fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Rosyjska inwazja i antyukraińska lewica. Spojrzenie z Europy Środkowo-Wschodniej

Większość zachodniej lewicy po raz kolejny udowodniła, że można opowiadać się równocześnie po stronie praw człowieka oraz demokracji i suwerenności. Dlaczego więc część de facto wsparła Putina?
Rosyjska inwazja i antyukraińska lewica. Spojrzenie z Europy Środkowo-Wschodniej
ilustr.: Stanisław Gajewski

Tekst w zmodyfikowanej formie ukazał się po angielsku w portalu Visegrad Insight. Tłumaczenie z języka angielskiego: Stanisław Krawczyk.

***

Gdy rosyjska armia ruszyła z realizacją putinowskiego planu inwazji na Ukrainę, międzynarodowa społeczność w przytłaczającej większości okazała ofiarom solidarność i wsparcie. Trend ten objął także największe platformy mediów społecznościowych. Coraz lepiej widać było, że w przestrzeni cyfrowej – inaczej niż na fizycznym polu bitwy wokół Kijowa, Mariupola czy Charkowa – to Ukraińcy i Ukrainki mają przewagę liczebną nad napastnikami.

Już samo to było znakiem, że przekaz propagandowy Kremla, tak starannie budowany przez parę dekad, nie spełnił swojego zadania. Inwestycje Putina w propagandę i wojnę informacyjną, mające służyć jego imperialistycznym celom, okazały się pieniędzmi wyrzuconymi w błoto. Przynajmniej na razie rosyjskim farmom trolli, prokremlowskim mediom czy influencer(k)om nie udało się przekonać zachodniej opinii publicznej, by ta poparła rosyjską narrację w sprawie „interwencji humanitarnej”. Stało się odwrotnie: internet w przytłaczającej większości zjednoczył się wokół sprawy ukraińskiej. Setki milionów ludzi, reagujących i udostępniających treści w sieci, wpływają w ten sposób na rządy na całym świecie, aby wspomogły rząd Zełenskiego, a przede wszystkim – ludność Ukrainy. Jeszcze gorsze z punktu widzenia Rosji jest to, że kraje, których elity polityczne uwzględniały Kreml w swoich strategicznych planach (Niemcy, Węgry, Cypr), pod wpływem presji diametralnie zmieniły swoją orientację dyplomatyczną i ekonomiczną. W wielu krajach (Polsce, Niemczech, Zjednoczonym Królestwie) eksplozji solidarności z Ukrainkami i Ukraińcami towarzyszy spadek poparcia dla prorosyjskich polityków, co podminowało pozycję międzynarodową Putina. Trzeba było wojny w środku Europy, by niemal wszystkie większe siły polityczne Zachodu zajęły właściwie jednomyślne stanowisko.

Użyteczni lewacy

Niestety, znalazły się wyjątki. I nie chodzi tu jedynie o skrajną prawicę, lecz także o lewicujących komentatorów i publiczne intelektualistki. W minionym tygodniu znaczące figury anglojęzycznej lewicy zajęły (narracyjną) stronę opresorów. Wypowiedzi, które powinny wzbudzić największy niepokój, nie pochodzą wcale od postaci otwarcie przychylnych Putinowi, jak dziennikarze Chris Hedges, Abby Martin, Aaron Mate czy komicy jak Jimmy Dore i Russel Brand. Przeciwnie, najbardziej rozczarowujące są komentarze osób i mediów, które odegrały ważną rolę w historii myśli lewicowej w ostatnich dekadach.

Noam Chomsky, nieoficjalny święty patronujący międzynarodowej lewicy przynajmniej od czasów wojny w Wietnamie, obwinił USA za „drażnienie niedźwiedzia”. Miał na myśli zarówno zaproszenie Ukrainy w 2008 roku, by przyłączyła się do NATO, jak też dopuszczenie Łotwy, Litwy i Estonii do sojuszu sześć lat wcześniej. Kwestia ukraińskiej niepodległości i suwerenności nie powinna mieć znaczenia, ponieważ „Ukraina jest geostrategicznym sercem Rosji”. To stanowisko podziela inna ważna publiczna intelektualistka, wpływowa ekonomistka Mariana Mazzucato. W środę 23 lutego Mazzucato udostępniła na Twitterze artykuł Jeffreya Sachsa i dodała: „NIE jestem wielbicielką Putina, ale bądźmy szczerzy. Co zrobiłyby USA, gdyby na ich granicy Meksyk przystąpił do jakiegoś sojuszu w sprawie bezpieczeństwa kierowanego przez Chiny lub Rosję? @JeffDSachs mądrze radzi: USA powinny pójść na kompromis w kwestii NATO, by uratować Ukrainę”. Inna sławna przedstawicielka lewicy, kanadyjska autorka Naomi Klein, znana między innymi z „No logo” i „Doktryny szoku”, również promowała tekst Sachsa, dopowiadając, że w przypadku rosyjskiej agresji na Ukrainę należy brać pod uwagę wyłącznie rozwiązania dyplomatyczne. Podobne postulaty udostępniał w mediach społecznościowych między innymi legendarny filmowiec, outsider Oliver Stone, który postanowił skorzystać z okazji, by na Twitterze (bo gdzie indziej) rozpowszechniać teksty i opowieści przychylne raczej interesom Rosji. Tak samo były minister finansów Grecji, Janis Warufakis (dawniej z Syrizy, obecnie z Diem25). I nawet Glenn Greenwald, buntowniczy bohater sprawy Snowdena i niedawnych zdarzeń z udziałem prezydenta Bolsonaro, najwidoczniej zgłosił akces do „antyukraińskiej lewicy”.

Co mają wspólnego wszystkie te opinie, jeśli nie liczyć tego, że powstały w lewicujących umysłach? Z pozoru humanitarne w swym przekazie, nie odzwierciedlają lewicowych wartości, przede wszystkim prawa do niepodległości, suwerenności i procesu demokratycznego, w które uderza teraz Putin, atakując terytorium sąsiedniego kraju. Wypowiedzi te ulegają narracji o strefach wpływu, których granice – według Rosji – naruszył Zachód po upadku Związku Radzieckiego. Innymi słowy, język rosyjskocentrycznej geopolityki przeważa tu nad utrwaloną po drugiej wojnie światowej wizją światowego porządku opartego na traktatach. Jedno jest bowiem pewne: aby bronić prawa Rosji do interwencji militarnej poza jej własnymi granicami, trzeba uznać, że podstawą ładu międzynarodowego jest prawo siły, a nie rządy prawa lub wielostronne uzgodnienia między nacjami.

Ustalmy jedno. Nie w tym rzecz, czy powinna zostać udzielona pomoc humanitarna – zarówno prawica, jak i lewica organizują wsparcie dla ukraińskich uchodźców i uchodźczyń uciekających z rozdartego wojną kraju. Rzecz w tym, czy Ukraina ma prawo bronić swoich obywatelek i obywateli, a także swoich granic, przed niesprowokowaną agresją. Chomsky, Klein, Mazzucato i inni jak najbardziej mogą mieć dobre zamiary. Ale przecież rozumieją doskonale, że lewica od zarania nigdy nie przyjmowała pacyfizmu jako jedynego sposobu rozwiązywania konfliktów. Było wprost przeciwnie. Od pól bitewnych rewolucyjnej Francji, przez wojnę domową w Hiszpanii, po zmagania o wolny Kurdystan – lewica zawsze mówiła wyraźnie, że w pewnych przypadkach wojskowy wysiłek obronny jest niezbędny, a wręcz uprawniony i sprawiedliwy. Jednak w tym przypadku uniwersalne prawo do wspólnotowej samoobrony jest tak kontrowersyjne dla niektórych wpływowych myślicieli i myślicielek z obozu postępowego i socjalistycznego, że go Ukrainie odmawiają.

Dlaczego to działa(ło)

Aby zrozumieć, dlaczego tyle osób na Zachodzie – świadomie bądź bezwiednie – zajęło pozycje proputinowskie, trzeba uchwycić istotę współczesnej rosyjskiej strategii wojny informacyjnej. W ostatnim dziesięcioleciu NATO i jego państwa członkowskie koncentrowały się na taktycznej i technicznej stronie cyberoperacji Kremla. Inaczej niż przed wyborami w USA w 2016 roku, zarówno agencje wywiadowcze, jak i opinia publiczna mają dziś świadomość kształtu, skali oraz natury rosyjskiej dezinformacji. Nawet giganci technologii cyfrowych, którzy dotychczas nie mieli ochoty podejmować poważniejszych działań, dołączają do wspólnej sprawy, masowo kasując konta powiązane z Kremlem. Równocześnie bardzo istotne jest zrozumienie nie tylko technikaliów, ale też politycznych konsekwencji „miękkiej” strategii stosowanej przez Rosję wobec Zachodu.

Strategia Putina w tym względzie zawsze była dosyć prosta. Żeby skutecznie osłabić wrogów (albo wrogów i przyjaciół w jednym, gdy idzie o kraje, z którymi nie jesteśmy w otwartym konflikcie), należy wzmacniać istniejące już przejawy niezadowolenia i słabości. Cyfrowa putinowska międzynarodówka porusza uprawnione lub przynajmniej podlegające dyskusji tematy, by siać niezgodę wśród intelektualistek, dziennikarzy i influencerów, a w ten sposób oddziaływać na zwykłe obywatelki i obywateli. Opiera się na solidnym fundamencie, którym jest określanie znaczących, często nieporuszanych problemów Zachodu i zogniskowanie ograniczonych zasobów Rosji na kilku kluczowych punktach. Dla tych, którzy krytykują politykę Zachodu z pozycji lewicowych, nie jest zaskoczeniem, że Kreml wybrał strategię bazującą na trzech zagadnieniach: sprawach kulturowych i tożsamościowych, gospodarce i stosunkach międzynarodowych.

Co do kultury rosyjska propaganda była reaktywna i reakcyjna. Eksperci od public relations oraz ideolodzy tacy jak Aleksandr Dugin zdołali przekonać część zachodnich intelektualistek i intelektualistów – zwłaszcza tych otwartych na argumenty skrajnej prawicy – że Rosja chce bronić „wartości chrześcijańskich” czy „cywilizacji Zachodu”. Niezadowolenie nowoczesnością i odrzucenie ideologii politycznej promowanej przez lewicę, a ostatnio także głównonurtowej polityki zachodniej (prawa osób LGBTQ+, równość kobiet, niesprawiedliwość rasowa i tak dalej) odebrało wielu konserwatystom poczucie bezpieczeństwa. Liczne profile, grupy, kanały i fora prawicowe zostały zasypane antyliberalnymi – a w razie potrzeby prokremlowskimi – wypowiedziami, co podwyższyło i tak już znaczny poziom politycznej polaryzacji.

Podczas gdy sprawy kulturowe doprowadziły wielu zachodnich konserwatystów do sympatyzowania z Putinem i jego programem, sprawy gospodarcze i międzynarodowe wywarły ten sam wpływ na lewicę, zwłaszcza progresywną i socjalistyczną.

Narracja ekonomiczna została zbudowana na autentycznej i trafnej krytyce światowej gospodarki ze słusznie minionych czasów „braku alternatywy” (TINA). Od krachu na Wall Street w 2008 roku słusznie wytykano kapitalizmowi jego słabości: rosnące nierówności gospodarcze, jawną korupcję polityczną i częstą niezdolność do spełnienia obietnic szeroko dostępnego bezpieczeństwa ekonomicznego. Co gorsza, wraz z kolejnymi kryzysami, które wstrząsają zachodnimi gospodarkami, groźby egzystencjalne takie jak zmiany klimatu i rosnące nierówności tylko zyskują na sile. Jako że praktycznie żadnego z nękających współczesną gospodarkę problemów nie udało się rozwiązać, Rosyjska propaganda była i pozostaje atrakcyjna.

W obszarze stosunków międzynarodowych rosyjscy stratedzy również nie mieli przed sobą zbyt trudnego zadania. Zachodnie interwencje w Afganistanie, Iraku i Syrii zawiodły zarówno w sensie strategicznym, militarnym, jak i etycznym. Rozdźwięk między podniosłą retoryką prowadzonej przez USA koalicji, a faktycznymi skutkami wojen na Środkowym Wschodzie przyczynił się do obecnej sytuacji moralnego i politycznego bankructwa międzynarodowego porządku dyplomatycznego. Korzystną dla Rosji, cyniczną wizję stosunków międzynarodowych jest tym łatwiej podzielać, że Zachód i przewodzące mu Stany nie wydają się uczyć na błędach. Tylko ostatnio okazały się przecież niezdolne do poradzenia sobie z potwornościami humanitarnymi w Jemenie, Kurdystanie czy Palestynie.

Przyszłość woła

Putin opisuje Zachód jako słaby, podzielony i zepsuty. Jak na przekór ostatnie tygodnie pokazały, że stolice od Tallina po Waszyngton i Tokio potrafią się zjednoczyć. I gdy tylko znajdą się pod presją, potrafią przeznaczać ogromne zasoby, aby chronić nie tylko własne interesy, ale także wartości. Awangardą tej zmiany – nie po raz pierwszy i nie ostatni – w wielu wypadkach były impulsy z centrum i z lewicy, które pochodziły zarówno od rządów (USA, Kanady, Hiszpanii, Niemiec), jak i ze społeczeństwa obywatelskiego na całym świecie.

W ten sposób większość liberałów, postępowców, socjalistek czy anarchistek po raz kolejny udowodniła, że można opowiadać się jednocześnie po stronie praw człowieka, jak i prawa międzynarodowego z jego gwarancjami demokracji i suwerenności. Sądząc po dramatycznym otwarciu XXI wieku – mamy za sobą krachy finansowe, klęski głodu, katastrofy naturalne i ciągłe widmo zmian klimatycznych – takie głosy są potrzebne jak nigdy.

Właśnie dlatego lewica, skupiona wokół globalnej empatii, bezwarunkowej obrony praw człowieka i międzynarodowej solidarności, nie może opuścić Ukrainy. I, na szczęście, w znacznym stopniu tego nie robi. Warto powtórzyć: można zarówno przeciwstawiać się wojnie oraz imperializmowi, krytykować patologie sprowadzane na planetę przez zasilany paliwami kopalnymi globalny kapitalizm, jak i wspierać walkę Ukrainy. To właśnie robią w tej chwili dziesiątki tysięcy liberałów, socjaldemokratów, anarchistów, socjalistów i komunistów na ulicach Kijowa, Charkowa czy Mariupola. Ostatecznie tragiczny wybór, którego konsekwencją jest walka w obronie ojczyzny, wymusił na ukraińskiej populacji nie kto inny jak Władimir Putin.

Stawką jest nie tylko Ukraina. Przyjmując „perspektywę geopolityczną”, część lewicy – celowo lub nie – porzuciła konsensus zdecydowanej większości populacji demokratycznego Zachodu. Sama teraz zdecyduje, czy chce pozostać na marginesie współczesnych sporów politycznych. Jeśli tak będzie, to jedna drobna prośba: być może zgodzicie się wybrać inny polityczny sztandar? Bo przynajmniej na razie lewicowy namiot stał się chyba za mały, by pomieścić zarówno was, jak też bojowników o wolność, działaczki humanitarne i aktywistów społecznych na ulicach Ukrainy.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×