dwutygodnik internetowy
27.02.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Alternatywna, ale czy na pewno lewica?

Można oczywiście przyjąć, że „nienawiść do białych” jest tak samo zakazana jak nienawiść do „czarnych”, „żółtych” czy „niebieskich” – jako nienawiść rasowa w ogóle. Jednak z jakiegoś powodu wymieniona została wyłącznie ta pierwsza. Czy zatem krytyka kolonializmu, wskazywanie na sieć globalnych zależności, dzięki której bogata „biała” Północ zbudowała i nadal powiększa swoje bogactwo kosztem „kolorowego” Południa, jest „nienawiścią do białych”? Chyba tylko na takiej zasadzie, na jakiej pisanie i mówienie o zbrodni w Jedwabnem jest wyrazem nienawiści do Polaków.

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

W „Nowym Obywatelu” pojawił się tekst Jarosława Tomasiewicza, dotyczący powstałego pod koniec 2015 roku ruchu alt-left. Zdaniem autora rozważenie pewnych jego postulatów stanowi ratunek dla „wyjałowionej polskiej lewicy” i jest jedyną skuteczną bronią w walce z rosnącym w siłę ruchem alt-right. Wartym dostrzeżenia trendem jest według Tomasiewicza przede wszystkim odejście przez alt-lewicowców od „lewicy kulturalnej” w stronę „lewicy ekonomicznej”.  Sądząc z cytowanego przez niego tekstu Piotra Ciszewskiego, w przypadku Polski oznaczać by to mogło rezygnację ze „śmiesznych tematów zastępczych” – czyli walki o przestrzeganie Konstytucji przez PiS – i wprowadzenie „nowoczesnego lewicowego populizmu”, posługującego się retoryką walki klas. Energia lewicy powinna się skupić głównie na walce o „bazę”, czyli przeciwko nierównościom ekonomicznym. Artykuł Tomasiewicza bazuje zatem na opozycji pomiędzy tak zwaną „lewicą tożsamościową”/„lewicą kulturową”/„lewicą kawiorową” a „prawdziwą lewicą ekonomiczną”. Ten – silnie eksploatowany również przez prawicowe media – podział, jak wiele opozycji binarnych, pewne kwestie unaocznia, jednak znacznie więcej upraszcza, stereotypizuje i banalizuje. Czy da się bowiem walczyć z jednymi nierównościami, całkowicie pomijając inne?

Tomasiewicz, który „od dekad krytykuje polską lewicę za intelektualną impotencję”, rozpoczyna tekst od rekapitulacji w jednym akapicie swojej pracy ostatnich dekad. Zarzuca polskiej lewicy brak własnego głosu, zachłyśnięcie się zachodnimi wzorcami i bezmyślne implementowanie ich na rodzimym gruncie. Ta bezideowość zaowocowała według niego jej alienacją i wypchnięciem poza nawias politycznego mainstreamu. By mocniej ugruntować swoje pretensje i pokazać, że nie jest w nich osamotniony, Tomasiewicz powołuje się na artykuł z „Dyktatury Proletariatu”, opublikowany… w 2003 roku. Czy coś istotnego zmieniło się od tego czasu? Między innymi powstała Partia Razem, której działania w dużym stopniu zasadzają się na wspieraniu związków zawodowych, walce o prawa pracownicze czy nagłaśnianiu lokalnych „niszowych” afer, których negatywnym bohaterem jest nieuczciwy pracodawca. Członkowie Razem zwracają również uwagę na potransformacyjne nierówności – trudno chyba o lepszy przykład „ulokalnienia” uniwersalnych lewicowych ideałów przez ich rodzimych wyznawców. O tym jednak Tomasiewicz nie pisze. Wobec Partii Razem, jak i wobec każdej innej partii politycznej, nie należy być bezkrytycznym, jednak negatywne wypowiadanie się o kondycji polskiej lewicy przy jednoczesnym pominięciu istnienia tej formacji jest merytorycznie nieuzasadnione.

W tekście Tomasiewicza niepokój wzbudza nie tylko wątpliwa argumentacja, lecz także sama ideologia ruchu alt-left. Autor odwołuje się między innymi do bloga Roberta Lindsaya , zdeklarowanego zwolennika alt-left. Trudno stwierdzić, jaki status wśród samych wyznawców tego ruchu mają deklaracje autora, jednak na stronie znajduje się tekst, który wygląda jak manifest alt-left. Możemy tam przeczytać, że alt-lewicowcy charakteryzują się „odejściem w lewo” w kwestiach ekonomicznych i „odejściem w prawo” w sprawach światopoglądowych. Ostro krytykują „nowoczesne” liberalne rządy jako lewicowe jedynie powierzchniowo: skupiają się one bowiem na chwytliwych medialnie kwestiach obyczajowych, forsując jednocześnie brutalny neoliberalizm. Jest to polityka wygodnicka, sprzyjająca wyłącznie wąskim wielkomiejskim elitom, nieetyczna, a jednocześnie krótkowzroczna i niebezpieczna. W jej efekcie o zapomniane i mniej uprzywilejowane „masy” upomniał się Donald Trump (u nas wskazać zapewne należałoby PiS). Z tą prostą i zapewne słuszną diagnozą nie zamierzam polemizować. Ponadto, o ile dobrze rozumiem Lindsaya, program polityczny alt-lewicowców nie zawierałby w sobie projektu odebrania praw tym mniejszościom i grupom, którym dotychczasowe rządy owe prawa przyznały. Chodzi raczej o zawieszenie sądów, spuszczenie z tonu czy też „uneutralnienie się” w – drugorzędnych wobec „prawdziwych” problemów społecznych – kwestiach obyczajowych. Czy jednak „baza” i „nadbudowa” wykluczają się wzajemnie i walka o jedną oznacza rezygnację z upominania się o tę drugą? A może to, co jacyś „my”, na miarę których szyte są normy społeczne – biali, heteroseksualni, katolicy w katolickim kraju – nonszalancko nazywamy „nadbudową”, dla innych stanowi podstawę, warunek konieczny do budowania własnego miejsca w społeczeństwie? Szerokie badania przeprowadzone w USA przez Instytut Williamsa wśród dorosłych osób transpłciowych wskazują, że 41 procent respondentów ma za sobą próbę samobójczą (w całej populacji amerykańskiej wskaźnik ten wynosi 4,6 procent). Ciekawe jest również zestawienie tych danych z informacją o tożsamości etnicznej uczestników badań: wśród transpłciowych Indian i rdzennych mieszkańców Alaski odsetek prób samobójczych wynosi 56 procent, wśród osób o multikulturowej tożsamości – 54 procent, Afroamerykanów – 45 procent, Latynosów – 44 procent, białych transpłciowych Amerykanów – 38 procent. Pomimo adnotacji, że ze względu na metodę zbierania danych wskaźniki mogą być nieco zawyżone, tendencja, która z nich się wyłania, jest boleśnie widoczna.

Lista opinii niepożądanych

Na wspomnianym blogu znajduje się lista przekonań niepożądanych u alt-lewicowca, poprzedzona adnotacją: „Oznacza to, że będziemy zapewne tolerancyjni w stosunku do osób, które posiadają maksymalnie kilka z poniższych wad, dopóki będą na ten temat milczeć”. Wśród owych niechcianych poglądów figurują między innymi: „przekonanie, że biali ludzie są źli”, „nawijanie o «Białym Przywileju»”, „feminazizm, genderowy feminizm, wrogość w stosunku do mężczyzn”, „wiara, że Zachód jest zły, a Wschód wspaniały”, „detektywi antysemityzmu, którzy wszędzie doszukują się oznak zagrożenia w stosunku do Żydów – ta żydowska paranoja jest prawie tak zła, choć nie tak niebezpieczna, jak sam antysemityzm”. Należy dodać, że pośród 29 pozostałych punktów znajduje się również nazizm, faszyzm czy antysemityzm. Sam pomysł utworzenia specjalnej listy „opinii niepożądanych” oraz adnotacja, że będą one akceptowane tak długo, jak ich nieszczęśliwi posiadacze pozostaną milczący, wydają się jednak podejrzane i w swoim duchu wcale nie tak „lewicowe”. Natychmiast też nasuwają skojarzenia ze zdaniami-wytrychami: „Nie jestem homofobem, ale nie podoba mi się, jak homoseksualiści obnoszą się ze swoją orientacją” (czytaj: nie powinni o swojej orientacji mówić, trzymać się za ręce w miejscach publicznych, a zatem nie powinni również stanowić politycznej grupy interesu). Problematyczny jest również sam język, który karmi się agresywnymi, niemerytorycznymi i pustymi semantycznie sformułowaniami. Kim jest bowiem tajemnicza „feminazistka”? Czy przypadkiem nie tym określeniem posługują się obrońcy patriarchalnego i nierównego układu ról płciowych w społeczeństwie, by określić kobietę domagającą się równouprawnienia? Kiedy człowiek niepozbawiony wrażliwość i wyczulony na mowę nienawiści w stosunku do Żydów – znaną na pewno większości z nas z napisów na murach, w autobusach czy pociągach – staje się „detektywem antysemityzmu”? Jak się zdaje, alt-lewicowcy nie krytykują idei równouprawnienia samej w sobie, lecz pewne jej przejawy, sposoby mówienia o niej. Granica pomiędzy jednym a drugim jest jednak tak płynna, że zapewne niemożliwa do postawienia. „Lista Lindsaya” bazuje na stereotypach, banalizacjach i generalizacjach, podobnie jak sam język, żywcem ściągnięty – by odwołać się do rodzimego kontekstu – z magazynów „W Sieci”, „Do rzeczy” czy z portalu Fronda.pl. Znów – wcale nie tak „lewicowych”.

Nierozerwalne nierówności

Można oczywiście przyjąć, że „nienawiść do białych” jest tak samo zakazana jak nienawiść do „czarnych”, „żółtych” czy „niebieskich” – jako nienawiść rasowa w ogóle. Jednak z jakiegoś powodu wymieniona została wyłącznie ta pierwsza. Czy zatem krytyka kolonializmu, wskazywanie na sieć globalnych zależności, dzięki której bogata „biała” Północ zbudowała i nadal powiększa swoje bogactwo kosztem „kolorowego” Południa, jest „nienawiścią do białych”? Chyba tylko na takiej zasadzie, na jakiej pisanie i mówienie o zbrodni w Jedwabnem jest wyrazem nienawiści do Polaków. Czy dostrzeżenie strukturalnych przyczyn nierówności społecznych, zwrócenie uwagi na to, że – choćby w Stanach czy Ameryce Łacińskiej – „bieda ma kolor”, można nazwać „nawijaniem”? Trudno się nie zgodzić, że stosowanie rasistowskich kryteriów jest szkodliwe w każdą stronę. Jednocześnie nie wolno jednak zapominać o odpowiednim postawieniu akcentów. W końcu to poczucie wyższości białych w stosunku do Czarnych, Indian czy Hindusów zebrało najkrwawsze żniwo i w dużym stopniu jest winne globalnemu układowi sił, który, podtrzymując dobrobyt jednych, upośledza innych. W „Otwartych żyłach Ameryki Łacińskiej” Eduardo Galeno stwierdza, że to „gorączka srebra” i poprzedzająca ją „gorączka złota” oraz wywóz ogromnych ilości tych kruszców z Ameryki Łacińskiej do Europy umożliwiły rozwój ekonomiczny „Starego Kontynentu”, kosztem podbitych przez Europejczyków ziem. Sama konkwista zaś była możliwa dzięki poczuciu wyższości cywilizacyjnej i moralnej Hiszpanów i Portugalczyków nad mieszkańcami zdobytych terenów, które usprawiedliwiało mordowanie i wyzysk Indian, polegający między innymi na zmuszaniu ich do niewolniczej pracy w kopalniach. Ta ohydna polityka zbiera swoje żniwa do dziś, tyle że w „miększych” postkolonialnych formach i w białych rękawiczkach. Niepozbawione podstaw jest zatem czytanie globalnych nierówności ekonomicznych jako pokłosia i konsekwencji pogardy rasowej. Nie da się mówić o światowej ekonomii, starać się ująć wszystkich jej niuansów i aspektów, marginalizując kwestie tożsamościowe, jak chcieliby tego alt-lewicowcy.

Szeroko pojęta „lewicowość” czy „lewicowa wrażliwość” składa się według mnie z dwóch komponentów. Warunki te spełniają rzecz jasna nie tylko osoby o lewicowych poglądach, lecz nie wyobrażam sobie, by ktoś, kto za taką się uważa, miał zrezygnować z któregokolwiek z nich. Pierwszym jest zwrócenie uwagi na czyjąś krzywdę, wykluczenie. Drugi to dostrzeżenie, że o owym wykluczeniu decyduje więcej czynników niż tylko indywidualna decyzja upośledzonej społecznie jednostki. Wśród potencjalnych przyczyn znaleźć się mogą kwestie ekonomiczne, lecz także rasowe, etniczne, związane z orientacją seksualną czy tożsamością płciową. Nienormatywność (w odniesieniu do europocentrycznej normy) w którymkolwiek z tych aspektów może stać się przyczyną stygmatyzacji, pogardy, a następnie wykluczenia jednostki. Zlekceważenie czterech ostatnich kwestii stanowi zatem w moim odczuciu wyraz pewnej ślepoty, którą trudno pogodzić z lewicową wrażliwością. Nawet „alternatywnie-lewicową”.

  • Anarchista

    Jeżeli ktoś odbywa seksualny stosunek z kozą to jest kozoj***ą, a nie alt-miłośnikiem zwierząt, jeżeli ktoś jest Tomasiewiczem to jest tercerystą, a nie alt-lewicowcem. Sprawa jasna od lat, ale w “debacie” trzeba ciągle to przypominać.