dwutygodnik internetowy
18.05.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Albin: Książka nie jest towarem rynkowym

Książka nie powinna być traktowana jako towar rynkowy. Dla książki nie ma substytutu! Masło można zastąpić margaryną, jabłka pomarańczami, a książki nie zastąpimy filmem. Nawet jeżeli to jest książka elektroniczna, to dalej pozostaje książką, więc nie można jej traktować tak samo.

 

ilustr.: Tomasz Obiński

ilustr.: Tomasz Obiński

 

ANNA DOBROWOLSKA, SZYMON RĘBOWSKI: Jak mógłby pan scharakteryzować rynek książki w Polsce?

WŁODZIMIERZ ALBIN: Trudno jest opisać go w kilku słowach. Ale gdybym miał wskazać jego najważniejszą cechę, to powiedziałbym, że jest to mały rynek. To jest największy problem, dlatego że w 38-milionowym państwie cały rynek książki ma przychody porównywalne z przychodami porządnej mleczarni produkującej „Mleko Łaciate”. Czyli nieco ponad 2 miliardy, jeśli chodzi o obroty wydawców, a w cenach detalicznych pewnie między 3,5 a 4 miliardy złotych. Jak rynek jest mały, to się robi płytki, czyli nie ma zwrotu pieniędzy, nie można inwestować długofalowo, nie ma dużych nakładów. A cała idea rynku wydawniczego jest taka, że robi się duże nakłady, książka się staje bestsellerem, sprzedajemy wiele egzemplarzy. Jak rynek jest mały, to zaczynają się kłopoty, których my na tym rynku mamy właśnie sporo.

A jeśli chcielibyśmy określić jego strukturę, to, próbując posłużyć się modelami ekonomicznymi, bliżej byłoby mu do konkurencji doskonałej czy monopolistycznej?

Tu pojawia się kolejny problem. Jest to rynek dość mocno zmonopolizowany. Według ukazującego się co roku rankingu wydawnictw tylko trzy osiągają obroty rzędu dwieście milionów złotych i są to dwa wydawnictwa edukacyjne i jedno prawnicze. Kolejne cztery-pięć osiąga obroty między sto a dwieście milionów, a reszta to są wydawnictwa małe i bardzo małe. Na każdym podrynku: prawniczym, edukacyjnym, beletrystycznym, mamy jednego bądź kilku monopolistów i resztę, która krąży dookoła nich. W efekcie na rynku prawniczym mamy w Polsce dwa wydawnictwa, a w Niemczech trzydzieści. W Polskiej Izbie Książki jest 150 wydawnictw i one reprezentują 95% rynku. A w sumie mamy w Polsce kilka tysięcy wydawnictw. Większość z nich jest więc bardzo mała, a o wydawanych przez nich książkach nikt nic nie wie, nie docierają do klientów i na tym rynku po prostu nie są w stanie zaistnieć.

Jakie są przyczyny tego stanu rzeczy? Dlaczego ten rynek jest tak mały, a co za tym idzie płytki?

Podzieliłbym te przyczyny na dwie kategorie. Pierwsza to jest przyczyna pierwotna, podstawowa. Nie mamy w Polsce nawyku czytelnictwa. On gdzieś może jeszcze jest w dużych miastach czy w rodzinach inteligenckich czy jakoś przypadkiem w różnych innych miejscach, ale reszta naszych rodaków rzadko i mało czyta. Nie ma poczucia, że to jest nie tylko przyjemny sposób spędzania wolnego czasu, ale że też za czytelnictwem idzie rozwój człowieka, zdolność do adaptacji na świecie, do bycia innowacyjnym, do odniesienia sukcesu w pracy zawodowej czy w biznesie. My tego w ogóle nikomu nie pokazujemy.

Dlaczego tak się dzieje?

Bo my tej chęci czytania w żaden sposób nie rozbudzamy! Nie lubię sformułowania „promocja czytelnictwa” dlatego, że każdy, kto przeszedł szkołę (a wszyscy z nas w zasadzie przeszli) jest od siódmego do osiemnastego roku życia indoktrynowany czytaniem. To nie jest tak, że my nie wiemy, że należy czytać. Dostajemy książki, patrzymy na nie, niektórzy czytają, a jak nie czytają lektur, to czytają bryki. Cała edukacja opiera się na tym, że omawiamy to, co jest w książkach. Ale coś robimy złego, skoro w efekcie coraz mniejszy odsetek ludzi kończących szkołę zaczyna czytać. Nie ma u nas programu ukazującego książkę jako coś zarówno przyjemnego, jak i bardzo użytecznego w życiu.

W innych krajach jest inaczej?

Słyszałem, że w BBC jest wewnętrzna dyrektywa, że jak kręcą serial czy film, to w scenografii mają pojawić się książki. Pokazują mieszkania, w których są książki, a jak ktoś coś robi, to ma przy okazji czytać. Jeżeli to prawda, to widać, że ktoś myśli o podstawowych rzeczach, o których u nas się zapomina. Z badań moich niemieckich kolegów wynika, że dzieci, którym czytają rodzice, potem same sięgają po książki. A jak nikt im nie czyta, to jako dorośli też nie czytają. Rozmawiałem z pisarką Magdaleną Parys, która mieszka w Niemczech. Powiedziała, że istnieje tam cały program czytania książek przez dzieci razem z rodzicami. Bardzo dobrze zorganizowany i obudowany serwisami internetowymi. Jak tego słuchałem, to pomyślałem, że my nic nie robimy, żeby wzbudzić chęć czytania w rodzicach i dzieciach. To są te przyczyny pierwotne.

A druga kategoria przyczyn?

Przyczyny wtórne, wynikające z sytuacji na rynku książki. Czyli z tego jak, gdzie i kiedy można się z książką spotkać. Z naszych badań wynika, że 60% ludzi, którzy kupują czy czytają książki, dowiaduje się o nich w księgarni. Jeżeli tak jest, to znaczy, że istnieje jakieś miejsce, gdzie dochodzi do pierwszego kontaktu człowieka z książką. Jeżeli takich miejsc pierwszego kontaktu w ciągu ostatnich pięciu lat z 2500 zostało 1800, to mamy poważny problem.

Po drugie zostają księgarnie, które są supermarketami książkowymi. Podziwiam to, co Empik zrobił dla kultury polskiej po latach 90., jak ładnie się Matras rozwinął i tak dalej, ale na całym świecie źródłem najważniejszych kanałów dostępu do książek są niezależne księgarnie. Tworzone przez ludzi, którzy są fanami książek, lubią sami czytać, tworzą autorską księgarnię, do której wydawcy mogą dotrzeć nie tylko przez hurtownie, Empiki, inne mega przedsiębiorstwa, ale bezpośrednio! I to u nas zaczyna zanikać, a nawet już zanika i to szybko.

Jaki jest tego efekt?

Wydawcy, a szczególnie ci, którzy dopiero zaczynają, nie mają gdzie umieszczać swoich książek. Bo jeżeli ja zaczynam wydawać książki, to żaden Empik czy Matras nie będą ze mną w ogóle rozmawiać. Odsyłają mnie gdzieś do hurtowni, która się moimi książkami nie zajmie, bo to będzie 34 583 tytuł w tym roku, więc kto by się tym zajmował. Ja mogę to zrobić tylko w ten sposób, że napiszę ciekawą książkę, wydam, pójdę do pięćdziesięciu, sześćdziesięciu księgarni literackich, do których jestem w stanie po prostu pojechać samochodem, wysłać maila, pogadać, i wyślę im swoją książkę, która będzie dostępna dla czytelników. Ale takiej możliwości u nas za chwilę nie będzie. Jeżeli człowiek w Warszawie widzi, jak znikają księgarnie, to człowiek w miejscowości Kutno czy Koło w ogóle nie widzi tych księgarń. Są miejscowości, z których do najbliższej księgarni jest kilkadziesiąt kilometrów.

Czy w dobie obecnych technologii to rzeczywiście tak duży problem? Czy Internet nie jest w stanie wypełnić luki po znikających księgarniach?

Moim zdaniem nie. Księgarnie internetowe są znakomite, ale wtedy, kiedy wiesz, co chcesz kupić, albo jesteś już miłośnikiem jakiegoś, nawet niszowego rodzaju książek. Jeśli zaczynasz czytać książki, zastanawiasz się, co kupić, co jest teraz ciekawe, modne – nic nie zastąpi dobrej stacjonarnej księgarni.

Czyli można by powiedzieć, że księgarnie internetowe ułatwiają kupowanie książek tym, którzy je już czytają czy kupują, ale nie promują w żaden sposób czytelnictwa.

Dokładnie tak. Poza tym ja kupuję dużo książek w Internecie, ale też lubię chodzić do księgarni, gdzie można znaleźć coś innego, ciekawszego. Jak ludzie chcą zobaczyć, jaka jest różnica między książkowym supermarketem albo witryną internetową a dobrą księgarnią, niech idą do Czytelnika na Wiejskiej albo do Czułego Barbarzyńcy i zobaczą, jakie tam są książki na pierwszych miejscach, a jakie są w Empiku, Matrasie czy w jakichś innych księgarniach. One są zupełnie inne. I tak powinno być. A tymczasem my prowadzimy do tego, żeby tamtych księgarń, a co za tym idzie – tych innych książek, w ogóle nie było.

Dlaczego mniejsze, autorskie księgarnie zanikają w tak szybkim tempie?

Bo polski rynek książki nastawiony jest na zarabianie szybkich pieniędzy, a szybkie pieniądze polegają na tym, że przychodzi nowość, ja muszę tę nowość sprzedać i potem ona musi zniknąć z półek księgarń, żeby się pokazała następna nowość. Żeby ta nowość lepiej się sprzedawała, to maksymalnie obniżam jej cenę. I tej cenowej konkurencji mniejsze księgarnie nie są w stanie wytrzymać. Bo jeżeli nowa książka jest na starcie przeceniona o 30 czy 40%, to jak można w ogóle taki biznes uprawiać? Czy znacie w ogóle takie dziedziny produkcji, żeby nowości były od razu przeceniane? Nowy produkt, nowa elektronika, nowe ubrania? Ubrania przeceniamy po sezonie, elektronikę kiedy wchodzi nowa generacja!

Ale z jakiego powodu w takim razie sprzedawcy sami się na to decydują? Dlaczego sklepy sprzedające ubrania nie prowadzą takiej polityki, a firmy księgarskie tak?

Rynek jest rozregulowany i zmonopolizowany. Duże firmy są w stanie tak dogadać się z wydawcami, a ich marża jest na tyle duża, że mogą sobie pozwolić na tego typu działania. Duże sieć jak Matras czy Empik mają marżę od wydawców około 45-50%. To oznacza, że gdyby sprzedawali książkę po takiej cenie, jaką proponuje wydawca, to zarabialiby na tym 50%. Więc jak wstawiają te książki, to mogą sobie pozwolić na ograniczenie marży, którą dostali, na przykład do 25%. Pojedynczy księgarze dostają maksymalnie 25 czy 30%. Więc gdyby taki księgarz obniżył natychmiast cenę o 25%, to zostałoby mu około 5%, a to nie pokryłoby nawet stałych kosztów.

Co można zrobić, aby poprawić sytuację tych mniejszych księgarń?

Większość obywateli Europy Zachodniej kupuje książki pod rządami przepisów o stałej cenie nowości wydawniczych. Jest 15 państw europejskich (ostatnia Słowenia wprowadziła te przepisy w 2014), gdzie tego rodzaju reżimy obowiązują, i to są wszystkie największe państwa oprócz Wielkiej Brytanii. I w tych krajach niezależne księgarnie dalej istnieją. Ciekawe są statystki, ile jest księgarni na 10 tysięcy mieszkańców – prawie 2 są we Francji i Holandii, u nas 0,4, a Wielka Brytania, która odeszła od ustawy o książce w 1995 roku, ma 0,55 i tam większość sprzedaży przechodzi przez Amazona. Nie sądzę, żebyśmy tego chcieli. Ja w tym nie widzę ani interesu polskich wydawców, ani interesu polskiego społeczeństwa, ani interesu polskiej kultury i większość moich kolegów też tak to postrzega. I jeszcze to gadanie, że my chcemy maksymalizować zyski! To przecież my decydujemy o tych cenach, więc jakbym chciał je podnieść, to bym sobie podniósł. Ja nie potrzebuję do tego ustawy o stałej cenie książki. To w niczym nie zmieni sytuacji wydawców i dużych księgarzy, ale zmieni radykalnie sytuację, jeśli chodzi o małe księgarnie. One staną się konkurencyjne w stosunku do dużych sieci, ot i tyle.

Ktoś o wolnorynkowych poglądach mógłby teraz powiedzieć: skoro na książki nie ma popytu, skoro czytelnikom nie zależy na kupowaniu w małych, lokalnych księgarniach, skoro wolny rynek doprowadził do obecnej sytuacji, to może ona jest optymalna i nie ma sensu na siłę jej zmieniać?

Po pierwsze, jeśli nic z tym rynkiem nie zrobimy, to sytuacja będzie się pogarszać, a to nie jest taki zwykły rynek. Powiedzmy, że jak z jakiegoś powodu nie będziemy robić masła w Polsce. Wtedy będziemy je sprowadzać na przykład z Finlandii i ludzie dalej będą to masło jedli. Ale jak nie będziemy robić polskich książek, to nie będziemy ich sprowadzać. Ta stała cena książki działa w innych krajach, które są znacznie starsze pod względem kapitalizmu i gry wolnorynkowej niż my i dostrzegły to już dawno. Dalej, jesteśmy na czwartym miejscu od końca, jeśli chodzi o czytelnictwo w Europie. Również na czwartym od końca jesteśmy, jeśli chodzi o innowacyjność liczoną ilością wynalazków i zgłoszeń patentowych.  Jak spojrzymy, które narody mają największą innowacyjność i rozwój cywilizacyjny, do których aspirujemy, to są to te, które czytają książki.

Czyli rozumiem, że można mu odpowiedzieć w ten sposób, że nawet jeśli popyt na książki w tej chwili jest niewielki, to długofalowo dla gospodarki, tak jak pan wspomina, zmniejszenie czytelnictwa jest bardzo szkodliwe, bo…

Nie tylko dla gospodarki. Dla kultury społeczeństwa, dla narodu.

Ale również dla gospodarki.

Zdecydowanie.

Czy jeśli książka pełni tak ważną rolę społeczną, to czy w ogóle powinna być traktowana jako towar rynkowy?

Nie.

Skoro nie, to dlaczego?

Nie powinna być traktowana jako towar rynkowy dlatego, że, tak jak sobie powiedzieliśmy, nie ma substytutu. Bo masło można zastąpić margaryną, jabłka pomarańczami, a książki nie zastąpimy filmem. Nawet jeżeli to jest książka elektroniczna, to dalej pozostaje książką, więc nie można jej traktować tak samo. Z naszych badań wynika zresztą wyraźnie, że ludzie nawet jak nie kupują książek czy nie czytają, to dalej uważają, że to jest najporządniejszy sposób na spędzenie wolnego czasu, taki, który przyniesie korzyść. Z tych badań zdecydowanie wynikało, że także osoby nieczytające akceptują to, że produkcja książek czy ich sprzedaż mogą być wyjęte z zasad rynkowych, że powinny być bardziej chronione. Już dawno stwierdzono, że książka powinna być dostępna i że nie powinna być przedmiotem gry marketingowej. Bo książka jest bardzo łatwa w użyciu marketingowym. Ona się nie psuje, można dobrze określić jej grupę docelową, na podstawie tego, jakie książki ktoś kupuje, można wiele się o nim dowiedzieć i poza tym nie jest tak naprawdę droga. Jeżeli chcemy na książkach zbudować jakąś pozycję rynkową, to bardzo łatwo jest je kupić i potem nawet w cenach dumpingowych sprzedawać. I tak było od lat na całym świecie. Na przykład w latach 70. supermarkety niszczyły księgarnie, bo im się opłaciło sprzedawać we Francji książki nawet poniżej kosztów, za które je zakupiły. Ponieważ, gdy ktoś już przychodził do tego supermarketu, to kupował inne rzeczy i na tym można było zarobić. I pal licho, gdyby to były inne produkty. Ale jeśli to są książki, to my mówimy, że taka polityka powoduje, że małych księgarń za chwilę nie będzie, więc nie będzie kanałów sprzedaży, nie będzie kanałów dostępu do literatury. Znajdziemy dziesiątki (jeśli nie setki) przykładów odejścia od przepisów wolnorynkowych, na przykład dotyczących żywności. No i dlaczego? Żeby bronić polskie rolnictwo. Dlaczego nie mamy bronić polskich książek? To są pytania, które trzeba sobie śmiało postawić i odpowiedzieć na nie, a ludzie w Polsce, władze umykają od tego, uważając, że to się jakoś samo poukłada. No nie poukłada się.

Dotknęliśmy już bardzo konkretnie tematu jednolitej ceny książki, a gdyby mógł pan jeszcze powiedzieć, na czym ona dokładnie ma polegać?

Polegać ma na tym, że jak książka wchodzi na rynek, to o jej cenie decyduje wydawca. Czyli ta cena okładkowa ma obowiązywać we wszystkich miejscach, gdzie sprzedaje się ją ostatecznemu klientowi i według naszego projektu ma być taka sama przez dwanaście miesięcy. Ma być możliwość dawania 5% rabatu. Czyli po pierwsze nie można by było sprzedawać drożej, można by było za to dać pięcioprocentowy rabat, który jest na normalnym rynku porządnym rabatem dla nowej rzeczy. I ten rabat można by dawać przez rok, a potem już hulaj dusza. Potem książka może kosztować, ile kto chce. Czyli na pewno będzie tak, że jeśli ktoś bardzo lubi promocje, to będzie mu trudno zaakceptować fakt, że nie może nagle znaleźć nowej książki z 30% rabatem. Ale jak już ten okres roczny minie, to na pewno będzie mógł tę książkę znaleźć na jakiejś przecenie. I czym to zaowocuje w tym momencie? Po pierwsze, konkurencja między księgarniami przejdzie z promocji nowości na ofertę, którą mam w księgarni, na jakość obsługi i na to, żebym mógł sprzedawać starsze książki.

Czyli można powiedzieć, że wytworzyłby się taki podwójny rynek – najpierw wchodziłyby nowości i tam byłaby konkurencja bardziej nie cenowa tylko jakościowa, a z drugiej strony byłaby szansa na konkurencję cenową w drugiej turze, po roku.

Dokładnie. Następną rzeczą, która też jest ważna, jest to, że księgarnie będą miały obowiązek ściągnąć każdą książkę. Jak do księgarni w małej miejscowości przyjdzie czytelnik i powie, że słyszał o takiej książce i chce, żeby księgarz ją ściągnął, to ten księgarz będzie miał obowiązek ją sprowadzić bez żadnych dodatkowych dopłat i sprzedać klientowi w tej cenie, która widnieje na okładce. Czyli ktoś, kto jest wykluczony internetowo, kto nie jest w stanie zamówić sobie książek w inny sposób, też będzie mógł sobie taką książkę, o której słyszał, zamówić i ten kanał będzie drożny.

Ale czy z drugiej strony nie będzie problemem dla tego księgarza pokrycie jakichś dodatkowych kosztów?

Jeżeli będzie kupował książki w hurtowni, to na pewno na tym zarobi.

Rozumiem, że czytelnicy dzięki tej reformie zyskują szerszy dostęp do większej ilości pozycji, następuje rozwój całego rynku. A wydawcy?

Wydawcy zyskują kanały dystrybucji, co jest szczególnie korzystne dla małych i średnich wydawnictw, które nie mają takich możliwości w tej chwili.

Czyli grupą, która najmniej dzięki temu zyskuje, są sprzedawcy, zwłaszcza ci wielcy.

Ja nie wiem, czy oni najmniej zyskają. Po pierwsze, w tej chwili się gdzieś tam zarzynają w walce cenowej. Jakby mieli tak dobrze, to by nie mieli bez przerwy trudności z płynnością finansową, a oni je prawie stale mają. Po drugie, będą wiedzieli, że mają określoną marżę i ta marża nie będzie im na skutek wojen cenowych spadać. Moim zdaniem przypuszczalnie stracą na jednej rzeczy – będą musieli zatrudniać lepszych sprzedawców.

Czyli to też jest stawianie poprzeczki wyżej księgarniom, muszą one stać się centrami kultury.

Tak. Bo powiedzmy sobie szczerze i to warto też napisać – ta ustawa nie rozwiąże problemów księgarń w całości, to jest tylko pierwszy krok. Księgarnie wymagają jeszcze wsparcia państwa, samorządów terytorialnych, powinny zostać uznane za centra kultury, dzięki temu powinny mieć możliwość płacenia tańszych czynszów miastu czy promocji, dostawania jakichś pieniędzy z fundacji (takie działania są szczególnie rozpowszechnione we Francji). Tylko po co ładować pieniądze czy jakieś przywileje do sklepów, w których towary będą droższe niż w innych sklepach? Jeżeli mamy zamiar w coś inwestować, to niech to ma na rynku jakąś szansę. Prawda jest taka, że księgarnia w małym i średnim mieście zawsze będzie przedsiębiorstwem, które będzie mniej dochodowe niż oddział banku, sklep (może nawet z second-handowymi ciuchami) i tak dalej. Księgarnie i wydawnictwa to nie są jakieś straszliwie dochodowe rzeczy. Ale ponieważ ustaliliśmy, że warto o nie dbać, to stwórzmy im takie warunki działania, żeby były w stanie konkurować nie tylko między sobą, ale też na rynku.

Czyli gdybyśmy chcieli podsumować główne cele tej reformy, to jest to przejście z konkurencji cenowej na jakościową i rozbicie monopolu, głównie jeśli chodzi o rynek sprzedaży i zwiększenie kanałów dostępu.

Tak. Po pierwsze zatrzymanie upadku księgarń, a potem próba rozszerzenia. I to jest to, co chcemy zrobić. I ważne, że to nie jest po to, żeby one sobie istniały, tylko żeby właśnie książka była bardziej dostępna, w większej różnorodności i lepszej jakości. A co za tym idzie, mamy nadzieje na polepszenie poziomu czytelnictwa.

Z drugiej strony czy faktycznie nie ma zagrożenia, że ceny książek przez to wzrosną i jeśli wzrosną to na tyle, że faktycznie zacznie to przynajmniej przez jakiś czas jeszcze bardziej dobijać rynek czytelniczy w Polsce?

Po pierwsze, wydaje mi się dosyć kiepskim założeniem to, że wydawcy chcieliby dobić rynek czytelniczy. Po drugie, mamy doświadczenie międzynarodowe. We wszystkich krajach, w których ta ustawa funkcjonuje, ceny książek rosną poniżej wzrostu cen konsumpcyjnych. I to są dane z Niemiec, Francji, rozmawiamy o wieloletnim cyklu. Najciekawszy jest wniosek z Włoch, gdzie ta ustawa weszła w 2010 roku i według danych, które dostaliśmy, to ceny spadły dosyć radykalnie z 23 czy 24 euro do 18 euro.

W takim razie jakie są szanse na to, żeby stała cena książki została uchwalona?

Myśmy próbowali zainteresować projektem tej ustawy różne siły polityczne i zainteresował się PSL. PSL oczywiście robi to z pobudek politycznych, ale zauważcie, że PSL funkcjonuje w tych małych miejscowościach, PO czy nawet PiS są stąd, ich politycy zawsze sobie kupią książkę gdzieś w Warszawie. Ci z PSL-u może zauważyli, że w małych miejscowościach tych księgarń już nie ma. W każdym razie oni złożyli nasz projekt ustawy do laski marszałkowskiej.

Jak wygląda obecnie wsparcie władz państwowych dla rynku książki?

Ministerstwo kultury robi bardzo pożyteczne rzeczy. Głównie przez Instytut Książki, który inwestuje przede wszystkim w rozwój bibliotek i zwiększenie poziomu czytelnictwa.  Dodatkowo dba o prawa autorskie, możemy wystawić mu naprawdę pozytywną opinię. Niestety ministerstwo edukacji narodowej doprowadziło do upadku wielu wydawnictw edukacyjnych nieprzemyślanymi krokami czynionymi w sferze podręczników. Mamy jeden podręcznik bez wyboru, w sumie stosunkowo drogi w produkcji, a wiele wydawnictw przez to albo znacząco się zmniejszy, albo nawet zniknie z rynku, a ich dorobek intelektualny został utracony. A przecież można było to załatwić tak: ustalić, ile maksymalnie ma kosztować podręcznik, dać na to szkołom pieniądze, ale powiedzieć: macie wybór. Tak to funkcjonuje w innych państwach i nikomu korona z głowy nie spada.

Czyli brak jest długofalowej, przemyślanej polityki…

Owszem. Jest krótkofalowa i nieprzemyślana.

Odwołując się do rysowanych przez pana na początku rozmowy problemów, stała cena książki odnosi się bardziej do drugiego z nich – wtórnego, ekonomicznego, związanego z funkcjonowaniem samego rynku książki, podczas gdy podstawowym jest brak czytelnictwa. Czyli tak naprawdę mogliśmy dojść do takiego wniosku, że bardzo ważną kwestią jest edukacja, zarówno ta szkolna, jak i późniejsza, dzieci i społeczeństwa?

Tak. Potrzebne są różne długofalowe działania, które są żmudne, ale bez nich nie będziemy mieli jednocześnie kanałów sprzedaży i za chwilę będziemy w tym wszystkim mieli lukę pokoleniową.

Czyli państwo powinno nie tylko zgodzić się na stałą cenę książki, ale też pomóc w rozwinięciu długofalowej, przemyślanej polityki edukującej i dzieci, i całe społeczeństwo po to, aby zwiększyć poziom czytelnictwa?

Tak. I ten program rozwoju czytelnictwa, który jest w tej chwili, jest oczywiście krokiem w dobrym kierunku, ale nie jest rozwiązaniem, które nazwałbym idealnym, zarówno pod względem funduszy, które się na to przeznacza, jak i innych rzeczy. Dowiedziałem się w zeszłym tygodniu, w związku z śmiercią fana futbolu w Knurowie, że tylko na ochronę policyjną ekstraklasy przeznacza się 40 milionów złotych rocznie. Można przyjąć, że na wszystkie rozgrywki idzie pewnie około 100 milionów złotych. Czyli dokładnie tyle, ile państwo przeznacza na kupowanie podręczników dla biedniejszych rodzin. 120 milionów to jest wszystko, za co biblioteki kupują książki rocznie. Gdzieś nam się chyba priorytety pogubiły?

 

Włodzimierz Albin jest prezesem Zarządu Polskiej Izby Książki i wydawnictwa Wolters Kluwer Polska sp. z o.o. Należy do grupy założycieli Domu Wydawniczego ABC (wydawnictwo prawnicze).