fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Ptak jest znakiem

Miliard najmniejszych ostrych od艂amk贸w uderzy艂 w moje serce, wyprowadzi艂 neurony ze znieczulenia i uruchomi艂 reakcj臋 艂a艅cuchow膮. Teraz rozumiem. Teraz wiem, kim jestem. Jestem Ukraink膮.
Ptak jest znakiem
ok艂adka ksi膮偶ki: Andrzej D臋bowski

Tekst oryginalnie napisany w j臋zyku ukrai艅skim.

T艂umaczenie: Antonina Ciu偶e艅ska.

Praca nagrodzona pierwsz膮 nagrod膮 przez jury 鈥濸ami臋tnik贸w Uchod藕czych鈥.

1.

Przez p贸艂tora roku wielokrotnie wraca艂am do tego wspomnienia.

24 lutego 2022 鈥 rozpocz臋艂a si臋 wojna.

Poprawnie jest m贸wi膰: 鈥瀢ojna na pe艂n膮 skal臋鈥, ale to tylko formalno艣膰, kiedy chodzi o twoje 偶ycie. Wojna nie mo偶e by膰 cz臋艣ciowa, hybrydowa, na ma艂膮 skal臋 czy jakakolwiek inna. Wojna albo jest, albo jej nie ma. Tak wi臋c do 24 lutego 2022 roku, pomimo traumatycznych i bolesnych zmian, kt贸re zasz艂y w mojej rodzinie, pomimo faktu, 偶e wojna, kt贸ra w贸wczas nazywa艂a si臋 ATO, zabra艂a kilka lat 偶ycia moim babciom, dziadkowi i ciotce z Horliwki, pomimo 艂ez mojej matki, kt贸ra pojecha艂a 鈥瀟am鈥 kilka razy, g艂贸wnie po to, by pochowa膰 krewnych 鈥 pomimo tego wszystkiego, 偶y艂am spokojnie.

Chodzi艂am z synkiem na place zabaw, zbiera艂am morwy do jego wiaderka z piaskiem (czarne na brzegu rzeki, bia艂e na s膮siednim podw贸rku), biega艂am po parku i wzd艂u偶 nabrze偶a, niebezpiecznie zbli偶aj膮c si臋 do miejsca, w kt贸rym mieszka艂a sfora bezpa艅skich ps贸w, biega艂am te偶 po San Francisco; pakowa艂am si臋, zostawiaj膮c albumy ze zdj臋ciami 艣lubnymi i moje pluszaki 鈥 kt贸re p贸藕niej znalaz艂y miejsce w Kijowie 鈥 w naszym jednopokojowym mieszkaniu z widokiem na senne, nadrzeczne bloki, i nie zdawa艂am sobie sprawy, 偶e za siedem lat zbior臋 kilka ciep艂ych ubra艅, dokumenty, zeszyty mojej ciotki z wierszami i zdj臋ciami, nakarmi臋 starego sumika, dla kt贸rego nigdy nie kupili艣my towarzysza w sklepie zoologicznym, bo przez lata nie zdo艂ali艣my si臋 przywi膮za膰 do rybek, rzuc臋 ostatnie, pe艂ne niepokoju spojrzenie przez okno na t臋 promenad臋, na mural dziewczynki w wyszywanej koszuli, i we czw贸rk臋 opu艣cimy nasz dom po raz ostatni, zostawiaj膮c dzieci臋cy stolik na pod艂odze, nie 艣ciel膮c 艂贸偶ek, nie wynosz膮c 艣mieci ani nie podlewaj膮c awokado, kt贸re w ci膮gu siedmiu lat wyros艂o z pestki na p贸艂torametrowego olbrzyma.

Jestem jedn膮 z tych os贸b, o kt贸rych w mediach spo艂eczno艣ciowych pisze si臋 lekcewa偶膮co, 偶e wojna zacz臋艂a si臋 dla nich dopiero 24 lutego ubieg艂ego roku. Czy jest mi wstyd? Tak, jest mi wstyd. I to bardzo.

Teraz wydaje mi si臋, 偶e gdybym tylko s艂ucha艂a, z uwag膮 przygl膮da艂a si臋 przestrzeni wok贸艂 mnie, przestrzeni, w kt贸rej roztacza艂 si臋 zapach strachu, dezorientacji, b艂aganie o pomoc, mo偶e sytuacja potoczy艂aby si臋 inaczej. Trudno mi to opisa膰, ale prawdopodobnie jest to co艣 wa偶nego, by膰 mo偶e najwa偶niejszego w 偶yciu. M贸wi si臋 jednak, 偶e w naturze ludzkiej jest to, 偶e nie chcemy zrozumie膰 na podstawie do艣wiadcze艅 i przekazu innych, co to znaczy straci膰 dom, by膰 blisko 艣mierci, ba膰 si臋 o 偶ycie dziecka lub odczuwa膰 nieopisany b贸l straty 鈥 dop贸ki sami tego nie do艣wiadczymy lub przynajmniej nie dotkniemy i nie poczujemy k艂uj膮cych drobinek rozbitego szk艂a, popio艂u i zniszczonej przysz艂o艣ci przes膮czaj膮cej si臋 mi臋dzy palcami.

Od czternastego roku 偶ycia udawa艂o mi si臋 ignorowa膰 t臋 klepsydr臋 鈥 dziecko, 偶yciowy zaw贸d, przeprowadzka, kolejne dziecko 鈥 ale klepsydra wci膮偶 ros艂a, stawa艂a si臋 coraz wi臋ksza, wyciskaj膮c spok贸j i pewno艣膰 siebie z przestrzeni, a偶 p臋k艂a w ciemny poranek 24 lutego. Miliard najmniejszych ostrych od艂amk贸w uderzy艂 w moje serce, wyprowadzi艂 neurony ze znieczulenia i uruchomi艂 reakcj臋 艂a艅cuchow膮. Teraz rozumiem. Teraz wiem, kim jestem. Jestem Ukraink膮.

2.

Co? Nie, jest za wcze艣nie, to nie budzik… To po艂膮czenie. Przez woalk臋 snu i przymkni臋te powieki widz臋 imi臋 na ekranie telefonu 鈥 Ania R. Bo偶e, nie. Tylko nie to. Jest tylko jeden pow贸d, dla kt贸rego moja kole偶anka mo偶e teraz do mnie dzwoni膰. Jej matka pracuje w szpitalu wojskowym, a Ania obieca艂a mnie ostrzec, je艣li niepokoj膮ce prognozy zamieni膮 si臋 w wiarygodne informacje.

鈥 S艂ucham, Aniu.

To dziwne, 偶e m贸j g艂os brzmi tak zwyczajnie na tle wal膮cego serca.

鈥 Julia, Kij贸w jest pod ostrza艂em. Wyjed藕 z miasta!

Ania pr贸buje zapanowa膰 nad dr偶eniem g艂osu, trzymaj膮c si臋 niekt贸rych samog艂osek.

鈥 Uciekaj. Bierz dzieci i jed藕 do Lwowa, s艂yszysz? Uciekaj!

Chc臋 si臋 sprzeciwi膰, powiedzie膰 co艣 w stylu: 鈥濩o to znaczy, 偶e Kij贸w? M贸wi艂a艣, 偶e dasz mi zna膰, jak si臋 zacznie na wschodzie鈥. Chc臋 krzycze膰: 鈥濧niu, co mamy robi膰?鈥.

Ale po prostu jej dzi臋kuj臋, coraz wyra藕niej s艂ysz膮c 艂omot serca na tle mojego s艂abn膮cego g艂osu.

W艂膮czam 艣wiat艂o w pokoju i pr贸buj臋 wyja艣ni膰 rozmow臋 zaspanemu m臋偶owi. J臋zyk mi dr臋twieje i jest mi zimno. Roma wygl膮da przez okno, g艂o艣no drapi膮c si臋 po obu nogach. Moje zmys艂y pracuj膮 na zmian臋. Ciep艂e skarpetki. Dwie pary spodni powinny wystarczy膰. Dlaczego jest tak zimno? Co to za d藕wi臋k? Ciii… Zadzwo艅 do Liskowych. Dzwoni臋, ale nie odbieraj膮.

Zaciskam szcz臋ki najmocniej, jak potrafi臋, bo inaczej moje z臋by zgrzytaj膮 niezno艣nie.

鈥 Mam obudzi膰 dzieci?

鈥 Poczekaj, a偶 wszystko spakuj臋 i wtedy to zrobi臋. Pieprzone siatki po zakupach, od艂贸偶 je, prosz臋!

Ale Roma nie s艂yszy, ca艂y czas przegl膮da telefon. Zn贸w wygl膮da przez okno.

鈥 Nazar na pewno nas przyjmie?

鈥 Tak, w艂a艣nie do niego napisa艂em.

Szczoteczki do z臋b贸w, r臋czniki, lekarstwa. Nie, to p贸藕niej.

鈥 Sasza, obud藕 si臋, kochanie, Denisko, kotku, wstawaj. Ty si臋 obud藕, a ja ci臋 ubior臋. Czy musimy pilnie jecha膰? C贸偶… Na wycieczk臋. Tak, na wakacje. Nie powiedzieli艣my ci… Nie wiedzieli艣my, kochanie, porozmawiamy p贸藕niej, dobrze? Pozw贸l, 偶e ci臋 ubior臋.

Dwie walizki, dwa plecaki, torba Denisa 鈥 listonoszka z Batmanem pe艂na samochod贸w.

W samochodzie jest zimno, ale ruch si臋 troch臋 uspokoi艂. Wyje偶d偶amy z podw贸rka, po prostu wyje偶d偶amy z podw贸rka 鈥 tak jak robili艣my to setki, tysi膮ce razy w ci膮gu ostatnich ponad sze艣ciu lat. Doje偶d偶amy do promenady i skr臋camy w prawo. Min臋li艣my liceum wojskowe, sklep ekologiczny i biuro Romy i Nazara, w kt贸rym pracowa艂am przez kilka tygodni zesz艂ego lata. Roztacza艂 si臋 stamt膮d pi臋kny widok na Matk臋鈥 -Ojczyzn臋. Niebo nad pomnikiem jest zawsze dramatyczno鈥 -epickie, niezale偶nie od pogody. A teraz patrz臋 przez okno po lewej 鈥 co kryj膮 te spi臋trzone szare chmury, kt贸re rze藕ba, zdaje si臋, chcia艂aby rozpru膰 czubkiem miecza jak brzuch potwora? Kt贸偶 nie ba艂 si臋 jej surowego i dumnego wyrazu twarzy i silnych r膮k trzymaj膮cych tarcz臋 i miecz? Na ulicy Bojczuka jest zaskakuj膮co pusto. I w艂a艣nie dlatego pojawi艂a si臋 my艣l 鈥 tak bardzo po偶膮dana 鈥 偶e to wszystko jest straszn膮 pomy艂k膮, kolejnym medialnym fake newsem, kt贸ry wkr贸tce zostanie sprostowany we wszystkich mass mediach. A my zawr贸cimy samoch贸d, rzucimy kilka przekle艅stw z Rom膮 鈥 nawet nie po angielsku, na kt贸ry si臋 prze艂膮czamy, kiedy chcemy porozmawia膰 o czym艣, czego dzieci nie powinny zrozumie膰 鈥 po艣miejemy si臋, uspokoimy dzieci, obiecamy im McDonalda 鈥 tak, z deserem, i tak, nie musz膮 dzi艣 i艣膰 do szko艂y ani przedszkola, sami nigdzie nie p贸jdziemy. Kupimy s艂odycze i ca艂y dzie艅 b臋dziemy ogl膮da膰 kresk贸wki, od czasu do czasu 艣ciskaj膮c si臋 za r臋ce. I zapiszemy si臋 na kolejn膮 sesj臋 terapii dla par.

Jednak w okolicach kompleksu Centrum Wystawienniczego ta nadzieja zostaje rozwiana przez sznur samochod贸w, kt贸ry ci膮gnie si臋 鈥 nie, rozci膮ga si臋 鈥 hen, hen poza lini臋 horyzontu. S艂ysz臋 ryk i widz臋 we wstecznym lusterku ogromny helikopter, kt贸ry wygl膮da jak szalony wieloryb p臋dz膮cy, by staranowa膰 艂贸d藕. M膮偶 i ja patrzymy na siebie i zamiast krzycze膰 na ca艂e gard艂o czy rzuci膰 si臋 sobie w ramiona, po prostu zaciskamy usta. Nawigacja histerycznie podpowiada szacowany czas stania w korku: trzydzie艣ci minut, sto minut, jedna godzina i czterdzie艣ci pi臋膰 minut.

W trakcie jazdy nie艣wiadomie wciskam praw膮 stop臋 w dywanik, jakby mia艂o to pom贸c Romie szybciej ruszy膰 na 艣wiat艂ach lub kogo艣 wyprzedzi膰.

Walizki. Plastikowe, poliuretanowe, dwuko艂owe i czteroko艂owe, sk贸rzane lub z drogiego poliestru. Paczki, worki, torby, siatki i kufry. Buty w starannie u艂o偶onych pude艂kach, stosy pogniecionych ubra艅, koce i poduszki, pluszaki z nagle nieszcz臋艣liwymi oczami, naklejki 鈥瀌ziecko na pok艂adzie鈥, psy siedz膮ce cicho bez najmniejszego szczekni臋cia. Dzieci spokojne i wyciszone, gotowe w ka偶dej chwili przypomnie膰 psom, 偶e musz膮 poczeka膰, rodzice zaj臋ci. Telefony. Telefony. Telefony. Opakowania makaronu i kaszy gryczanej wypadaj膮ce z baga偶nika po otwarciu, razem z podartymi trampkami i torebk膮 Louis Vuitton. Jaki艣 m臋偶czyzna wysiad艂 z samochodu i przeci膮gn膮艂 si臋. Jego twarz by艂a zrelaksowana i weso艂a, jakby艣my wszyscy stali w typowym kijowskim korku przed Wielkanoc膮 lub innym 艣wi臋tem. Natychmiast zanurzy艂am si臋 z powrotem w telefonie. Dlaczego ten cz艂owiek si臋 nie denerwuje? Mo偶e to ju偶 koniec? Czy jest jakie艣 o艣wiadczenie rz膮du? Mo偶e ten cz艂owiek jest w drodze na obiecanego grilla u Ze艂e艅skiego?

To przeci膮ganie si臋 w 艣rodku korka utworzonego przez uchod藕c贸w musi zosta膰 jak najszybciej uzasadnione. W przeciwnym razie postradam zmys艂y.

Eksplozje w Miko艂ajowie. Eksplozje w Odessie. Eksplozje w Irpieniu. Dok膮d jecha膰? 鈥 Nie panikujmy 鈥 m贸wi Roma. 鈥 Pisz膮, 偶e atakuj膮 tylko cele wojskowe.

Na chwil臋 naprawd臋 puszczaj膮 mi mi臋艣nie szcz臋ki. A potem przypominam sobie szkliste, blisko osadzone oczy tyrana, kt贸ry m贸wi, 偶e cywile nie maj膮 si臋 czego obawia膰, i zdaj臋 sobie spraw臋, 偶e mo偶e to oznacza膰 tylko jedno 鈥 przybyli tu, by zabija膰, niszczy膰 i r贸wna膰 z ziemi膮. Moja szcz臋ka zaciska si臋 z now膮 si艂膮, a ja nadal wciskam w pod艂og臋 niewidzialny peda艂 gazu.

Powinnam by艂a nalega膰, powinnam by艂a nam贸wi膰 go do wyjazdu za granic臋 przynajmniej kilka tygodni temu, kiedy ambasady zacz臋艂y odwo艂ywa膰 swoich obywateli. Zazdro艣膰 gorzko 艣ciska mi gard艂o 鈥 Amerykanie, Brytyjczycy, a nawet najbli偶si nam Polacy i Rumuni z niepokojem ogl膮daj膮 wiadomo艣ci, niekt贸rzy pewnie p艂acz膮 i bior膮 艣rodki uspokajaj膮ce. Ale s膮 w szlafrokach, kapciach, dresach lub strojach do biegania. Wy艣l膮 link w komunikatorach, doko艅cz膮 kaw臋 i p贸jd膮 na spacer lub pobiega膰, a potem do pracy. Wcze艣niej podrzuc膮 swoje dzieci do szk贸艂 i przedszkoli i przytul膮 je mocniej ni偶 zwykle. Dlaczego to si臋 dzieje u nas? M贸wi膮, 偶e Polska otworzy艂a granice dla Ukrai艅c贸w. Musimy jecha膰 na zach贸d. A co z rodzicami? Nic nie mog臋 zrobi膰.

M贸j syn przerywa te rozmy艣lania.

鈥 Mamo, o czym wy m贸wicie? O jakich obiektach wojskowych?

Rozumiem, 偶e moje dzieci w艂a艣nie w tej chwili dorastaj膮, a historia o wakacjach jest ju偶 dla nich niewiarygodna.

鈥 Synu, Rosja rozpocz臋艂a wojn臋 przeciwko Ukrainie. Wyje偶d偶amy z Kijowa, bo strzelaj膮 do naszego miasta.

鈥 A dlaczego zacz臋li wojn臋, mamo?

鈥 Trudno to wyja艣ni膰, kotku. Teraz tata i ja musimy zabra膰 ci臋 w bezpieczne miejsce. P贸藕niej porozmawiamy, dobrze?

鈥 Gdzie jest to bezpieczne miejsce?

鈥 Jedziemy do obwodu lwowskiego, do Nazara, Niki i Ustymka. Pami臋tasz Ustymka? By艂 kiedy艣 na urodzinach Saszy. Nie? W porz膮dku, poznacie si臋 jeszcze raz, wszystko b臋dzie dobrze. Nie, nie wiem, kiedy tam b臋dziemy kochanie, s膮 korki. Prosz臋, uzbr贸j si臋 w cierpliwo艣膰.

鈥 Mamo, chce mi si臋 pi膰.

鈥 Tak, masz tam wod臋.

鈥 Mamo, ach…

鈥 Poczekaj, prosz臋! Prosz臋, b膮d藕 cicho, musz臋 przeczyta膰 wiadomo艣ci.

鈥 Tato… Czy oni nas zabij膮?

Cisza. Cisza. Cisza.

鈥 Nie, kochanie. Naprawd臋 bardzo si臋 staramy dotrze膰 w bezpieczne miejsce.

Przesun臋li艣my si臋 o kilka metr贸w. 鈥濷dessa 457鈥 鈥 m贸wi znak. Jak to nie mo偶emy jecha膰 do Miko艂ajowa? Co to znaczy, 偶e tam te偶 strzelaj膮? Czy ludzie nie wracaj膮 do domu, kiedy s膮 k艂opoty i musz膮 si臋 ukry膰? Czy nie do ciep艂ej kuchni rodzic贸w, w kt贸rej od progu wita nas zapach czego艣 pysznego, a dzieci mog膮 robi膰 wszystko? Pami臋taj膮 pude艂ko z lakierami do paznokci i bibelotami, kt贸rymi bawi膮 si臋 bardziej ch臋tnie ni偶 prawdziwymi zabawkami? Co si臋 dzieje? Jak oni si臋 tu dostali tak po prostu, w czwartek?

鈥 Mamo, czy 鈥濺osja鈥 pisze si臋 przez dwa 鈥瀞鈥?

Odwracam g艂ow臋 i widz臋 napis 鈥濶ienawidz臋 Rosji鈥 na zaparowanej szybie.

鈥 Tak, synu, zgadza si臋. Ale mo偶esz pisa膰 przez jedno. Oni nie zas艂uguj膮 na to, 偶eby艣my pisali to poprawnie. I ch艂opaki, przejd藕my na ukrai艅ski.

3.

Dzieci m贸wi膮. W drodze do Lwowa

Luka: Ale od razu wida膰, 偶e to psychoterrorysta. Kto normalny da艂by sobie zrobi膰 tak膮 fryzur臋? Ma w艂osy przy uszach, ale jego g艂owa jest 艂ysa.

Saszko: Mamo, jak ma na imi臋 putin?

Ja: Wo艂odymyr.

Saszko: Tak jak Ze艂e艅ski? Chocia偶 nie, Wo艂odymyr Ze艂e艅ski brzmi dobrze. A putin… C贸偶, po prostu putin.

Luka: Powinni艣my wys艂a膰 go w kosmos, bez skafandra. On potrzebuje terytorium, wi臋c niech leci na Marsa.

Denisko: Mamo, chc臋 spa膰 w twoim brzuszku.

4.

Zazwyczaj pakowanie si臋 na wakacje zajmuje mi dzie艅 lub dwa, wliczaj膮c zakupy i pilne pranie ulubionej koszulki, na kt贸rej podst臋pnie ukry艂a si臋 plama po lodach. Ale przeprowadzka za granic臋 to zupe艂nie inna sprawa.

Od pi臋ciu miesi臋cy mieszkamy z przyjaci贸艂mi: galicyjska rodzina wspania艂omy艣lnie nas przyj臋艂a 鈥 dwie rodziny z dzie膰mi, siedem os贸b, kt贸re przyjecha艂y starym Fordem Fusion, uszkodzonym po wypadku 鈥 w przytulnej wiosce Rukawyczka na skraju lasu niedaleko Lwowa. Nie by艂o tu syren i chocia偶 nie oznacza to, 偶e nie by艂o niepokoju, 艂atwiej by艂o 偶y膰 bez tego wycia. Tutaj nauczyli艣my si臋 gotowa膰 dla osiemnastu os贸b, bawili艣my si臋 z dzie膰mi, kt贸re sta艂y si臋 nasz膮 rodzin膮. Tutaj siedzieli艣my wpatrzeni w kominek, odtwarzaj膮c w pami臋ci d艂o艅 z czerwonymi paznokciami na drodze, op艂akuj膮c 艣mier膰 ojca siedmiomiesi臋cznej Marii, kt贸ry zgin膮艂 na wojnie i kt贸rego mia艂a pozna膰 tylko z opowie艣ci. By艂 to czas 艣piewu: budzili艣my si臋 przy 艣piewie ptak贸w, nucili艣my 鈥濷j u 艂uzi鈥 pod prysznicem, s艂uchali艣my 鈥濨raci Gadiukinych鈥 w wykonaniu Nazara i Niki.

W ma艂ym pokoju z oknami wychodz膮cymi na las rozpad艂o si臋 moje ma艂偶e艅stwo 鈥 pewnej pi臋knej 艣rody, a mo偶e to by艂 pi膮tek. Spowodowana zdrad膮 przepa艣膰, kt贸ra (ponownie) otworzy艂a si臋 mi臋dzy nami w styczniu, na chwil臋 straci艂a na

znaczeniu 鈥 uciekaj膮c przed ostrza艂em, mogli艣my si臋 do siebie przytuli膰 鈥 ale gdy tylko nie musieli艣my ju偶 ucieka膰, urwisko zn贸w uros艂o. By艂am gotowa do skoku, ale on nie. Pewnego cichego wiosennego poranka moje zranione serce zacz臋艂o krzycze膰: biegnij, biegnij, biegnij. Nie przestawaj biec.

呕ycie pisze najlepsze scenariusze, a ja ju偶 mia艂am dok膮d ucieka膰 鈥 moja firma otworzy艂a biuro, proponuj膮c wsp贸lne lokum dla pracownik贸w w Poznaniu. Przyst臋pna cena zakwaterowania i mo偶liwo艣膰 przebywania z rodzin膮 sprawi艂y, 偶e wyjazd z dzie膰mi za granic臋 sta艂 si臋 ca艂kiem realny.

Roma pojecha艂 do Kijowa, przetransportowa艂 nasze rzeczy do magazynu i przekaza艂 klucze do mieszkania w艂a艣cicielowi. Wr贸ci艂 z kilkoma pud艂ami, a ja zacz臋艂am pakowa膰 walizki. Ka偶dego dnia, jak naukowiec w laboratorium, wa偶y艂am, mierzy艂am, analizowa艂am, dedukowa艂am i sprawdza艂am, pr贸buj膮c znale藕膰 formu艂臋 na 鈥瀟rzy 偶ycia w dw贸ch walizkach鈥. I chocia偶 byli艣my uchod藕cami od pi臋ciu miesi臋cy i mieszkali艣my jako go艣cie 鈥 co oznacza, 偶e tak naprawd臋 si臋 nie rozpakowali艣my 鈥 proces wydawa艂 si臋 nie mie膰 ko艅ca. Budzi艂am si臋, zastanawiaj膮c si臋, czy wzi膮膰 spodnie narciarskie, czy wr贸cimy przed zim膮, a gdy tylko zamyka艂am powieki d偶insy, koszulki, zabawki i kosmetyki rozpoczyna艂y szalony taniec przed moimi oczami. 鈥濿ybierz mnie!鈥 鈥 prosi艂a ka偶da rzecz, szepcz膮c podst臋pnie: 鈥濸ami臋tasz, kiedy by艂am na tobie…鈥.

Nosi艂am t臋 sukienk臋 podczas spaceru na promenadzie w Kemer, robi膮c zdj臋cia tymczasowych tatua偶y na moich ca艂kiem niez艂ych 艂ydkach. Sukienka w kropki 鈥 jeste艣my w parku na hu艣tawce. D偶insowe szorty ze Stan贸w 鈥 ja i Katrusia na rockandrollowym koncercie. Dzisiejszy wyb贸r 鈥 dwie sukienki, koszula (jego koszula), dwie pary d偶ins贸w 鈥 anulowa艂 wczorajsze wybory, bo walizki by艂y bezwzgl臋dne. Targowanie si臋 z nimi (鈥濸ozwolisz, 偶e to zwin臋 w wa艂ek, a t臋 par臋 but贸w w艂o偶臋 w te zag艂臋bienia?鈥) by艂o bezsensowne. Gro藕by (鈥濿ejd藕, kurwa!鈥) nie mia艂y sensu. Dwie rozwarte paszcze 艣mia艂y si臋 cicho, kpi膮c z moich 偶a艂osnych pr贸b podj臋cia decyzji, kt贸re z bezcennych wspomnie艅 jest wa偶niejsze. 鈥濼o tylko rzeczy鈥 鈥 przypomnia艂am sobie. Prze艂o偶y艂am koszulk臋, kt贸ra w艂a艣nie przyjecha艂a z Kijowa i wci膮偶 pachnia艂a moj膮 szaf膮, do torby 鈥瀌o oddania鈥. Ale nast臋pnego dnia zn贸w pr贸bowa艂am znale藕膰 dla niej miejsce w walizce.

My艣l臋, 偶e zaczynam rozumie膰, co si臋 dzieje. Tak, jak misja kosmiczna przenosi pr贸bki ziemskiej cywilizacji na Marsa, tak ja zabieram kawa艂ki mojego 偶ycia z dzie膰mi, kawa艂ki wszystkich naszych gust贸w, przywi膮za艅 i nawyk贸w, i sk艂adam je w moj膮 w艂asn膮 misj臋, kt贸ra ma nie mniej kosmiczn膮 skal臋. Oto pr贸bka o nazwie 鈥瀠lubiona gra鈥: ma艂e plastikowe pude艂ko, do kt贸rego osobi艣cie zapakowa艂am Lego, bo zadanie polega艂o na umieszczeniu w nim ca艂ego domu. 艢ciany, schody, gara偶 z samochodem, basen i w艂a艣ciciele, kt贸rzy patrzyli na mnie z udawanym u艣miechem na twarzy, a z ty艂u g艂owy ukrywali zdziwione lub w艣ciek艂e grymasy 鈥 zabierzemy ten dom ze sob膮, musimy go zabra膰.

Ma艂a gra 鈥濼aco鈥 kot鈥 koza鈥 ser鈥 pizza鈥, pluszaki Steve i Creeper, 鈥濭o艂y鈥, Monopol bez pude艂ka, flamastry, kilka ksi膮偶ek. W istocie mog艂oby by膰 tego jeszcze mniej, bo mog艂am kupi膰 e鈥 -booki, a jedyna zabawka, kt贸r膮 by艂am zainteresowana, to r贸偶owy Satisfyer, kt贸ry dotar艂 w pude艂ku bez 艂adowarki, wi臋c nie by艂o sensu zabiera膰 go ze sob膮. Warto by艂o zatrzyma膰 si臋 z t膮 my艣l膮 na d艂u偶sz膮 chwil臋, u艣wiadamiaj膮c sobie, co dawa艂o mi kiedy艣 satysfakcj臋. W ko艅cu to, co by艂o ekscytuj膮c膮 gr膮, u偶ywane w przestrzeni maksymalnej otwarto艣ci mi臋dzy dwojgiem ludzi, teraz by艂oby tylko wulgarnym artefaktem, wspomnieniem, 偶e zamiast chwil intymno艣ci i relaksu od ca艂ego horroru, kt贸ry wirowa艂 wok贸艂 mnie, pozosta艂a mi tylko ta zabawka. Rodzaj nagrody pocieszenia dla pokonanych.

Zamiast rzeczy, walizki zawiera艂y nieograniczone w膮tpliwo艣ci i pytania. Co, je艣li mi si臋 nie uda? Co, je艣li dzieci b臋d膮 za bardzo t臋skni膰 za ojcem? Co, je艣li mama zachoruje? Albo co, je艣li pocisk trafi w nasz autobus kilka kilometr贸w od granicy?

Dzieci nie wiedzia艂y, czy chc膮 jecha膰 do Polski. Ale na pewno nie chcia艂y opuszcza膰 domu Lewczenk贸w. Opowiedziana przeze mnie legenda by艂a nast臋puj膮ca: pojedziemy do Polski na miesi膮c, bo tam jest bezpiecznie, spr贸bujemy tam 偶y膰, a potem zobaczymy, co robi膰. W zasadzie nie k艂ama艂am. Planowanie czego艣 na d艂u偶ej ni偶 na miesi膮c by艂o poza moim zasi臋giem, wi臋c taki plan mia艂am w g艂owie. Jedyn膮 rzecz膮, kt贸rej nie powiedzia艂am moim dzieciom, by艂o to, 偶e ucieka艂am nie tylko przed wojn膮, ale tak偶e przed ich ojcem. Od b贸lu, od tej cz臋艣ci mnie, kt贸ra b艂aga艂a go, aby nie odchodzi艂 鈥 ten, kt贸ry mnie zdradzi艂 i porzuci艂.

Chcia艂am wzbi膰 si臋 do nieba, tam, gdzie lataj膮 samoloty pasa偶erskie i gdzie stwierdzenie, 偶e nie s艂ycha膰 ostrze偶e艅 o nalotach, oznacza, 偶e ich najzwyczajniej nie ma. Chcia艂am usun膮膰 przynajmniej jedn膮 niewiadom膮 z r贸wnania, zerwa膰 przynajmniej jedn膮 stalow膮 lin臋, kt贸ra, chwytaj膮c za trzewia, wci膮ga艂a mnie w otch艂a艅 wiecznego gniewu, dezorientacji i smutku.

Wystarczy艂oby jedno s艂owo mojego m臋偶a i zosta艂abym. Nie wiem, czy zdecydowaliby艣my si臋 wr贸ci膰 do Kijowa, czy wynaj膮膰 mieszkanie we Lwowie, ale wiem na pewno, 偶e skupi艂abym si臋 na terapii rodzinnej. Wojna jest straszna, ale rozpad naszego ma艂偶e艅stwa zag艂uszy艂 nawet jej szale艅cze zawodzenia swoimi rzewnymi szeptami. Moja rodzina, cho膰 daleka od idea艂u, by艂a jedyn膮 wysp膮 na oceanie strachu i niepokoju. Wi臋c kiedy ziemia osuwa艂a mi si臋 spod n贸g, chwyta艂am si臋 jej desperacko.

A jednak, oto jestem w wodzie, moja wyspa ca艂a przesypuje si臋 jak piasek przez palce, a mnie wci膮ga pr膮d. Delikatnie pcham 鈥 a cz臋sto ci膮gn臋 鈥 艂贸d藕 z moimi dwoma s艂omianow艂osymi ch艂opcami, moj膮 matk膮 i naszymi trzema walizkami dla czterech os贸b. Przed nami znak z napisem 鈥濿itamy鈥 i nowa niewiadoma.

5.

Akademik

Bo偶e, co si臋 ze mn膮 sta艂o? Czuj臋 w 艣rodku pal膮c膮, cierpk膮 irytacj臋. Budz臋 si臋 z kwa艣nym smakiem na j臋zyku. Miauczenie kota, trzask drzwi, piskliwy g艂os zaspanego dziecka. Zapach czyjego艣 艣niadania: stary olej na moich zje艂cza艂ych rozdra偶nieniem receptorach. Nie mam dok膮d p贸j艣膰. Nie mog臋 d艂u偶ej mieszka膰 w akademiku. Tak, warunki tutaj s膮 bardzo dobre, tysi膮ce ludzi mieszka w ciasnych pokojach, zamiataj膮c ulice dyplomami prawa i ksi臋gowo艣ci. Jestem bezpieczna, mam dobr膮 prac臋 i niedu偶膮, ale jednak poduszk臋 finansow膮. Jak 艣miem by膰 niezadowolona?

Denerwuj膮 mnie moje dzieci i moja matka. Nienawidz臋 wszystkich dooko艂a. Te zapachy kie艂basy krakowskiej na dusznej pla偶y zas艂anej cia艂ami, jak porzuconymi sk贸rkami arbuza, momentalnie wabi膮cymi roje os. Ale siebie nienawidz臋 bardziej ni偶 kogokolwiek innego.

M贸j dzie艅 to supermarket, praca, jedzenie, dzieci, sen. B艂膮kam si臋 mi臋dzy p贸艂kami sklepu spo偶ywczego jak turysta w Luwrze i czuj臋 si臋 tak, jakby reflektor by艂 skierowany na mnie 鈥 wszyscy wiedz膮 o mnie wszystko. P贸艂 dnia sp臋dzam skulona i zwini臋ta.

Czu艂am dzi艣 b贸l w 偶o艂膮dku, mia艂am md艂o艣ci od bezliku retorycznych pyta艅, kt贸re przeciskaj膮 si臋 przez moje gard艂o, drapi膮c podniebienie. 鈥濶ie mog艂a艣…? Jak my艣lisz, jak zareaguje…? Czy to normalne…?鈥. Wiedzia艂am, 偶e nie by艂am sob膮.

Konsultacja u psychiatry za tydzie艅. Postanowi艂am poprosi膰 o pomoc.

6.

Droga Przyjaci贸艂ko,

wci膮偶 tak o Tobie my艣l臋, mimo 偶e nasza relacja zosta艂a zredukowana do serduszek na Instagramie i 偶ycze艅 urodzinowych wysy艂anych smsem. I do list贸w, kt贸re maj膮 pozosta膰 w folderze 鈥濿ersje robocze鈥 lub, jak w przypadku tego, w pami臋tniku.

Gorzki u艣miech wykrzywia k膮ciki moich ust, gdy przypominam sobie, jak w trakcie pijackich rozm贸w na zjazdach klasowych obiecywa艂y艣my sobie dzwoni膰 cz臋艣ciej, a nie rozmawia艂y艣my ju偶 ponad sze艣膰 miesi臋cy. I nawet nie by艂y艣my pijane.

Cz臋sto odtwarzam w my艣lach nasz膮 korespondencj臋 i p贸藕niejsz膮 rozmow臋 telefoniczn膮. Moim pierwszym dzwonkiem ostrzegawczym by艂y Twoje s艂owa, kiedy pisa艂y艣my na czacie. Rozmawia艂y艣my o naszym 偶yciu w Polsce i Waszym w Kijowie. Napisa艂a艣, 偶e czekasz na nasz powr贸t i 偶e poradz臋 sobie ze wszystkimi trudno艣ciami w domu w Ukrainie. Napisa艂a艣 te偶, 偶e by膰 mo偶e nie mam poczucia przynale偶no艣ci albo je straci艂am, a Ty chcia艂aby艣, 偶ebym je odnalaz艂a i da艂a przyk艂ad moim dzieciom, 鈥瀓ak kocha膰 swoj膮 ziemi臋鈥. Wiadomo艣膰 ko艅czy艂a si臋 niebieskimi i 偶贸艂tymi serduszkami zamiast kropki. Podzi臋kowa艂am i rozmawia艂y艣my jeszcze chwil臋. I wiesz, niby nic si臋 nie sta艂o, ale ta rozmowa pozostawi艂a we mnie jaki艣 艣widruj膮cy b贸l. Jak siniak, kt贸ry pewnego dnia po prostu pojawia si臋 na twoim ciele i daje o sobie zna膰 przez d艂ugi czas, a ty nie pami臋tasz, gdzie mog艂a艣 si臋 tak poturbowa膰.

Chodzi艂am z tym 鈥瀞iniakiem鈥 przez dwa tygodnie. W ko艅cu zdecydowa艂am si臋 do Ciebie napisa膰. Podzieli艂am si臋 z Tob膮 spostrze偶eniem, 偶e co艣 pojawi艂o si臋 mi臋dzy nami, jakie艣 subtelne p臋kni臋cie, kt贸re trzeba by艂o przeskoczy膰, aby zada膰 pytanie 鈥濲ak si臋 masz?鈥.

Twoja odpowied藕 by艂a ciosem, kt贸rego si臋 nie spodziewa艂am: 鈥濲est tak od dawna鈥. Czat zamieni艂 si臋 w dwugodzinn膮 nocn膮 rozmow臋 鈥 p艂aka艂am, a Ty nie mog艂a艣 si臋 rozgrza膰. Jej fragmenty nadal cz臋sto nie pozwalaj膮 mi zasn膮膰.

鈥濸ytanie do wszystkich, kt贸rzy wyjechali i jeszcze nie wr贸cili…鈥 鈥濸orzuci膰 przyjaciela w biedzie i nawet nie obieca膰, 偶e wr贸cisz…鈥 鈥濳ij贸w by艂 miastem duch贸w…鈥 鈥濵usisz kupowa膰 jedzenie, ubrania, pi膰 kaw臋 tutaj, a nie tam…鈥 鈥濷 jakim zapuszczaniu korzeni m贸wisz, nie min膮艂 nawet rok, odk膮d tam jeste艣…鈥 鈥濻iedzicie na 艂awce rezerwowej, kiedy my jemy g贸wno…鈥 鈥濧kceptuj臋 Tw贸j wyb贸r…鈥.

Siniak stopniowo blednie, zmieniaj膮c kolor z oliwkowego na 偶贸艂tawy. Wygl膮da jednak na to, 偶e zosta艂am zraniona bardziej, ni偶 my艣la艂am, poniewa偶 nadal boli.

Rozumiem, 偶e nasze do艣wiadczenie sta艂o si臋 przepa艣ci膮, kt贸rej nie da si臋 wype艂ni膰 najszczerszym wsp贸艂czuciem. Nigdy nie dowiem si臋, jak to jest by膰 w Kijowie w marcu 2022 roku, jak to jest mie膰 pr膮d przez dwie godziny dziennie przez dwa dni. Ty jednak nigdy nie zrozumiesz, jak to jest wyjecha膰 i zosta膰 zarazem; jak to jest obudzi膰 si臋 w mokrych od potu ubraniach, si臋gaj膮c po ciep艂e 艂ydki m臋偶a pod ko艂dr膮 i zda膰 sobie spraw臋, 偶e jest w innym 艂贸偶ku, ogrzewaj膮c stopy innej kobiety, a rano odje偶d偶a tw贸j autobus w nieznane. Ale wiesz, do tej pory ta otch艂a艅 nie przera偶a艂a mnie w najmniejszym stopniu, bo zbudowali艣my nad ni膮 most akceptacji i wsparcia. Przynajmniej tak mi si臋 wydawa艂o.

Wiem, 偶e cierpisz. To naturalne, 偶e jeste艣 z艂a. To typowe, 偶e dzieli si臋 ludzi na tych, kt贸rzy odeszli, i tych, kt贸rzy zostali lub wr贸cili, 偶e gardzi si臋 jednymi, a szanuje innych, 偶e czuje si臋 zasadno艣膰 w艂asnego wyboru, by zosta膰 鈥 to wszystko r贸wnie偶 jest normalne. Jednak niezmiernie bolesna jest 艣wiadomo艣膰, 偶e w Twoich oczach nale偶臋 do jakiej艣 grupy os贸b, kt贸re chc膮 polecie膰 w podr贸偶 balonem po Europie i otrzymywa膰 zasi艂ek socjalny, wynajmuj膮c jednocze艣nie mieszkania we Lwowie. Jednak to jest wojna i ka偶dy walczy z ni膮 o w艂asne 偶ycie najlepiej, jak potrafi. Dlatego naturalnym jest, 偶e si臋 wyje偶d偶a i nie wraca. Ocali膰 siebie, aby m贸c pracowa膰, opiekowa膰 si臋 dzie膰mi i by膰 u偶ytecznym dla swojego kraju 鈥 to nie jest pozostawienie przyjaciela w potrzebie, a wr臋cz przeciwnie. Naprawd臋 osiadamy tutaj, ale dzieje si臋 to samoistnie, tylko dlatego, 偶e tu mieszkamy: Denis chodzi do przedszkola, Sasza uczy si臋 polskiego, powiesili艣my ubrania w szafach, a nawet 鈥 doj艣cie do tego zaj臋艂o mi kilka miesi臋cy i sesji psychoterapeutycznych 鈥 kupili艣my do wynajmowanego mieszkania poduszki i koce, 偶eby by艂o nam wygodniej. Chc臋 wr贸ci膰, ale nie mog臋 Ci tego obieca膰, bo dla mnie obiecywanie czego艣, na co nie ma si臋 wp艂ywu, nie jest przyja藕ni膮.

Powiedzia艂a艣, 偶e akceptujesz m贸j wyb贸r, ale, moja Przyjaci贸艂ko, wydaje si臋 to iluzj膮. Nasz ciep艂y drewniany most, przerzucony przez tak r贸偶ne do艣wiadczenia, ju偶 nas nie 艂膮czy: wiadomo艣ci na Telegramie nie przechodz膮 na inny poziom ni偶 pytanie鈥 odpowied藕鈥 odpowied藕鈥 reakcja, Instagram staje si臋 jedynym 藕r贸d艂em informacji o 偶yciu drugiej osoby.

Mam nadziej臋, 偶e pewnego dnia zn贸w si臋 spotkamy 鈥 b臋dzie to inny most, zupe艂nie inny od poprzedniego, ale znajdzie si臋 na nim miejsce na spacery, d艂ugie rozmowy i ciep艂e u艣ciski.

Na swoim brzegu zostawi臋 m贸j filar pod most i wy艣l臋 Ci ten list.

7.

Po ataku terrorystycznym w Winnicy

Ci臋偶ko mi na sercu, ale jedyny rower na stacji czeka na mnie, a 偶贸艂ta mirabelka pachnie tak zach臋caj膮co, 偶e nie mog臋 si臋 powstrzyma膰 przed zerwaniem i zjedzeniem jednej; wk艂adam kilka gar艣ci do koszyka. S艂odkawo鈥 -drzewny aromat jest teraz wsz臋dzie: na moich ubraniach, opuszkach palc贸w, we w艂osach. Nawet stary Nextbike wydaje si臋 by膰 nim przesi膮kni臋ty.

Przypadkowo nacisn臋艂am dzwonek i zaskoczy艂am sam膮 siebie. Przechodzie艅 przy艂apa艂 mnie na zdezorientowanym u艣miechu, kt贸ry wymkn膮艂 si臋 i odlecia艂 jak letni dmuchawiec. I jak ten dmuchawiec w powietrzu kr膮偶y pytanie: 鈥濩zy naprawd臋 wysz艂am z domu dwudziestego pi膮tego lutego rano po raz ostatni?鈥. Odpowied藕 ju偶 tu jest, taka ostra i zgorzknia艂a: 鈥瀟ak, tak鈥. 鈥濼ak鈥.

Cholera, nie a偶 tak bardzo nienawidzi艂am tego skrzypi膮cego parkietu.

Dziewczyny robi膮 sobie zdj臋cia przy fontannie, wystawiaj膮c nogi. To wszystko jest takie znajome, codzienne. Gdyby nie dwudziesty pi膮ty kadr z ludzk膮 ko艅czyn膮 i w贸zkiem inwalidzkim. Gdyby nie echo alarmu przeciwlotniczego, w tle szumu maszyny do polewania zza rogu.

Zaciskam szcz臋ki, moje mi臋艣nie wprawiaj膮 w ruch metal. Obr贸t za obrotem, ko艂a roweru nios膮 mnie tu偶 obok pi臋knych dom贸w, szcz臋艣liwych rodzin, beztroskich wieczor贸w.

Czasami jest to tak przera偶aj膮ce, 偶e wydaje mi si臋, 偶e jestem w 艣rodku ko艂a 鈥 prawie bezdomna, prawie rozwiedziona, prawie… nie ja. Zb臋dna, skazana na pora偶k臋.

Jest jednak na odwr贸t 鈥 ko艂a i ja poruszamy si臋 razem, ale to moje stopy generuj膮 ten ruch. M贸j l臋ku, czy to s艂yszysz? Tak, wygl膮da na to, 偶e twoje towarzystwo jest nieuniknione, a ty jeste艣 szalenie mocny. Ale nie jeste艣 najistotniejszy. Wi臋c przejd藕my dalej. Ty czytasz wiadomo艣ci, a ja przekazuj臋 darowizny. Farbujesz w艂osy na siwo, a ja zapewniam ludzi, 偶e to naprawd臋 moje dzieci, a nie m艂odsi bracia. Pachniesz starym parkietem, po艣ciel膮 wypran膮 we Froschu, ramionami, kt贸re kiedy艣 mnie obejmowa艂y. Pachniesz wszystkim, co zna艂am i straci艂am, wszystkim, czego boj臋 si臋 ju偶 nigdy nie odnale藕膰. Ale postanawiam delektowa膰 si臋 zapachem mirabelki 鈥 rozgrzanej s艂o艅cem, radosnej 鈥 i peda艂owa膰 dalej. Nast臋pny.

8.

Przed Bo偶ym Narodzeniem

Wszystko jest takie znajome: dzieci zje偶d偶aj膮 na sankach z g贸rki; zamawiamy jedzenie na dow贸z; 艣wi膮teczna iluminacja roz艣wietla skupione twarze przechodni贸w (przygotowania do 艣wi膮t s膮 takie m臋cz膮ce); d艂ugo siedz臋 przed ekranem z pulsuj膮cym kursorem, gryz膮c zgi臋cie na kciuku.

Te zdj臋cia s膮 bardzo podobne do innych. Tak jak podobne s膮 niepoprawnie z艂o偶one puzzle do obrazka na pude艂ku.

U艣miecham si臋, patrz膮c, jak dzieci zje偶d偶aj膮 z g贸rki. I w tym samym momencie obraz rozmywaj膮 艂zy ukrywaj膮ce si臋 w moich powiekach 鈥 ogr贸d botaniczny musi by膰 teraz zat艂oczony. 鈥瀂r贸bmy to jak w Kijowie 鈥 hamburgery w sobot臋 i pizza w niedziel臋?鈥. Zr贸bmy to. Ale to nie jest jak w Kijowie. Nie jest jak w Kijowie. Zupe艂nie nie jak w Kijowie.

To smutne i bolesne, ale tak musi by膰.

Nieko艅cz膮ce si臋 艣wi膮teczne 艣wiate艂ka robi膮 wra偶enie. Ale z zupe艂nie innych powod贸w. 艢wiadomo艣膰 bezsensu tych 艣wiecide艂ek, poczucie obrzydzenia cynizmem, kt贸ry o艣lepia 艣wiat艂ami jarmark贸w, rezonuj膮 we mnie jednocze艣nie z ch臋ci膮 wtopienia si臋 w ten t艂um i poczucia jeszcze raz, jak to jest, kiedy najwi臋kszym utrapieniem s膮 obowi膮zki 艣wi膮teczne.

Tak wi臋c stoj臋 z tym pude艂kiem z o艣mioma gwiazdami o barwie ciep艂o鈥 -bia艂ej, zasilanymi dwiema bateriami, a偶 zauwa偶am, 偶e jeden z 艂a艅cuch贸w w 艣rodku 艣wieci mocniej ni偶 pozosta艂e. Wczoraj od艂o偶y艂am lampki z powrotem na p贸艂k臋. Dzi艣 kupuj臋.

To trudne i wyczerpuj膮ce, ale prawdziwe.

W zesz艂ym roku napisa艂am dziesi臋膰 tysi臋cy s艂贸w utworu, kt贸ry mia艂 by膰 przysz艂膮 ksi膮偶k膮. Pewnego dnia w tamtym niesko艅czenie d艂ugim lutym uzna艂am, 偶e wszystkie sta艂y si臋 obce, puste. A teraz obserwuj臋 lini臋 na bia艂ym ekranie odliczaj膮c膮 sekundy moich my艣li, kt贸re s膮 zupe艂nie inne. Czasami s艂owa wyp艂ywaj膮 na powierzchni臋, jak teraz, ale przewa偶nie s膮 poch艂aniane przez cienk膮 czarn膮 lini臋, gdy tylko si臋 pojawi膮.

To przera偶a i unieruchamia. Tak jest.

I ja jestem.

Nawet w najciemniejszym tunelu 鈥 kiedy si臋 boj臋, kiedy jestem zraniona i zdesperowana 鈥 jestem tam. W tym tunelu nie mog臋 zrobi膰 nic poza poruszaniem si臋. Nawet je艣li ten ruch oznacza teraz tylko oddychanie. By膰, 偶y膰 i zmierza膰 w kierunku 艣wiat艂a, oddech po oddechu, krok po kroku.

9.

Gda艅sk. Spokojne morze

A potem p贸jdziemy na spacer wzd艂u偶 brzegu do latarni morskiej.

Patrze膰, jak morze zmywa nasze 艣mieszne 艣lady.

To dzie艅 nadawania ptakom zabawnych imion.

Szukania znieruchomia艂ych 艂ez s艂o艅ca nad sam膮 wod膮.

M贸wi si臋, 偶e tam, gdzie jest ciemny kamie艅, jest krzyk b贸lu i ka艂u偶a goryczy.

A kiedy s艂o艅ce si臋 艣mia艂o, pomara艅czowy kryszta艂 l艣ni艂.

鈥濪laczego nasze 艂zy s膮 bezbarwne?鈥 鈥 mo偶na zapyta膰.

鈥濼o chemia soli i 艣wiat艂a, Synu, przeplataj膮ce si臋 odcienie rado艣ci i smutku.

Czasami smutek wyniszcza promienie pie艣ni z g艂臋bi klatki piersiowej.

A szcz臋艣liwe spotkanie zatopi najczarniejszy smutek w s艂onej wodzie.

W ko艅cu, Synu, cz臋sto zdarza si臋, 偶e 艂zy s膮 dla ludzi.

I sta艂y si臋 dla gwiazd鈥.

10.

Gda艅sk. Wzburzone morze

Uwielbiam sztorm. Morze, kt贸re wczoraj delikatnie pie艣ci艂o moje stopy jak wierny szczeniak, przynosz膮c mi bursztyny, teraz 艂apczywie po艂kn臋艂o jedn膮 trzeci膮 pla偶y. Pieni si臋, ryczy, nie pozwala si臋 zbli偶y膰.

Morze, morze, wiesz wszystko. 呕e przynios艂am ci zranione serce owini臋te w blade, pochylone cia艂o. I mo偶e troch臋 tworzywa sztucznego w postaci tkaniny z mojego p艂aszcza oversize.

B臋d臋 go nosi膰 dla ciebie jeszcze przez jaki艣 czas. B臋d臋 p艂aka膰, zaciska膰 szcz臋ki, spacerowa膰 nieprzyzwoicie d艂ugo, patrze膰 pod nogi, chodzi膰 do ty艂u, spogl膮da膰 za horyzont. Czasem za艣piewam g艂o艣no albo wybe艂kocz臋 jakie艣 bzdury pod nosem, a potem podskocz臋 przera偶ona my艣l膮, 偶e zwariowa艂am. Usi膮d臋 na piasku i pomy艣l臋, 偶e jestem 艣mieciem: ludzie tam walcz膮, r贸wnie偶 za mnie, a ja cierpi臋 tutaj. C贸偶, roz艂膮czyli艣my si臋, owszem, ale wszyscy 偶yj膮? Tak, 偶yjemy. To dobrze, we藕 si臋 w gar艣膰.

B臋d臋 spacerowa艂a wzd艂u偶 brzegu i szuka艂a jasno偶贸艂tych kamieni, jednocze艣nie szperaj膮c wewn臋trznym okiem w ksi膮偶kach i rzeczach w magazynie. Tak, m贸j dom jest teraz zapakowany w dziesi膮tkach karton贸w w Kijowie i Lwowie. Opu艣ci艂am go dwudziestego pi膮tego lutego, zabieraj膮c lekarstwa, zabawki dla dzieci i bi偶uteri臋. On wtedy powiedzia艂: 鈥 Jeszcze wr贸cimy.

Nie, nigdy wi臋cej.

Morze, morze, po co te wszystkie bzdury? 艢miali艣my si臋 razem. Zerkali艣my na siebie podczas ogl膮dania seriali telewizyjnych. Czesa艂 mi w艂osy. Prasowa艂am mu koszule i czeka艂am, a偶 wr贸ci z pracy. Kochali艣my si臋 nami臋tnie, czule, kiedy samo czekanie na czas intymno艣ci sprawia艂o, 偶e s艂odkie zm臋czenie przenika艂o moje cia艂o a偶 po czubki palc贸w. Trzyma艂 mnie za r臋k臋, gdy urodzi艂am syna. I drugiego te偶.

Dla kogo teraz to wszystko, morze? Zabieraj, je艣li chcesz! I we藕 te偶 zdj臋cia: wszystkie te wspomnienia 鈥瀝ok temu鈥, 鈥瀟en dzie艅鈥, 鈥瀝odzina przez lata鈥. Ka偶dy kadr to bolesne uk艂ucie prosto w serce. Morze, nie ma tam ju偶 偶ywego miejsca, tak jak nie by艂o go na polach bitwy po bataliach II wojny 艣wiatowej.

Wiesz, morze, to jest m贸j nast臋pny etap gniewu. W moich pr贸bach zrozumienia, uporz膮dkowania, przegapi艂am ten etap ca艂kowicie. Przeskoczy艂am do d艂ugich i bolesnych, wyczerpuj膮cych negocjacji. Ale teraz zamierzam krzycze膰. Po艂膮cz臋 m贸j g艂os z twoim rykiem, morze, tak b臋dzie mi 艂atwiej.

Rrrrrrrrrrr鈥 aaaaaaaaa鈥 rrrrr!!!

11.

Tak to si臋 robi w naszym kraju

Zanim zwr贸cisz si臋 o pomoc medyczn膮, przygotuj 鈥瀞cenariusz鈥 鈥 upewnij si臋, 偶e masz przed sob膮 t艂umacza i pami臋tasz, jak wymawia膰 cyfry.

Prawdopodobnie nie uda si臋 um贸wi膰 wizyty u lekarza na dzisiaj, wi臋c przygotuj si臋 na zabranie dziecka na SOsoR.

Spr贸buj zapomnie膰 o wszystkich przera偶aj膮cych historiach wyczytanych na Facebooku o osobach umieraj膮cych w kolejce na SOsoR鈥憐e.

I tak, lepiej od razu wzi膮膰 dzie艅 wolnego.

Temperatura cia艂a 39,5掳C, trudna do zbicia. Ale karetki w tej sytuacji wezwa膰 nie mo偶na.

Dziecko skar偶y si臋 na b贸l brzucha. Czy boli tutaj (po lewej stronie)? Nie. A w ten spos贸b (po prawej)? Och, mamo, nie dotykaj! Daj mu si臋 napi膰. Sama napij si臋 wody. Zadzwo艅 po karetk臋. Je艣li podejrzenie zapalenia wyrostka robaczkowego nie jest wystarczaj膮co powa偶nym powodem, to co nim jest?

Nie, nie mo偶na zabra膰 drugiego dziecka na pogotowie. Nie, nie mo偶na zostawi膰 dziesi臋cioletniego dziecka samego w domu w Polsce. Czy jest pani pewna, 偶e zd膮偶y na czas znale藕膰 kogo艣 do opieki nad drugim dzieckiem?

鈥濿itaj, Haniu, pom贸偶 mi. Tak? Dzi臋kuj臋, dzi臋kuj臋 bardzo鈥.

Dzwonek do domofonu. Wci膮偶 nie mog臋 si臋 przyzwyczai膰 do tak g艂o艣nego d藕wi臋ku. Weso艂y m臋ski 艣miech na dole 鈥 czekaj膮 na wind臋.

鈥 Dzie艅 dobry. Co si臋 sta艂o?

鈥 Dziecko ma wysok膮 gor膮czk臋 i b贸l brzucha po prawej stronie.

鈥 Co powiedzia艂 lekarz?

鈥 To znaczy… Przecie偶 zadzwoni艂am do was.

鈥 Dlaczego pani nie posz艂a do lekarza?

鈥 Ale przecie偶 zadzwoni艂am…

鈥 Nie mo偶na wzywa膰 karetki z takimi symptomami.

鈥 Ale tu jest napisane po polsku, 偶e jak si臋 ma takie objawy…

鈥 Musi pani sama jecha膰 do szpitala. Je艣li boli, to trzeba i艣膰 do lekarza, no nie?

I dlaczego ludzie my艣l膮, 偶e m贸wienie g艂o艣niej sprawia, 偶e j臋zyk obcy jest bardziej zrozumia艂y?

Daj mu si臋 napi膰. Sama napij si臋 wody. We藕 si臋 w gar艣膰. Do diab艂a z my艣lami o tym, jak to by艂o w Kijowie.

Dzieci臋cy SOsoR 艣wieci pustkami. Wyrostek robaczkowy nie jest widoczny w badaniu USG . Nie ma stanu zapalnego. Znowu m贸wi膮 g艂o艣no, ale tym razem przyja藕nie. Nie by艂o kolejki, zapachu wymiocin, napad贸w z艂o艣ci i kaszlu. Cuda si臋 zdarzaj膮.

鈥濰aniu, wracamy do domu. Tak, mieli艣my szcz臋艣cie, wyobra偶asz sobie? Wszystko jest w porz膮dku, to tylko wirus. Nie, nie, pozw贸l, 偶e sama go odbior臋, to znaczy razem z Denisem. Naprawd臋? Co ja bym bez ciebie zrobi艂a, dzi臋kuj臋, dzi臋kuj臋 ci!鈥.

M艂ody je swoj膮 ulubion膮 zup臋 z makaronem, a gdy jego policzki staj膮 si臋 r贸偶owe, pas, kt贸ry 艣ciska艂 mnie w 艣rodku, rozlu藕nia si臋 i czuj臋, jak bardzo jestem wyczerpana. Ale to nie ma znaczenia.

Wypij troch臋 wody. Wypij jeszcze troch臋. Daj dzieciom pi膰. Oddychaj. Oddychaj.

Tak to si臋 robi w waszym kraju. Teraz ju偶 wiem.

12.

Po ataku terrorystycznym w Humaniu

Zanim przeczyta艂am wiadomo艣ci, zd膮偶y艂am p贸j艣膰 na jog臋. Przy wej艣ciu le偶a艂 martwy ptak, drozd 艣piewak. Krucha, z nakrapian膮 piersi膮 (z jakiego艣 powodu ani przez chwil臋 nie w膮tpi艂am, 偶e to samica), wygl膮da艂a jak kawa艂ek p艂贸tna z holenderskiego Z艂otego Wieku, kiedy martw膮 natur臋 nazywano 鈥瀋ichym 偶yciem鈥, a nie 鈥瀖artw膮 natur膮鈥. Ptak nie wzbudza艂 we mnie obrzydzenia, takiego jak widok okaleczonych przez samochody zw艂ok zwierz膮t czy bezg艂owych go艂臋bi, kt贸re cz臋sto widywa艂am na chodnikach w Kijowie. Wtedy zawsze zamyka艂am oczy i przypomina艂 mi si臋 naiwny zwyczaj z dzieci艅stwa: trzykrotne przemycie twarzy powietrzem i spluni臋cie przez lewe rami臋. Nie pami臋tam, jakie s艂owa powinno si臋 wtedy wypowiada膰 鈥 prawdopodobnie by艂a to ta nieistotna sprawa, kt贸r膮 je艣li odkryjesz w zagraconych kom贸rkach 偶ycia, to b臋dzie to odkrycie zupe艂nie przypadkowe, takie, kt贸rego si臋 nie spodziewasz.

Zamiast tego martwy ptak w pobli偶u sali do jogi przyci膮ga艂 wzrok jak mistrzowska rze藕ba: symetryczna krzywizna n贸g znieruchomia艂a dok艂adnie po艣rodku mi臋dzy chwil膮 a wieczno艣ci膮 鈥 jeszcze nie sztuczne kamienne linie, ale ju偶 bez 偶ywej plastyczno艣ci; jasnobr膮zowe tr贸jk膮ty na piersi by艂y jasne, a jednocze艣nie pe艂ne szlachetnej mi臋kko艣ci naturalnych odcieni. Ale, co najwa偶niejsze, oczy mia艂 zamkni臋te, a dzi贸b lekko otwarty 鈥 ptak, co 艣piewa niezapomnianie. Tak, samice drozd贸w, wbrew swojej nazwie, nie 艣piewaj膮, a nawet gdyby, raczej nie z zamkni臋tymi oczami. Jednak rze藕biarz ma swobod臋 interpretacji swojego dzie艂a. Ten zrobi艂 to tak.

鈥…Przejd藕my do pozycji drzewa…鈥, g艂adki, pozbawiony emocji g艂os trenerki przeszywa moje my艣li niczym przezroczysta ni膰. Musia艂a umrze膰 ca艂kiem niedawno, bo jeszcze nie zlecia艂y si臋 muchy. Czy drozd samiec jej szuka? A mo偶e piskl臋ta czuj膮, 偶e ich matka odesz艂a, 偶e jej wi臋cej nie zobacz膮?

鈥…Pies z g艂ow膮 w d贸艂…鈥. Kiedy by艂am dzieckiem, bardzo martwi艂am si臋, gdy moja mama p贸藕no wraca艂a z pracy. Mieszkali艣my na obrze偶ach ma艂ego miasteczka, w domu nie by艂o telefonu, a jedyn膮 latarni膮 uliczn膮 by艂a latarenka na rogu dw贸ch ulic. Wiosn膮 widzia艂am wracaj膮c膮 mam臋 przez ogr贸dki 鈥 jej posta膰 pojawia艂a si臋 na skraju ulicy, w d艂ugiej kraciastej sp贸dnicy, jaskrawo zielonym 偶akiecie przepasanym w talii 鈥 s膮siadki rzuca艂y jej bezwstydnie d艂ugie spojrzenia, nie spos贸b by艂o pomyli膰 jej z kimkolwiek innym.

Ale jesieni膮, kiedy wcze艣nie robi艂o si臋 ciemno, godziny ci膮gn臋艂y si臋 niezno艣nie d艂ugo, a poskr臋cane ga艂臋zie drzew za oknem malowa艂y przera偶aj膮ce sceny: mama sz艂a sama przez w膮w贸z, a tam by艂y te w艣ciek艂e g臋si, p贸藕no zaganiane do zagr贸d; albo mama wybiera艂a d艂u偶sz膮 asfaltow膮 drog臋, a tam w trzcinach nad stawem ukrywa艂 si臋 ekshibicjonista, kt贸rym straszy艂a nasza wychowawczyni na lekcjach techniki, czytaj膮c notatki z gazet, podczas gdy my haftowali艣my kwiaty 艣ciegiem at艂asowym.

Ws艂uchiwa艂am si臋 uwa偶nie w kakofoni臋 odg艂os贸w szczekania: d藕wi臋k dochodzi艂 z ulicy, wi臋c to mog艂a by膰 ona, z drugiej strony 鈥 pies s膮siad贸w, wiod膮cy prym w psich nalotach na rowerzyst贸w, wydawa艂 og艂uszaj膮cy, chrz膮kaj膮cy d藕wi臋k, a nasz Dick, przejmuj膮c pa艂eczk臋, piszcza艂 i wy艂 鈥 鈥濰au, mama w domu!鈥.

鈥…Trzymamy desk臋…鈥. Dlaczego w og贸le tam zajrza艂am? To nie jest dobry znak. A moi rodzice wracaj膮 do domu. Nie dam rady, martwi膮c si臋 r贸wnie偶 o nich. 鈥…Trzymaj si臋, nie obni偶aj miednicy…!鈥. Nie da rady, biedactwo. My艣lisz, 偶e jeste艣 jedyn膮 osob膮, kt贸ra z trudem co艣 d藕wiga, pogodzona z faktem, 偶e 艣cie偶ki wydeptane przez w艂asne stopy s膮 teraz sposobem na 偶ycie? To te偶 z艂y znak… Wi臋c teraz, twoim zdaniem, los postanowi艂 ci臋 przed czym艣 ostrzec? Tak, oczywi艣cie. A tak w og贸le, to dlaczego uzna艂a艣, 偶e to ma co艣 wsp贸lnego z tob膮?

鈥…Zrelaksujcie si臋, savasana. Pozycja trupa…鈥. Pozycja martwego ptaka 艣piewaj膮cego w niezapomniany spos贸b.

Wr贸c膮, moja matka b臋dzie p艂aka膰, kiedy wr贸ci do domu, m贸j ojciec b臋dzie si臋 powstrzymywa艂. Powiem im zdecydowanym g艂osem, 偶eby zeszli do schronu podczas alarmu. A rano odetchn臋 z ulg膮, gdy zobacz臋 zielone k贸艂ko w komunikatorze. Przeczytam wiadomo艣ci, kt贸re sprawi膮, 偶e zimna, 艣liska kula przetoczy si臋 przez moje cia艂o, szukaj膮c wyj艣cia. Gdzie艣 kolejny ostrza艂. Znowu w budynki mieszkalne. Dzieci nie doczekaj膮 si臋 na swoje matki, rodzicom zabitych dzieci serce zostanie wyrwane 偶ywcem, zamieniaj膮c si臋 w skorup臋 do pompowania krwi. Tak, ptak by艂 z艂ym omenem, zapami臋tam. A potem p贸jd臋 zrobi膰 艣niadanie, sprawdz臋 setki przychodz膮cych maili i w roztargnieniu obiecam, 偶e oddzwoni臋 do matki za godzin臋, ale zrobi臋 to dopiero wieczorem.

Przed艂u偶am drog臋 do domu: poranne s艂o艅ce dodaje lekko艣ci miastu, wypychaj膮c ciemne spaliny samochod贸w, wraz z szarymi my艣lami ich w艂a艣cicieli, gdzie艣 wysoko. Chc臋 by膰 wype艂niona po brzegi tym 艣wiat艂em, zapami臋ta膰 wszystkie wa偶ne kroki, wpu艣ci膰 liny do g艂臋bin, do kt贸rych pr贸buj臋 dotrze膰. Podnios臋 je ponownie, to ju偶 si臋 zdarza艂o. B臋d膮 dobre wie艣ci, najlepsze nowiny na 艣wiecie. Komora serca zn贸w wype艂ni si臋 mi艂o艣ci膮. Niewidzialne, ale nie mniej prawdziwe matki b臋d膮 ca艂owa膰 czo艂a swoich ukochanych na dobranoc.

Tak, ptak jest znakiem.

Przyspieszam na rowerze, a偶 mrowi膮 mnie uda. Na 艣wiat艂ach m贸j wzrok przykuwa samica drozda w jasnozielonych li艣ciach jarz臋biny. 艢piewa.

13.

鈥濳ur鈥 -r -rwa jebana ma膰!鈥 鈥 us艂ysza艂am ostatnio w autobusie nag艂y, niewyt艂umaczalny okrzyk pewnego pana i pomy艣la艂am: rzeczywi艣cie.

14.

Wiosn膮 ponownie zainstalowa艂am wid偶et zdj臋膰 na moim telefonie. Obrazy z 偶ycia, kt贸re jeszcze kilka miesi臋cy temu by艂y nie do zniesienia, zn贸w zacz臋艂y wywo艂ywa膰 u艣miech na twarzy. Jak zwichni臋te stawy, kt贸re w ko艅cu znalaz艂y si臋 na swoim miejscu. Oto z艂ote 艣wiat艂o w ruinach staro偶ytnego tureckiego miasta. Roma z Denisem w w贸zku i Sasz膮 u jego boku, ca艂a tr贸jka pi臋knie wystylizowana, byli艣my w Wiedniu. I oto jeste艣my, nasza czw贸rka na 艂贸偶ku w kropki, le偶膮cym teraz w ciemno艣ci magazynu 鈥 p艂贸cienna karta pami臋ci z rodzinnymi kronikami.

Te wspomnienia ju偶 nie parz膮, mo偶e jeszcze troch臋, tak jak wtedy, gdy trzymasz zmarzni臋te d艂onie nad ogniskiem, a kiedy robi si臋 gor膮co, odwracasz je na drug膮 stron臋. To wszystko jest moje, to wszystko ja.

15.

艢ni艂am o kobiecie, kt贸ra sprzedawa艂a owoce na targu w pobli偶u domu moich rodzic贸w w Miko艂ajowie. Zim膮 owija艂a si臋

we艂nianym szalikiem i nosi艂a czapk臋 z norek (moda lat 90. 鈥 jakie czasy, taki blask), przez co nazwa艂am j膮 Uchod藕czyni膮. Przydomek ten przyj膮艂 si臋 w ca艂ej rodzinie. Sk膮d masz te 艣liwki? Kupi艂am u Uchod藕czyni.

We 艣nie kobieta patrzy艂a na mnie zza lady. Zapyta艂a, kt贸ra z nas jest teraz uchod藕czyni膮.

Obudzi艂am si臋 we 艂zach.

16.

Wczoraj nauczycielka m艂odszego syna poprosi艂a mnie, 偶ebym przynios艂a mu na religi臋 鈥瀦eszyt w kropk臋鈥. Wyda艂am dyspozycj臋 dziadkom, pojechali do dw贸ch du偶ych market贸w, szukali bardzo dok艂adnie (鈥濼ato, za艂贸偶 okulary鈥), ale nie znale藕li. I w艂a艣nie kiedy o tym rozmawiali艣my, postanowi艂am to wygooglowa膰. 鈥瀂eszyt w kratk臋鈥 鈥 delikatnie poprawi艂a mnie wyszukiwarka. Czyli zwyk艂a krateczka. Rzeczywi艣cie, i jak tu si臋 nie zorientowa膰, 偶e 艂膮czenie kropek dotyczy艂o innego przedmiotu.

17.

Urodziny

Naprawd臋 chc臋 ta艅czy膰. Siedz臋 nad brzegiem Wis艂y, a w 艣rodku jestem wolna, o艣wietlona dziesi膮tkami stroboskop贸w i lamp ultrafioletowych 鈥 wolna.

Zamykam oczy i wyobra偶am sobie, 偶e moje 偶yczenie si臋 spe艂nia. Wszystko jest teraz w porz膮dku. Moja rodzina 偶yje i jest szcz臋艣liwa. Pola zazieleni艂y si臋 nowym 偶yciem. Przy ka偶dej okazji pami臋tamy o cenie, jak膮 musieli艣my zap艂aci膰. Przy ka偶dym u艣cisku.

Nie wiem, ile mam lat. Wiem tylko, ile mam w sobie muzyki, soli i mi艂o艣ci. Dok艂adnie tyle, ile jest we mnie kom贸rek.

Nie wiem, jak pozby膰 si臋 poczucia winy. Za to, 偶e wyjecha艂am, 偶e jestem uchod藕czyni膮, a nie dzieln膮 Ukraink膮 偶yj膮c膮 pod ostrza艂em. Wi臋c mieszkam z tym poczuciem, ale nie pozwalam mu dyrygowa膰. Tak, nie jestem najodwa偶niejsz膮 osob膮, ale bycie uchod藕czyni膮 daje mi si艂臋, by by膰 osob膮 u偶yteczn膮: dla moich dzieci, moich rodzic贸w, dla mojego kraju.

To, co wiem 鈥 i Bo偶e, jak mocne i odurzaj膮ce jest to uczucie 鈥 to to, 偶e jestem Ukraink膮. Moje dzieci dorastaj膮 jako Ukrai艅cy. A moi rodzice, rosyjskoj臋zyczni mieszka艅cy Doniecka , obudzili w sobie Ukrai艅c贸w. I to, 偶e naprawd臋 chc臋 ta艅czy膰.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy 艣rodowisko zaanga偶owane w walk臋 z podzia艂ami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzi臋ki Waszemu wsparciu!
Ko艣ci贸艂 i lewica si臋 wykluczaj膮?
Nie 鈥 w Kontakcie 艂膮czymy lewicow膮 wra偶liwo艣膰 z katolick膮 nauk膮 spo艂eczn膮.

I u偶ywamy plik贸w cookies. Dowiedz si臋 wi臋cej: Polityka prywatno艣ci. zamknij