracał i wpadał w jakieś dziury. Ale piękne było to, jak się podnosił i nie przejmował się tym, że czasem się potłucze. Podobne nastawienie ma Alejandro Navas. Edward Hogg czerpał z ich postaw.

 

To jak to jest z tą echolokacją? Naprawdę działa?

To ciekawe i kontrowersyjne zjawisko. Część osób w to nie wierzy, w związku z czym nie chce przyjąć do wiadomości faktów. Tymczasem informacje są potwierdzone, echolokacja funkcjonuje. Osoby, które nigdy nie widziały, mają tendencję do używania jej od urodzenia. W momencie, w którym matka pochyla się nad dzieckiem, zdarza się, że dziecko ma intuicyjną potrzebę kląskania, by rozpoznać jej twarz. To naturalne. W czasie dokumentacji na Akademii Pedagogiki Specjalnej natknąłem się na jednego z niewidomych studentów mojej żony, który mówił, że kląskał w dzieciństwie, ale później nauczyciele w szkole go tego oduczyli i od tej pory używa tylko laski. Nie jest to zatem coś niezwykłego. To żadna niesamowita umiejętność dostępna dla nielicznych. Zdaniem Weredy nie wszyscy jednak potrafią opanować tę sztukę. Ale to wszystko nie ma znaczenia dla filmu. Nawet gdybym wymyślił echolokację, jak zresztą było na początku, nie zmieniłoby to filmu. On jest o czymś innym.

 

W przestrzeni pytań

 

Zrealizował pan filmy o czasie, losie i wyobraźni. Lubi pan mówić o rzeczach, które trudno zdefiniować.

„Sztuczki” na pewno opowiadają o jakiejś strategii gry z losem. O grze o wysoką stawkę. „Imagine” ma więcej warstw poznawczych. Jest o poznaniu prawdy. Uważam, że to w dużej mierze łączy się z wolnością i moim zdaniem ten film jest także o wolności.

 

Co inspiruje pana do opowiadania takich historii? Skąd czerpie pan pomysły na filmy?

Z obserwacji życia, również swojego. W filmach staram się nie umieszczać scen, których nie znam choćby z opowieści osób, którym ufam. W „Zmruż oczy” jest na przykład dziwna scena, w której orzeł odlatuje z bańką. Wziąłem ją z opowieści mojego ojca. To wydarzyło się naprawdę. W „Sztuczkach” też nie ma żadnej wydumanej fikcji. To są strzępki wzięte z życia. Motocykl czy rzeka są zaczerpnięte z moich wspomnień. Co prawda, dotyczą one raczej Wisły niż małej rzeczki w pobliżu Wałbrzycha, a motocykl nie był WSK-ą, tylko motorowerem. Pewne rzeczy są zatem niedokładne, ale inspirowane realiami. Nie biorą się znikąd.

 

A rozumienie tego, czym jest czas albo igraszki z losem, to też pańskie rozumienie tych spraw?

To raczej stawianie pytań. Mam swoją wizję, jakie pytania należy stawiać. Nie mam jednak jakiejś idei do przekazania, gotowej do recepcji. Mam raczej wizję, jak należy postawić pytanie o wolność i granice wolności; o poznanie i o to, jak można poznać prawdę. Nie mam osobistej prawdy, którą chciałbym wpoić wszystkim. Raczej zespół problemów. W filmie „Zmruż oczy” jest taka rozmowa, o której ludzie myślą, że przedstawiam w niej jakąś filozofię (kiedy Mała rozmawia z Jaśkiem na moście o czasie). Tymczasem Jasiek używa po prostu metafory, żeby wytłumaczyć dziecku teorię względności. Treścią tej rozmowy nie jest filozofia, lecz fizyka. A ponieważ używa metafory, to nie mówi wprost o wartościach fizycznych czy o parametrach, tylko o słupkach w barierce, o którą się opierają. Lubię czasem umieścić coś takiego w filmie, bo mam postmodernistyczne podejście do sztuki i uważam, że wszystko może się w filmie znaleźć. Również fizyka. Filozofii akurat unikam.

 

A co ze „Sztuczkami” i zabawą z losem?

Każdy stosuje jakąś grę w swoim życiu, obiera jakąś strategię postępowania. Nawet podświadomie. I nie jest to specjalnie filozoficzna kwestia. Natomiast pytanie o to, czy świat, w którym żyjemy, ma sens czy nie – to jest prawdziwe pytanie. To mogłoby być pytanie filozoficzne, chociaż wydaje mi się bliższe teologii. Aby gra Stefka z losem była grą, musi rozgrywać się w przestrzeni pytania: czy zbiegi okoliczności, które obserwujemy, są sensem narzucanym przez nas rzeczom niemającym ze sobą związku, czy może one właśnie mają ze sobą związek, a my możemy to dostrzec? To pytanie zawarte w „Sztuczkach”.

 

Odbierałem to jako specyficzne rozumienie karmy.

Można to tak rozumieć, ponieważ wiąże się to z karmą, ale sama karma nie jest mi potrzebna, ponieważ staram się mówić o tym, co mnie interesuje, nie sięgając do cudzych pojęć. Karma jest pojęciem z filozofii Wschodu, przy pomocy którego ci ludzie rozmawiają o tym samym, co ja. Ale ja nie potrzebuję ich pojęcia, by zdefiniować to, o czym mówię. Dlatego go nie używam. Nazywam to grą z losem, w której można mieć swoje strategie. Można go przekupić, zastanawiać się, jak daleko rozciągają się związki przyczynowo-skutkowe itd. Ale karma jest mi tak samo niepotrzebna, jak filozofia.

 

Podszyty dzieckiem

 

Jak wyszukuje pan plenery do swoich filmów?

W przypadku „Imagine” znałem Portugalię, zanim napisałem scenariusz. Mimo to musieliśmy robić bardzo długie i wielotorowe poszukiwania. Korzystaliśmy z internetu i zdjęć satelitarnych, by odnaleźć obiekty spełniające nasze warunki. Wyłoniliśmy ich kilkadziesiąt, stworzyliśmy listę i wybraliśmy najlepsze.

 

I właśnie dlatego akcja filmu toczy się w Lizbonie?

Tak, ale też dlatego, że prawdopodobnie tam powstał pomysł na ten film. Gdy szukaliśmy baru, który nadawałby się do rozegrania głównych scen, mieliśmy ogromne trudności. W grę wchodziło wiele miast portowych od Stambułu po Lizbonę. Nawet w samej Lizbonie długo nie mogliśmy znaleźć nic odpowiedniego, aż wreszcie natknęliśmy się na miejsce, które idealnie spełnia warunki. Ale tak niewiarygodnie dobrze, że pasuje nawet do bardzo specyficznych pomysłów w scenariuszu. I wtedy przypomnieliśmy sobie z żoną, że byliśmy dokładnie w tym miejscu kilkanaście lat wcześniej. Myślę, że pomysł na „Imagine” urodził się właśnie wtedy, gdzieś w Lizbonie.

 

Wszystkie pańskie filmy są kręcone w zaniedbanych lub wręcz zrujnowanych, zapomnianych okolicach.

Bo większość świata tak wygląda. Uporządkowane śródmieścia to mniejszość terytoriów, na których żyją współcześnie ludzie. W większości mieszkają w przestrzeniach w jakiś sposób zdegradowanych, odznaczających się oznakami upływu czasu. A ja to lubię. Uważam, że postarzona faktura jest ciekawsza, bo ma historię, coś się w niej odbija.

 

Zazwyczaj kręci pan swoje filmy w naturalnych plenerach, czy jednak jakoś je ulepszacie?

Trzeba pracować nad scenografią. Staram się, by to, co widać, przypominało naturalne scenografie i w dużej mierze tak jest. Ale wymaga to ingerencji, bo bardzo trudno jest znaleźć jednorodne stylistycznie fragmenty ulicy, domu czy jakichkolwiek realiów. Zazwyczaj wszystko jest pomieszane ze sobą i obok pięknych rzeczy są jakieś śmieci. I to trzeba jakoś zasłonić albo wymazać w komputerze. Ingerencje komputerowe nie mają jednak wielkiego znaczenia, jeżeli chodzi o walory artystyczne moich filmów. Oblicze plastyczne jest wyznaczane w ujęciach, których nie poprawiam na komputerze.

 

Skąd pańskie zamiłowanie do dziecięcych aktorów?

W moich filmach występują dzieci w różnym wieku, ale proszę nie zapominać, że nie brakuje w nich też młodzieży, osób dorosłych i starszych. Nie wydaje mi się, by dzieci były wyróżnioną grupą. Po prostu ich nie unikam, a jeżeli kładę na nie większy akcent, to dlatego, że dzieci są wdzięczne, nie robią min i mają bardzo spontaniczne i prawdziwe reakcje. Dzieci wnoszą dużo autentyzmu. Dorośli uczą się zachowania i pewnych norm, które pozbawiają ich naturalności. Dzieci nie potrafią jeszcze tak panować nad twarzą, nad odruchami, nie potrafią panować nad uczuciami i są bardziej ekspresyjne.

 

Rafał Marszałek powiedział kiedyś, że każdy, kto zajmuje się filmem, jest podszyty dzieckiem. Czy pan też się tak czuje?

Akurat ja nigdy tego nie ukrywałem. Zawsze mówiłem, że Stefek ze „Sztuczek” jest bardzo bliską mi postacią. Nie czuję się dużo bardziej dojrzały niż on, więc zgadzam się z tym stwierdzeniem. A nawet posunąłbym się dalej: jestem infantylny, odkąd dojrzałem.

 

Jak współpracuje się panu na planie z osobami bez przygotowania aktorskiego?

Bardzo dobrze. Lubię współpracować z osobami, które nie są profesjonalnie przygotowane do tego, by grać w filmie, bo uważam, że dużo wnoszą i dobrze się komponują z najwyższej klasy aktorami. Pozwalają wspiąć się na pewien poziom naturalności. To nie zmienia faktu, że uwielbiam pracę z aktorami, ale uważam, że takie mieszanki dobrze robią wszystkim.

 

Jak pracowało się z niewidomymi? Stosował pan jakieś specjalne metody?

Nie, ale było to męczące, ponieważ niewidomi są bardzo wrażliwi na dźwięki, a plan jest bardzo hałaśliwy. Długie czekanie i hałas były wyczerpujące dla dzieci.

 

Czy niewidomi aktorzy mieli okazję obejrzeć film z autodeskrypcją?

Tak, zrobiliśmy premierę dla nich na londyńskim festiwalu, gdzie stawiły się wszystkie dzieci. Zresztą właśnie po to ją tam zrobiliśmy, żeby móc się z nimi spotkać, bo wyczekiwały tej premiery i wypytywały o nią. Film przyjęły bardzo dobrze i cały czas utrzymujemy luźne kontakty.

 

Po dwóch filmach zrealizowanych w Polsce zdecydował się pan nakręcić film po angielsku i za granicą. Czy zamierza pan jeszcze wrócić do Polski, czy nastawia się pan na kino zagraniczne?

„Sztuczki” odniosły ogromny sukces za granicą, przynajmniej w sensie dystrybucyjnym. Zostały sprzedane do ponad 70 krajów na świecie, a w ponad 40 miały dystrybucję kinową. To miało dla mnie znaczenie przy wyborze języka następnego filmu, bo poznałem ograniczenia języka polskiego. To przykre, gdy zmienia się warstwę dźwiękową. Film był dubbingowany m.in. w Niemczech, w Hiszpanii i we Włoszech. Do tego dochodzi konieczność wyposażenia filmu w napisy, na przykład do krajów nordyckich, gdzie ludzie świetnie mówią po angielsku. Po takich doświadczeniach wiem, że język ułatwia dotarcie mojej historii do większej liczby widzów. I to jest bezpośredni powód, dla którego zdecydowałem się robić film po angielsku. To ważne, bo „Sztuczki” miały większą widownię zagraniczną i uzyskał tam większe wpływy niż w Polsce. Ale nie przesądzam ani miejsca produkcji, ani języka następnego filmu. Mam kilka pomysłów i wciąż nie podjąłem decyzji. Gdy sprecyzuję już, co to będzie za historia i gdzie będzie się toczyła, wtedy wybiorę język. Równie dobrze może być to film po rosyjsku, kręcony gdzieś na Syberii, jak i kolejny film po polsku realizowany w Warszawie.

 

Kiedy zobaczymy „Imagine” w polskich kinach?

Film wciąż jeździ po festiwalach i czekają go jeszcze wizyty w wielu miejscach. A w polskich kinach być może pojawi się na przełomie lutego i marca, ale nie jest to jeszcze pewna data.

 

Andrzej Jakimowski (1963) jest reżyserem, scenarzystą i producentem filmów fabularnych „Zmruż oczy”, „Sztuczki” i „Imagine”, za które był nagradzany m.in. przez Polską Akademię Filmową (cztery Orły dla „Zmruż oczy”, dwa dla „Sztuczek”) oraz na festiwalach filmowych w Gdyni (Najlepszy debiut reżyserski i Nagroda Specjalna Jury za „Zmruż oczy”; Złote Lwy dla „Sztuczek”), Wenecji (Nagroda Label Europa Cinemas oraz Nagroda Lanterna Magica dla „Sztuczek”) i Warszawie (Nagroda za reżyserię oraz Nagroda Publiczności dla „Imagine”). Ukończył filozofię na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserię na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

 

Przeczytaj inne wywiady „Kontaktu”.