dwutygodnik internetowy
8.05.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Anatomia cudu

Singapur stał się „ziemią obiecaną”, którą ekonomiści pokazywali politykom z państw „zapóźnionych” jako wizję nagrody za realizację polityk rozwojowych wymagających trudów i wyrzeczeń. Pytanie tylko, czy słusznie.

ilustr.: Marcin Mokierów-Czołowski

ilustr.: Marcin Mokierów-Czołowski

Tekst pochodzi z 33. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Bezdomność”.

Po zakończeniu II wojny światowej wszystkie kraje globu podzielono na trzy grupy.  Do Pierwszego Świata zaliczono kraje uprzemysłowione, dysponujące rozwiniętą gospodarką, względnie sprawnie działającym aparatem państwowym oraz żyjącymi w dobrobycie społeczeństwami. Za nimi gonił, a docelowo miał go nawet prześcignąć, tak zwany świat Drugi, socjalistyczny, idący własnymi ścieżkami modernizacji i industrializacji. Z kolei Trzeci Świat obejmował kraje słabo rozwinięte i biedne, mające za sobą dziedzictwo ekonomicznej i politycznej zależności od potęg kolonialnych.

W czasie Zimnej Wojny państwa należące do tej ostatniej grupy stały się areną wojskowej, gospodarczej i ideologicznej rywalizacji między państwami kapitalistycznymi i socjalistycznymi. Państwom Trzeciego Świata oferowano nie tylko pomoc gospodarczą, ale i całościowe pakiety rozwojowe oparte albo o założenia ideologii komunistycznej, albo – w wersji zachodniej – o zasady ekonomii rozwoju i teorii modernizacji.

Lata 80. i początek lat 90. były czasem oceny dotychczasowych osiągnięć modernizacyjnych. Upadek komunizmu w Europie i rozpad ZSSR ostatecznie dowiodły nieskuteczności modelu gospodarki centralnie planowanej. Również osiągnięcia większości krajów Trzeciego Świata nie budziły zachwytu. Patrząc na dane dotyczące średniego wzrostu PKB per capita w latach 1960–1985, widać wyraźnie, że w przypadku krajów „rozwijających się”, paradoksalnie, trudno mówić o rozwoju. Dla jednych lata niepodległości przyniosły zubożenie – PKB per capita spadał na przykład w Angoli, w Zambii czy w Ghanie. Inni po dwudziestu pięciu latach znaleźli się w punkcie wyjścia, jak choćby Haiti czy Senegal. Niektóre kraje, jak Argentyna, Peru, Indie czy Kenia, odnotowały niewielki, wręcz symboliczny wzrost. Ich tempo rozwoju było jednak zdecydowanie zbyt niskie, by „dogonić” rozwinięte i wciąż rozwijające się gospodarczo państwa Zachodu. Przepaść, zamiast maleć, rosła.

Tygrysi skok

W Trzecim Świecie znaleźli się jednak także zwycięzcy. Roczne tempo wzrostu PKB per capita było w tych państwach wyższe niż w krajach rozwiniętych. Wspomniani zwycięzcy stali się bohaterami znanego raportu Banku Światowego z roku 1993: „The East Asian Miracle, Economic Growth and Public Policy”, w którego tytule ukuto dla nich wspólną nazwę państw „wschodnioazjatyckiego cudu”. Eksperci Banku Światowego zaliczyli do tej grupy Japonię, „azjatyckie tygrysy”, czyli Koreę, Tajwan, Singapur i Hongkong, a także osiągające mniej spektakularne wyniki, ale również wyróżniające się na tle reszty krajów rozwijających się, Indonezję, Malezję i Tajlandię. Zdaniem autorów raportu, azjatycki „cud” dotyczył nie tylko błyskawicznego wzrostu gospodarczego lat 1965–1990, lecz także wzrostu poziomu życia ludności oraz spadku nierówności dochodowych.

Zachwyt nad „cudem” ogarnął nie tylko grono ekspertów Banku Światowego. Liczni ekonomiści zajmujący się rozwojem gospodarczym nie bez podziwu stwierdzają, że azjatyckie tygrysy w ciągu zaledwie trzydziestu czy czterdziestu lat nie tylko wyszły z biedy i zapóźnienia, ale także zaczęły konkurować z gospodarkami przemysłowych państw Zachodu. Tym samym, w ciągu życia jednego pokolenia osiągnęły to, na co Europa i USA pracowały od XIX wieku. Państwa te wykonały więc – by posłużyć się tytułem książki Adama Leszczyńskiego – „skok w nowoczesność”.

Pierwszy wśród mistrzów

Przyjrzyjmy się bliżej Singapurowi – państwu, które osiągnęło pozycję rozwojowego prymusa nawet na tle innych „tygrysów”. Ta mała wyspa stała się synonimem gospodarczego sukcesu i „ziemią obiecaną”, którą ekonomiści pokazywali politykom z państw „zapóźnionych” jako wizję nagrody za realizację polityk rozwojowych wymagających trudów i wyrzeczeń. Pytanie tylko, czy słusznie.

Singapur budzi podziw. Kraj jest liderem światowych rankingów gospodarczych takich jak Logistics Performance Index czy Doing Business. Miasto pełni funkcję gospodarczego i transportowego hubu Azji Południowo-Wschodniej – tutejszy port i lotnisko należą do jednych z największych na świecie. To tu lokowane są siedziby międzynarodowych korporacji. Poza transportem i komunikacją gospodarkę tworzą nowoczesne usługi i zaawansowana produkcja. Wśród głównych branż wymienić należy usługi dla biznesu, usługi finansowe, usługi edukacyjne oraz branżę ochrony zdrowia. Wśród przemysłów najważniejsze są: petrochemiczny, elektroniczny i biomedyczny. Niezwykła dynamika wzrostu PKB na obywatela w ostatnim półwieczu sprawiła, że obecnie jest ono wyższe od amerykańskiego, co stanowi miarę odniesionego sukcesu.

Nędza i samotność

Wedle najbardziej popularnej wśród naukowców, dziennikarzy i polityków wizji historii Singapuru, w roku 1959, gdy kraj uzyskał autonomią spod władzy brytyjskiej, jego sytuacja należała do wyjątkowo trudnych.

Zgodnie z tą narracją, podobnie jak inne przyszłe tygrysy, Singapur był państwem małym, biednym i pozbawionym bazy surowcowej oraz dobrej infrastruktury. Jak pisze singapurski ekonomista Lim Chong Yah: „W 1965 roku, gdy Singapur stał się w pełni niepodległą Republiką, PKB per capita wynosiło 512 USD, co było wartością typową dla krajów rozwijających się”. Jego gospodarka opierała się na brytyjskiej bazie morskiej oraz na funkcji portu przeładunkowego, którą pełnił w handlu surowcami – gumą i cyną. Ludności miasta doskwierały nędza, bezrobocie oraz złe warunki mieszkaniowe. Warto ponadto wspomnieć o trudach, w jakich powstawała singapurska państwowość. Próby federacji z Malezją zakończyły się fiaskiem. W samym mieście istniały napięcia etniczne oraz klasowe, tym groźniejsze, że w owym czasie po Azji krążyło widmo komunizmu. Również Indonezja pod rządami Sukarno wrogo odnosiła się do miasta ze względu na rolę, którą pełniło ono w przemycie towarów eksportowanych z tego kraju.

Wolny rynek czy jedzenie pałeczkami?

Powyższą wizję sytuacji na wyspie przed rokiem 1959, którą skrótowo można podsumować jako „obraz nędzy i rozpaczy”, ekonomiści przyjęli za daną i powielili w dziesiątkach wstępów do swoich prac poświęconych Singapurowi. Znamienne, że tego typu „wstępy historyczne” nie były opatrywane żadnymi przypisami. Po nich zaś zazwyczaj następowało wyjaśnienie „cudu” mającego swój początek w latach 60. Można wyróżnić kilka wariantów odpowiedzi na pytanie o przyczyny tej niezwykłej przemiany.

W pierwszym podejściu singapurski „cud” jest sukcesem wolnego rynku. W tej wizji to mechanizm rynkowy decydował o tym, „co”, „jak” i „dla kogo” wytwarzać. Zasługa władz państwowych Singapuru sprowadzała się do tego, że nie zaburzały zbytnio działania rynków oraz tworzyły „zdrowe fundamenty” – usprawniały administrację i szkolnictwo, zapewniały stabilność sytuacji politycznej i polityki makroekonomicznej, wspierały otwarcie gospodarki na świat. Singapur korzystał z dobrodziejstw globalizacji – wolnego handlu, międzynarodowej presji konkurencyjnej oraz transferu technologii i kapitału.

W latach 80. powstało alternatywne, interwencjonistyczne wyjaśnienie azjatyckich „cudów”. Przedstawiciele tego nurtu wytykali ortodoksom pomijanie licznych ingerencji w mechanizmy rynkowe, dokonywanych przez rządy Singapuru i pozostałych „azjatyckich tygrysów”. Zwracano uwagę na bezpośrednią obecność państwa w gospodarce, polegającą na własności ziemi, infrastruktury i kluczowych przedsiębiorstw. Wskazywano również na bardziej ukryte ingerencje – ulgi podatkowe, subsydia, obowiązkowe oszczędności obywateli, preferencyjne kredyty czy regulację płac i migracji. W ostatecznym rozrachunku państwowa biurokracja miała ogromny wpływ na to, „co”, „jak” i „dla kogo” jest produkowane, a mechanizm rynkowy wypełniał tylko pozostawione mu nisze.

Trzecie, kulturalistyczne, wyjaśnienie „cudu” dobrze oddają słowa historyka gospodarki Davida Landesa: „Max Weber miał rację. Studiując historię rozwoju gospodarczego, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że kultura przesądza prawie o wszystkim”. Jak wielki socjolog Max Weber pisał o etyce protestanckiej leżącej jakoby u genezy kapitalizmu w Europie, tak Landes źródeł sukcesu azjatyckich smoków upatruje w chińskiej etyce ciężkiej pracy. Wspomina również o wynikającej z posługiwania się pałeczkami zręczności manualnej, jakże przydatnej przy składaniu układów scalonych. Co ważne, wyjaśnienia tego typu bardzo dobrze współgrają z poglądami singapurskich polityków, którzy chętnie upatrują źródeł sukcesu swojego państwa w kulturze jego mieszkańców.

Opisane wyżej podejścia są odmienne, a nawet częściowo przeciwstawne. Jednak zarówno „cudowność” przemiany, jak i umiejscowienie jej początków w latach 60. XX wieku pozostawały poza dyskusją.

ilustr.: Marcin Mokierów-Czołowski

ilustr.: Marcin Mokierów-Czołowski

Cudu nie było?!

O ile faktem jest, że obecny Singapur jest bogatym państwem o nowoczesnej gospodarce, o tyle odwołanie się do mniej znanych, tworzonych głównie przez historyków opracowań pozwala stwierdzić, że pozostała część opowieści o wielkim skoku jest bardzo daleka od prawdy. Już sam zakres chronologiczny narracji jest nieporozumieniem. Mityczny rok 1960 to tylko początek serii danych gromadzonych przez singapurski GUS, które ułatwiają prowadzenie analiz ekonomicznych. Często przywoływany rok 1965 jest natomiast datą ogłoszenia niepodległości. Stanowi ona ważny moment w narodowej mitologii, jednak z perspektywy historii gospodarczej wyznacza tylko zmianę politycznej organizacji tej samej realnej przestrzeni, populacji, gospodarki i infrastruktury.

Jeszcze istotniejsze jest jednak to, że Singapur w latach 60. nie był typowym państwem Trzeciego Świata. Wręcz przeciwnie – już wtedy wyróżniał się pozytywnie na tle innych krajów rozwijających się, a źródeł jego przewag należy upatrywać w geografii i historii gospodarczej, których wpływ na losy miasta jest konsekwentnie pomijany przez większość badaczy. Analiza tych czynników pozwala zrozumieć, że w singapurskiej historii nie ma nic z „cudowności”, przełomowych zwrotów akcji i wielkiego dramatyzmu. Jest w niej za to dużo ciągłości.

Geografii nie oszukasz

Położenie geograficzne jest chyba najbardziej oczywistym i jednocześnie najbardziej ignorowanym aspektem całej historii. Stamford Rafles, który założył miasto w roku 1819, stwierdził: „Miałem wielkie szczęście, zakładając tę faktorię w miejscu posiadającym wszystkie możliwe zalety, zarówno geograficzne, jak lokalne”. Te zalety to położenie na samym końcu Półwyspu Malajskiego, przy wejściu do Cieśniny Malakka, a więc na najkrótszej trasie łączącej Chiny z Indiami, a dalej, po otwarciu kanału Sueskiego, z Europą. Jest to również naturalne centrum handlu regionu Azji Południowo-Wschodniej, bogatego w ropę, kauczuk i cynę. Są to surowce absolutnie strategiczne w końcówce XIX wieku i w wieku XX, których eksport napędzał rozwój miasta. Sama wyspa posiada dodatkowo naturalny port.

Wielka Brytania doskonale rozumiała, że Singapur to jeden z najważniejszych punktów strategicznych na mapie świata. Dbała więc o rozwój swojej „perły w koronie”, dokonując niezbędnych inwestycji w infrastrukturę portową, doprowadzając do miasta kolej, lokując w nim węzeł sieci telegraficznej oraz hub pierwszych połączeń lotniczych. W 1911 roku port w Singapurze był piątym pod względem tonażu portem Imperium Brytyjskiego. W 1938 ukończono budowę potężnej bazy Royal Navy, której infrastruktura w latach niepodległości posłuży komercyjnej już stoczni. Powstawała także infrastruktura gospodarcza związania z obrotem surowcami. Dokładna wartość inwestycji nie jest znana. Ich skala była jednak ogromna, zwłaszcza jak na tak małe państwo-miasto. Twierdzenia, że kraj dysponował kiepską infrastrukturą, ocierają się o śmieszność.

Handel dźwignią rozwoju

Historia gospodarcza Singapuru doczekała się w latach 90. bardzo dobrego opracowania autorstwa W.G. Huffa, łączącego teorie ekonomiczne z historycznym przywiązaniem do faktów. Autor w sposób całościowy pokazuje historię miasta, opisując kolejne motory napędzające jego wzrost. Niestety, wnioski wynikające z jego pracy nie zostały należycie rozpowszechnione w środowisku naukowym.

Rytm rozwoju Singapuru wyznaczały towary, które eksportowano za jego pośrednictwem. Pierwszym z nich była cyna – towar strategiczny pod koniec XIX wieku, służący do uszczelniania puszek i beczek. Singapur stał się największym na świecie rynkiem tego metalu. U progu XX wieku do cyny dołączyły także kauczuk i ropa naftowa, surowce kluczowe dla rozwoju transportu i przemysłu, zwłaszcza samochodowego. To tu powstała infrastruktura służąca do eksportu ropy, tu tankowały statki, tu także je remontowano. Dało to podstawy do rozwoju przemysłu petrochemicznego już w latach niepodległości. Jego pojawienie się nie było rewolucją, a raczej pójściem o krok dalej w łańcuchu wartości przetwórstwa ropy.

Przychody z handlu kauczukiem pozwoliły z kolei na akumulację kapitału, który napędzał rozwój singapurskich banków, których językiem urzędowym był angielski. W mieście wykształciła się grupa znających angielski i „noszących się po angielsku” prawników, ekonomistów oraz urzędników bankowych chińskiego pochodzenia. To właśnie z tego kręgu zanglicyzowanych Chińczyków wywodziła się przyszła elita rządząca niepodległym Singapurem, chociażby sam „ojciec Singapuru” Lee Kuan Yew, prawnik wykształcony w Cambridge, a także wieloletni wicepremier, doktor London School of Economics Goh Keng Swee. Był to niebywale rzadki jak na kraj postkolonialny kapitał intelektualno-przywódczy. W ostatecznym rozrachunku to ta grupa społeczna narzuciła swoją wizję modernizacji miasta oraz stworzyła singapurski naród i jego mitologię.

W czasie II wojny światowej miasto znalazło się pod okupacją Japończyków, którzy wykorzystali je jako centrum zarządzania gospodarką regionu. Po latach zresztą wrócili na wyspę – już jako inwestorzy. Bezpośrednio po wojnie nastąpiła odbudowa, dalszy rozwój eksportu surowców oraz przemysłu. Pojawił się również problem przeludnienia, a wraz z nim – bezrobocia i nędzy. Ich źródła to przede wszystkim imigracja, wzrost przyrostu naturalnego i nierówny podział bogactwa. Co istotne – świadczą one raczej o sukcesie gospodarczym miasta niż o jego załamaniu. W roku 1960 nominalne PKB per capita Singapuru wynosiło 428 USD, czyli około pięć razy więcej niż w Chinach czy w Indiach, trochę więcej niż w Hiszpanii czy Portugalii, około jedną trzecią tego, co we Francji i około jedną siódmą amerykańskiego. Oczywiście, dziś Singapur wypada w tej klasyfikacji lepiej, ale twierdzenie, że startował z pozycji „typowego” kraju rozwijającego się, jest zupełnie nietrafione.

Ignorancja w służbie mitu

Jak to możliwe, że jedno miasto ma dwie tak odmienne historie? Czemu to pełna cudów, mityczna historia jest wizją popularniejszą w publikacjach naukowych i gospodarczych? Rządząca na wyspie przez przeszło pół wieku partia PAP (People’s Action Party) miała swoje powody do stworzenia mitycznej, jednoczącej mieszkańców historii sukcesu, tak zwanego Singapore Story, gdy pojawiło się zagrożenie dla jej jednopartyjnych rządów. To typowy mit legitymizujący władzę oraz mit narodu tworzonego wokół postkolonialnego państwa. Jego treść jest w dużej mierze dziełem samego „ojca Singapuru”, Lee Kuan Yew.

Ale nie tylko wewnętrzna dynamika polityczna zdecydowała o dominacji historii wielkiego skoku nad historią ciągłości. Po stronie obserwatorów zewnętrznych również można wskazać kilka przyczyn rozpowszechniania tego mitu.

Znaczenie ma choćby zwykła ignorancja na temat Azji i jej historii, która pozwala powielać nawet najbardziej niedorzeczną informację, o ile tylko wpisuje się w ramy obiegowego mitu. Wśród badaczy społecznych szczególnie podatni na uciekanie się do tego typu uproszczeń są ekonomiści, którzy w większości skupiają się na danych ilościowych, potrzebnych do tworzenia i weryfikowania modeli. W przypadku Singapuru, poprzez narzucenie sobie tej wąskiej perspektywy, nie byli w stanie zanalizować sytuacji przed rokiem 1960, gdy odpowiednie dane statystyczne nie były systematycznie zbierane. Tylko nieliczni docierali głębiej. W efekcie badacze pomylili początek obserwacji zjawiska z początkiem samego zjawiska.

Nie bez winy jest też ekonomia rozwoju – gałąź ekonomii zajmująca się szukaniem recept na problemy krajów rozwijających się. Charakterystyczne dla wielu opracowań w tym obszarze jest instrumentalne traktowanie historii analizowanych krajów. Również historia Singapuru nie była przedmiotem autentycznego zainteresowania. Miała odgrywać rolę służebną, stanowić źródło skutecznych i uniwersalnych recept gospodarczych.

Podejście kulturalistów narażone jest z kolei na liczne zagrożenia wynikające z trudności związanych z rzetelnym badaniem związków między „narodowymi cechami” a rozwojem gospodarczym. Tego typu analizy są szczególnie ryzykowne w przypadku państwa, które przeszło kulturową i ideologiczną rewolucję i w którym sam temat „singapurskich wartości” stał się ważnym elementem państwowej propagandy sukcesu. Granica między obiektywną analizą a mniej lub bardziej świadomym wspieraniem dominującej w Singapurze ideologii jest szczególnie trudna do uchwycenia.

Siła interesów

Za zniekształceniami w percepcji rozwoju Singapuru kryje się nie tylko „niewinna niewiedza”, ale również całkiem poważne interesy. Poszczególni ekonomiści oraz „specjaliści” od rozwoju gospodarczego starają się przekonywać, że za sukcesem miasta stoją akurat te czynniki, które oni uważają za kluczowe. Są to zarówno spory akademickie, jak i praktyczne, dotyczące tego, jakie polityki gospodarcze powinny stosować państwa rozwijające się. Przekaz jest następujący: „Patrzcie: od zera do milionera, ty też tak możesz, o ile przyjmiesz nasze zalecenia”. Stawką jest nie tylko rozwój krajów „zapóźnionych”, ale również realne interesy gospodarcze tych państw i firm, które zyskują na konkretnej polityce – na przykład na liberalizacji handlu międzynarodowego lub przepływów kapitałowych.

O żywotności mitu o cudzie, który miał stać się udziałem Singapuru, nie decyduje siła argumentów, lecz siła interesów, które je podtrzymują. Na ich korzyść działa zasada Goebbelsa, zgodnie z którą kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą, zwłaszcza jeśli powielają je autorytety nauki, nobliści i wybitni politycy. Któż mógłby podważyć tę historię? Dysydenci polityczni, nieortodoksyjni ekonomiści, a może przedstawiciele innych niż ekonomia nauk społecznych, takich jak socjologia czy historia?

***

Tekst powstał w oparciu o pracę licencjacką przygotowaną w Instytucie Historycznym UW pod kierunkiem dr hab. prof. UW Michała Kopczyńskiego.