fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Mlecz, skorupa, jagoda

Moja bezpieczna skorupa p臋k艂a i si臋 roztrzaska艂a. Id臋 dalej z moj膮 walizk膮 za r臋k臋. Pr贸buj臋 sobie przypomnie膰, co wczoraj do niej w艂o偶y艂am, ale nie mog臋. Cokolwiek to jest, jest teraz moim spadkiem.
Mlecz, skorupa, jagoda
ok艂adka ksi膮偶ki: Andrzej D臋bowski

Tekst oryginalnie napisany w j臋zyku bia艂oruskim.

Praca nades艂ana pod pseudonimem.

T艂umaczenie: Anastasiya Saiko.

 

Dwudziestego czwartego, kiedy wszystko si臋 zmieni艂o, ros艂y mlecze. Poczernia艂e przez zim臋, chyli艂y si臋 ku rzadkim o tej porze brudnym p艂atom 艣niegu. Wzd艂u偶 艂odyg charty przeczesywa艂y g臋st膮 traw臋 swoimi postrz臋pionymi z臋bami przypominaj膮cymi grzebienie. A zaj膮ce, z sercami bij膮cymi jak reaktory, ucieka艂y przed nimi jak pch艂y z w艂os贸w.

Ten sen widzia艂am ka偶dej nocy, a偶 pewnego razu obudzi艂am si臋 od d藕wi臋ku odleg艂ych wybuch贸w.

5:40

Napisa艂am mamie: 鈥濶ie martw si臋, 偶yjemy鈥 i dopiero wtedy zda艂am sobie spraw臋, 偶e to mo偶e by膰 prawdopodobnie najgorsze zdanie, je艣li chcesz kogo艣 uspokoi膰. 鈥濵amy wojn臋鈥. Mamy 鈥 to znaczy w Ukrainie, w Kijowie, tam gdzie Dniepr jest szeroki i rw膮cy. A moja matka jest jeden dzie艅 drogi na p贸艂noc ode mnie, po drugiej stronie Dniepru, tam, gdzie jako dzieci z 艂atwo艣ci膮 p艂ywali艣my po rzece i musieli艣my uwa偶a膰, aby nie zrani膰 n贸g w chaszczach. Moja matka jest tam, sk膮d nadlecia艂y rakiety.

Rozmawia艂am z ni膮 i chcia艂am wymiotowa膰 z przera偶enia. Zapyta艂a o co艣 jeszcze, a ja nie mog艂am odpowiedzie膰. Otworzy艂am tylko usta i prawie je wykr臋ci艂am na lew膮 stron臋 jak gumow膮 r臋kawiczk臋 przyklejon膮 do d艂oni. Siedzia艂am na pod艂odze. Wszyscy siedzieli艣my na pod艂odze. Opadali艣my na ziemi臋, szukaj膮c ukojenia od zm臋czenia i szoku (ci, kt贸rzy nie s艂yszeli pierwszych eksplozji i spali do 7:00, mieli szcz臋艣cie). Wewn臋trznie si臋 waha艂am, podejmuj膮c wa偶ne decyzje: zosta膰 czy wyjecha膰, razem czy osobno, na zach贸d czy na wsch贸d. Otworzyli艣my wszystkie okna i s艂uchali艣my syren. Wzywa艂y nas jak ich mityczne siostry.

16:00

Nie mog艂am d艂u偶ej czeka膰, spakowa艂am walizk臋 i wyjecha艂am. 600 kilometr贸w od drzwi mieszkania do polskiej granicy. Kierowca taks贸wki powiedzia艂: 鈥50 na 50, 偶e dojedziemy 偶ywi. Zgadzacie si臋?鈥. Zgodzili艣my si臋.

18:40

W samochodzie by艂o nas pi臋cioro. Za kierownic膮 Wowa z 艁uga艅ska, obok niego jego m艂odszy brat 鈥 Piotr, kt贸ry w艂a艣nie sko艅czy艂 18 lat 鈥 ju偶 nie wyjedzie. Z ty艂u trzech Bia艂orusin贸w.

鈥 Dobrze, 偶e zd膮偶yli艣cie na czas. M贸wi膮, 偶e w nocy w Kijowie b臋dzie piek艂o. Widzicie jaka kolejka na stacji? Co zrobi膰, poczekamy. Cholera wie, gdzie wzi膮膰 paliwo dalej. Teraz dawajcie pieni膮dze.

鈥 A potem nas nie wyrzucicie na polu?

Wowa si臋 u艣miechn膮艂.

鈥 Dobrze, zalejmy po艂ow臋 baku. A drug膮 po艂ow臋, jak dojedziemy.

Ruszyli艣my w kierunku 呕ytomierza. W samochodzie jest ciep艂o i przytulnie jak w bezpiecznej skorupie.

鈥 Co to za czerwony kolor, o tam?

Na mapie nad nami 鈥 Hostomel, Bucza i Irpie艅. Ale jeszcze nie znamy tych nazw.

鈥 Na trasie utworzy艂 si臋 korek. Wszystko stoi.

19:10

Do艂膮czamy do ogona d艂ugiego czerwonookiego w臋偶a i szybko zostajemy otoczeni innymi samochodami ze wszystkich stron. Co艣 wybucha bardzo blisko.

鈥 Jego ma膰! By艂o g艂o艣no!

Najwa偶niejsze to nie opuszcza膰 tego ma艂ego ruchomego schronienia. Patrz臋 na 艣wiat艂a przed samochodem i nie mog臋 oderwa膰 wzroku, a kiedy decyduj臋 si臋 sprawdzi膰 telefon, zdaj臋 sobie spraw臋, 偶e min臋艂y ju偶 dwie godziny.

21:00

Ko艅cz膮 si臋 barierki, otwieraj膮c drog臋 na przeciwleg艂e pasy.

鈥 Zapnij pasy, pojedziemy teraz pod pr膮d. W przeciwnym razie zginiemy, stoj膮c tutaj 鈥 rze艣ko obwieszcza Wowa i dynamicznie skr臋ca w lewo. Najwa偶niejsze, aby si臋 porusza膰. Od czasu do czasu mijaj膮 nas szybkie ci臋偶ar贸wki w zielonym kamufla偶u. Wtedy Wowa delikatnie skr臋ca. Z zaro艣li wy艂ania si臋 czo艂g. Jego lufa nie jest zwr贸cona w stron臋 Kijowa, co wydaje mi si臋 dziwne. Czy偶by czekali na co艣 stamt膮d? Tu i 贸wdzie, wzd艂u偶 drogi, le偶膮 spalone wraki samochod贸w 鈥 skorupy 偶贸艂wi. Niekt贸rzy nigdy nie dotarli do bezpieczniejszego miejsca. Piotr patrzy na kolejne wraki samochod贸w i nagle podskakuje, zauwa偶aj膮c cia艂o.

鈥 Tam jest cz艂owiek! Musimy si臋 zatrzyma膰, co艣 zrobi膰!

鈥 Nie鈥 -nie -nie! Jedziemy dalej!

Czy to by艂 m贸j g艂os? To tak, jakby radio uleg艂o awarii i wypowiedzia艂o co艣, czego nigdy nie spodziewa艂am si臋 us艂ysze膰. Spogl膮dam w tym samym kierunku co Piotr, ale nic nie widz臋.

Przez d艂ugi czas jedziemy w milczeniu.

1:30

鈥 W R贸wnem ma miejsce nalot.

鈥 Czyli pojedziemy przez Chmielnicki.

鈥 Aha…

鈥 W pobli偶u znajduje si臋 r贸wnie偶 Iwano鈥慒rankiwsk. Byli艣cie tam kiedy艣?

鈥 Nie.

鈥 Gdyby艣my mieli czas, zrobiliby艣my ma艂y objazd, m贸g艂bym wam wszystko pokaza膰. Tam jest tak pi臋knie, o matko, zupe艂nie inaczej… Moja 偶ona stamt膮d pochodzi.

Nikt nie odpowiada Wowie.

鈥 C贸偶, spr贸bujcie si臋 przespa膰.

Boj臋 si臋 spa膰. Boj臋 si臋 umrze膰 we 艣nie. Nie mam odwagi nawet mrugn膮膰, 偶eby niczego nie przegapi膰. Boj臋 si臋 nie zareagowa膰, nie wyskoczy膰 z samochodu, gdy b臋dzie to konieczne, aby nie wpa艣膰 do zamarzni臋tego rowu, nie krzykn膮膰. Boj臋 si臋, 偶e nic nie zrozumiem. Jeste艣my ju偶 na zachodzie Ukrainy. Nie potrafi臋 odr贸偶ni膰 rakiety od d藕wi臋ku silnika. A jednak obserwuj臋 ka偶de 藕r贸d艂o 艣wiat艂a na horyzoncie. Po co mi ta ca艂a wiedza?

Za oknem nie wida膰 ani jednej gwiazdy. Jakby艣my byli pogr膮偶eni w naftowej brei. Tylko bia艂a linia na drodze oddzielaj膮ca pasy ruchu, nawijaj膮ca si臋 na nasze lewe ko艂a jak szpula, wskazuje, 偶e wci膮偶 si臋 poruszamy.

5:50

W szkole uczyli nas: w艂贸偶 szpulk臋 do jej cz贸艂enka, przeci膮gnij nitk臋 przez szczelin臋 i przez oczko ig艂y, w艂贸偶 cz贸艂enko do 艣rodka maszyny do szycia, przeci膮gnij nitk臋 przez ig艂臋 od strony d艂ugiego rowka. Dobrze. Teraz delikatnie naci艣nij peda艂…

Bia艂a linia zaczyna zwija膰 si臋 mi臋dzy ko艂ami, a偶 ca艂kowicie zniknie. Ni膰 p臋ka.

鈥 Wowa, hamuj 鈥 krzyczy m艂odszy brat. Cholera, czy ty zasn膮艂e艣?

鈥 Wszystko w porz膮dku.

鈥 Pozw贸l mi prowadzi膰.

鈥 Ja ci臋 zaraz poprowadz臋! Co obieca艂e艣 ciotce? 呕e to ja b臋d臋 prowadzi艂. A ty jeste艣 tu, 偶eby opowiada膰 mi historie. No dalej, powiedz co艣, 偶ebym nie zasn膮艂.

Piotr przytakuje.

鈥 Kiedy dojedziemy do stacji benzynowej, napijemy si臋 kawy. I tak ca艂膮 noc za k贸艂kiem. Nied艂ugo zacznie si臋 robi膰 jasno 鈥 Wowa odwraca si臋 do nas 鈥 Chcecie co艣 do jedzenia?

My艣li o jedzeniu sprawiaj膮, 偶e chce mi si臋 wymiotowa膰.

鈥 Nie, dzi臋kuj臋.

鈥 Mo偶e skorzysta膰 z toalety?

鈥 Nie.

鈥 No c贸偶.

7:00

Kiedy si臋 zatrzymali艣my, s艂o艅ce ju偶 wschodzi艂o i ca艂a stacja benzynowa by艂a sk膮pana w jego mi臋kkich, czerwonych promieniach. Ludzie wysiadali z samochod贸w i rozci膮gali si臋, rozlu藕niaj膮c plecy i nogi. Do Lwowa pozosta艂o jakie艣 p贸艂 godziny.

Niedaleko przesz艂a kobieta, kt贸rej drobne kroki przypomina艂y mi moj膮 matk臋. Kiedy by艂am ma艂a, je藕dzili艣my z ni膮 na czernihowski targ po tanie ubrania. Wyrusza艂y艣my w nocy 鈥 wtedy udawa艂o nam si臋 przejecha膰 przez po艂ow臋 obwodu homelskiego i przekroczy膰 granic臋 przed 艣witem. Spa艂am na tylnych siedzeniach, wyci膮gni臋ta na ca艂ej d艂ugo艣ci, dop贸ki Stra偶 Graniczna nie budzi艂a mnie, by sprawdzi膰 zdj臋cia w moim dokumencie. Po ukrai艅skiej stronie zatrzymywa艂y艣my si臋 na najbli偶szej stacji benzynowej, a mama pozwala艂a mi wypi膰 p贸艂 kubka s艂odkiej, mlecznej kawy ze swojego termosu, poniewa偶 czeka艂 nas d艂ugi dzie艅.

鈥 To co, jedziemy? 鈥 Wowa poda艂 bratu gor膮cy kubek i, nie czekaj膮c na odpowied藕, uruchomi艂 silnik.

Nie jechali艣my d艂ugo. Byli艣my zaledwie oko艂o pi臋tnastu kilometr贸w od granicy, kiedy nasz samoch贸d zatrzyma艂 si臋 ponownie, staj膮c na ko艅cu d艂ugiego korka. Wowa wysiad艂, aby zapyta膰 o co艣 kierowc贸w przed nami, i wkr贸tce wr贸ci艂.

鈥 Wszystko stoi w miejscu. W ci膮gu ostatnich trzech godzin przesun臋li艣my si臋 o metr. Wybacz mi, ale nie pojad臋 dalej. Kolejne dwa dni stania tutaj? Dlaczego? Nie, nie mog臋 tego zrobi膰. Musimy zawr贸ci膰 do Lwowa i troch臋 odpocz膮膰.

Wymienili艣my spojrzenia.

鈥 W porz膮dku, nic nie szkodzi! 鈥 powiedzia艂 kt贸ry艣 z moich towarzyszy podr贸偶y (ja nigdy bym tego nie powiedzia艂a), a to zadanie sta艂o si臋 wyzwaniem dla wszystkich pozosta艂ych.

Uregulowali艣my rachunek i wysiedli艣my z samochodu, wcze艣niej zak艂adaj膮c ciep艂e ubrania.

鈥 Do widzenia!

8:20

Moja bezpieczna skorupa p臋k艂a i si臋 roztrzaska艂a. Id臋 dalej. Pi臋tna艣cie kilometr贸w do granicy. Kto tak powiedzia艂? Czy mo偶na przej艣膰 pi臋tna艣cie kilometr贸w w jeden dzie艅? Id臋 z moj膮 walizk膮 za r臋k臋. Pr贸buj臋 sobie przypomnie膰, co wczoraj do niej w艂o偶y艂am, ale nie mog臋. Cokolwiek to jest, jest teraz moim spadkiem.

12:10

Przez godziny patrz臋 na te same plecy. Mog臋 patrze膰 tylko w prz贸d i pod nogi, jakby przez lunet臋, wi臋c mam czas, aby dok艂adnie nauczy膰 si臋 tych plec贸w. Czasami wyprzedzam je i sama zamieniam si臋 w plecy, na kt贸re one patrz膮 z takim samym uporem. Dopiero teraz zdaj臋 sobie spraw臋, 偶e nie ma w艣r贸d nas m臋偶czyzn. Kobiety id膮 z matkami i te艣ciowymi. Matka trzyma za r臋k臋 ma艂膮 dziewczynk臋. Starsza pani ci膮gnie wielk膮 torb臋, u偶alaj膮c si臋 nad swoim nastoletnim wnukiem. Starsze dzieci wydaj膮 si臋 jeszcze bardziej oszo艂omione ni偶 te m艂odsze. Wszyscy wygl膮daj膮 na bardzo skupionych, nikt nic nie m贸wi. S艂ycha膰 tylko ciche, ci膮g艂e dudnienie. Niebo zasnute jest chmurami, a ja nie mog臋 oprze膰 si臋 wra偶eniu, 偶e nad nami leci niewidzialny samolot. Czy min臋艂o ju偶 tyle godzin? Nie martw si臋, to tylko stukot k贸艂 na asfalcie. Zrozumiem to dopiero p贸藕niej, gdy znajd臋 si臋 w bezpiecznym miejscu i por贸wnam ten d藕wi臋k z odg艂osem tocz膮cych si臋 walizek turyst贸w odbijaj膮cych si臋 echem na brukowanych ulicach Gda艅ska.

17:50

Zacz臋艂o si臋 艣ciemnia膰, kiedy zn贸w musieli艣my si臋 zatrzyma膰. Plecy przypadkowych wsp贸艂towarzyszy podr贸偶y zla艂y si臋 w jedn膮 ogromn膮 mas臋, kt贸ra zablokowa艂a drog臋 do wysokiego ogrodzenia granicznego. Jak zabawki z klock贸w Lego, wszyscy zamienili艣my si臋 tutaj w jeden zestaw o nazwie 鈥 鈥瀍migrant鈥. Min臋艂o kilka miesi臋cy, odk膮d musia艂am opu艣ci膰 sw贸j kraj, ale dopiero teraz poczu艂am, 偶e to s艂owo odnosi si臋 r贸wnie偶 do mnie.

19:00

Stali艣my. W t艂umie pod p艂otem by艂o znacznie wi臋cej m臋偶czyzn ni偶 wcze艣niej. Ich opalone, po艂udniowe twarze nie wyra偶a艂y niczego. Zamiast walizek ci膮gn臋li swoje przypadkowo spakowane bogactwa w jaskrawych, kubicznych plecakach z logo dostawcy jedzenia. M臋偶czy藕ni g艂o艣no rozmawiali i przepychali si臋, pr贸buj膮c szturmowa膰 granic臋. Kobiety cofn臋艂y si臋 i mocniej trzyma艂y swoje dzieci za r臋ce. Pr贸bowa艂am prze膰 naprz贸d, nie puszczaj膮c walizki, ale nie uda艂o mi si臋 to i tylko bardziej ugrz臋z艂am w t艂umie.

21:30

Zza ogrodzenia wyszed艂 kordon stra偶nik贸w: 鈥瀔obiety z niemowl臋tami maj膮 stworzy膰 osobn膮 kolejk臋鈥 鈥 zdecydowali. T艂um rzuci艂 si臋 w stron臋 bramy, chc膮c si臋 przez ni膮 prze艣lizgn膮膰. Rozleg艂y si臋 strza艂y. Wybuch艂a panika, ludzie zacz臋li si臋 cofa膰, a ja razem z nimi. Kr膮偶y艂a plotka, 偶e kto艣 zosta艂 stratowany. Trzyma艂am si臋 swojej walizki jak ko艂a ratunkowego i przypomnia艂am sobie opowie艣ci rodzic贸w o t艂umie na stacji metra Niamiha w Mi艅sku w 1999 roku. Ten stra偶nik graniczny by艂 w tym samym wieku, co pi臋膰dziesi膮t trzy osoby, kt贸re zgin臋艂y wtedy w w膮skim przej艣ciu podziemnym. Nastolatkowie 鈥 wi臋kszo艣膰 z nich nie mia艂a nawet dwudziestu lat.

Przestraszony t艂um cofn膮艂 mnie o jakie艣 dwadzie艣cia metr贸w od miejsca, w kt贸rym sta艂am wcze艣niej 鈥 czyli o tyle, o ile przesun臋艂am si臋 przez poprzednie trzy godziny.

0:00

Rozpocz膮艂 si臋 trzeci dzie艅 wojny i trzeci dzie艅 mojej ucieczki. Trzeci dzie艅 bez snu i jedzenia, kt贸re moje cia艂o odrzuci艂o jako niepotrzebne do przetrwania. W plecaku trzyma艂am ma艂膮 butelk臋 wody, zmuszaj膮c si臋 do picia co najmniej 艂yka co godzin臋. Tak odmierza艂am czas.

1:00

2:10

3…

Brak snu zamieni艂 wszystko w dziwn膮 halucynacj臋. Sta艂am otoczona lud藕mi, opieraj膮c si臋 o swoje rzeczy, i 偶a艂owa艂am, 偶e nie mam kolan jak ko艅, na kt贸rych mog艂abym si臋 oprze膰. W moich b艂膮dz膮cych w t艂umie my艣lach wydawa艂o mi si臋, 偶e wszyscy stoimy na 艣wie偶o zaoranym polu. Mo偶e jednak spa艂am w tym momencie?

7:00

O 艣wicie Stra偶 Graniczna zmieni艂a wart臋 i bramy zosta艂y ponownie otwarte.

鈥濳obiety i dzieci! Cofn膮膰 si臋! Powiedzia艂em, tylko kobiety i dzieci!鈥.

T艂um zn贸w ruszy艂, bezw艂adnie i uporczywie. Po kilku minutach znalaz艂am si臋 w pobli偶u upragnionej bramy. Krucha, z zardzewia艂ymi zawiasami, wydawa艂a si臋 prawdziwymi wrotami do raju, pozwoleniem na 偶ycie dla wybranych. Obok, na drucie kolczastym, porzucone brudne zimowe kurtki 鈥 kto艣 przechodzi艂 w nocy.

7:10

Nieznana kobieta poci膮gn臋艂a mnie za r臋kaw, by膰 mo偶e myl膮c mnie z kim艣 innym, i zosta艂y艣my razem wyrzucone na drug膮 stron臋 ogrodzenia. Zamiast w raju, znalaz艂y艣my si臋 jakby w d艂ugim jelicie, otoczonym drutem i wype艂nionym lud藕mi. Aby dosta膰 si臋 do innej kolejki, musia艂am przej艣膰 przez zniszczone walizki, brudne pieluchy i butelki z moczem. Bramka za mn膮 zamkn臋艂a si臋.

Niekt贸rzy m臋偶czy藕ni, ignoruj膮c Stra偶 Graniczn膮, r贸wnie偶 zdo艂ali w艂ama膰 si臋 na drug膮 stron臋 ogrodzenia Teraz w 艣rodku by艂o prawie tyle samo m臋偶czyzn, co kobiet z dzie膰mi. Inni m臋偶czy藕ni nie zrezygnowali z pr贸by sforsowania bramy i przedostania si臋 na t臋 stron臋. Rozleg艂 si臋 kolejny strza艂. Tym razem nikt si臋 nie cofn膮艂.

Jak jeden stra偶nik graniczny mo偶e pokona膰 tysi膮c ludzi uciekaj膮cych przed wojn膮, by膰 mo偶e nie pierwszy raz? A je艣li si臋 tu przedr膮? Zacznie si臋 najazd, b臋d膮 przyciska膰 kobiety do drutu kolczastego i nawet nie zauwa偶膮 艣pi膮cych dzieci pod stopami. Przenios艂am si臋 do odleg艂ego k膮ta, jak najdalej od bramy, kt贸ra teraz wydawa艂a si臋 by膰 藕r贸d艂em niebezpiecze艅stwa, i tam czeka艂am.

8:00

Z t艂umu wyst膮pi艂a wysoka, szczup艂a kobieta i g艂o艣no zwr贸ci艂a si臋 do ludzi, wzywaj膮c ich do ponownego uformowania szeregu i nieprzepychania si臋. Wkr贸tce podesz艂a do niej bardzo m艂oda dziewczyna, kt贸ra trzyma艂a si臋 za brzuch, i zapyta艂a j膮 o co艣.

鈥 Niech pani idzie do przodu. Tylko nie za daleko, bo tam pani膮 zmia偶d偶膮 鈥 ostrzeg艂a chuda kobieta 鈥 Przepu艣cie, prosz臋, kobiet臋 w ci膮偶y.

Do kobiety, kt贸ra pomog艂a kobiecie w ci膮偶y, zacz臋艂y podchodzi膰 kolejne osoby. Niekt贸rzy, by pom贸c, inni, by prosi膰 o pomoc. Szybko trzy kobiety z przodu kolejki utworzy艂y zaimprowizowany komitet organizacyjny.

9:20

Obok nich, pr臋dko posuwaj膮c si臋 naprz贸d, przeszed艂 ma艂y m臋偶czyzna. 鈥濻zefowa komitetu鈥, ta chuda kobieta, pr贸bowa艂a go zatrzyma膰 i grzecznie poprosi艂a go 艂aman膮 angielszczyzn膮, aby przeszed艂 na koniec kolejki i przepu艣ci艂 kobiety z ma艂ymi dzie膰mi. M臋偶czyzna zachowywa艂 si臋 tak, jakby jej nie s艂ysza艂, ale kiedy kobieta ponownie stan臋艂a przed nim, nagle, ale jakby troch臋 niepewnie, uderzy艂 j膮 w skro艅. Chuda kobieta upad艂a na ziemi臋, zakrywaj膮c twarz r臋kami. Inne kobiety rzuci艂y si臋 jej na pomoc, a m臋偶czyzna szybko znikn膮艂 w t艂umie.

Nigdy wcze艣niej nie by艂am 艣wiadkiem przemocy z tak bliska. Nie rozumiej膮c niczego w tym momencie, m贸j m贸zg zarejestrowa艂 to jak klip wideo i potem odtwarza艂 mi go raz za razem. Czy ta kobieta stan臋艂aby mu na drodze, gdyby wiedzia艂a, co si臋 za chwil臋 stanie? I kto stan膮艂by w jej obronie w tym korytarzu?

Pomimo tego incydentu, dwie r贸wnoleg艂e kolejki zosta艂y w ko艅cu uporz膮dkowane i porusza艂y si臋 powoli, cho膰 nikt nie wiedzia艂, dok膮d prowadz膮. Ich pocz膮tek by艂 ukryty za dwiema wysokimi, roz艂o偶ystymi jod艂ami.

14:30

Stopniowo posuwaj膮c si臋 naprz贸d, okr膮偶yli艣my drzewa i w ko艅cu zobaczy艂am ma艂y parterowy budynek, szop臋, punkt kontrolny. Czasami poch艂ania艂 jedn膮 lub dwie kobiety z torbami z przodu kolejki, a z s膮siednich drzwi wychodzili m臋偶czy藕ni w cywilnych ubraniach. Nie od razu zrozumia艂am, sk膮d si臋 wzi臋li. Nie by艂o ich w艣r贸d naszego t艂umu. M臋偶czy藕ni nie艣li du偶e torby z dobytkiem i prowiantem. Kiedy czeka艂y艣my w naszej kolejce, aby opu艣ci膰 Ukrain臋, oni wracali z zagranicy, aby uda膰 si臋 na front.

Jeden z m臋偶czyzn przeszed艂 obok mnie za ogrodzenie, ale potem wr贸ci艂 z kilkoma paczkami pieluch, wod膮 i jedzeniem dla niemowl膮t.

鈥 Prosz臋, niech pani to rozda 鈥 powiedzia艂 kr贸tko i zacz膮艂 przekazywa膰 przedmioty na nasz膮 stron臋.

Wr臋czy艂am s艂oik z jedzeniem kobiecie z ma艂ym synkiem stoj膮cej nieopodal i zapyta艂am, czy jest tu toaleta.

鈥 Chyba trzeba przej艣膰 z powrotem za bram臋, tam maj膮 jakie艣 schronisko z WC na parterze. Ale czy potem pozwol膮 ci wr贸ci膰, tego nie wiem.

Przypomnia艂am sobie okropne wrota, z kt贸rych niecierpliwy szum i krzyki wci膮偶 odbija艂y si臋 echem, i pozosta艂am na miejscu.

鈥 Chcesz sika膰? No to 艣mia艂o.

鈥 Tutaj?

鈥 Tak, os艂oni臋 ci臋, nie ma si臋 czym martwi膰.

Kobieta zdj臋艂a szalik i os艂oni艂a mnie od t艂umu na wysoko艣ci pasa. Nerwowo 艣ci膮gn臋艂am d偶insy i zimowe rajstopy, przykucn臋艂am plecami do p艂otu, pokazuj膮c ty艂ek ca艂ej polskiej stronie, i d艂ugo sika艂am, staraj膮c si臋 nie podnosi膰 oczu.

鈥 No i prosz臋, inaczej by艣 cierpia艂a. Nigdy nie nale偶y ba膰 si臋 trud贸w, p贸藕niej b臋dzie tylko gorzej. Sk膮d jeste艣?

鈥 Z Bia艂orusi.

16:00

Kolejka ruszy艂a i szybko dotarli艣my na jej czo艂o. Przed nami zosta艂y trzy lub cztery osoby, gdy z budynku punktu kontrolnego us艂ysza艂y艣my dono艣ne krzyki. M臋ski g艂os domaga艂 si臋 czego艣 stanowczo, a kobieta odpowiada艂a krzykami. Stopniowo do艂膮cza艂y do nich inne g艂osy, ale trudno by艂o rozr贸偶ni膰 s艂owa.

鈥 Dobry Bo偶e, co si臋 tam dzieje?

Jeszcze nie zna艂am odpowiedzi na to pytanie.

Czasami konflikt si臋 uspokaja艂, ale potem wybucha艂 jeszcze mocniej. Min臋艂a godzina, potem kolejna, a d藕wi臋ki zmieni艂y si臋 w odg艂osy awantury i t艂uczonego szk艂a. Drzwi hukn臋艂y, co艣 ci臋偶kiego spad艂o na pod艂og臋. Stra偶nicy graniczni z broni膮 ostro偶nie weszli do budynku, ale wkr贸tce wyszli, wygl膮daj膮c na zdezorientowanych. Za nimi wyszed艂 m臋偶czyzna w mundurze, krzykn膮艂 do t艂umu, aby ten cofn膮艂 si臋 o trzy kroki. Nast臋pnie zacz膮艂 rozwija膰 ta艣m臋 mi臋dzy metalowymi s艂upami, odgradzaj膮c ludzi od wej艣cia. Ci, kt贸rzy stali bli偶ej, pytali, co si臋 sta艂o i kiedy zaczn膮 przepuszcza膰 ludzi, ale m臋偶czyzna w milczeniu kontynuowa艂 swoj膮 prac臋. Napi臋cie trwa艂o godzin臋, potem kolejn膮, a偶 w ko艅cu samo opad艂o. Godzin臋 p贸藕niej drzwi punktu kontrolnego ponownie si臋 otworzy艂y.

20:00

Nie艣mia艂o wesz艂am do budynku wraz z kilkoma innymi osobami. W 艣rodku by艂o ciemno, po艂owa lamp nie dzia艂a艂a. Pracownicy siedzieli w kabinach wy艂o偶onych bia艂ymi plastikowymi panelami, jakby nic si臋 nie sta艂o. Jedno okno by艂o zas艂oni臋te arkuszem sklejki. W rogu, spi臋trzone razem, sta艂y biurka. Na jednym z nich, z nogami w g贸rze, le偶a艂a ciemnosk贸ra kobieta. Spod rozpi臋tej granatowej kurtki wystawa艂 du偶y brzuch. Czy mia艂a jaki艣 zwi膮zek z zamieszaniem, kt贸re mia艂o tu miejsce? Dwie kobiety w mundurach stan臋艂y obok niej, szybko podpieraj膮c jej plecy i delikatnie naciskaj膮c na brzuch, jakby chcia艂y wycisn膮膰 tward膮, niedojrza艂膮 jagod臋. Migrantka rodzi艂a tutaj, zaledwie dwie艣cie metr贸w od granicy z Uni膮 Europejsk膮, ale tego procesu nie da艂o si臋 ju偶 zatrzyma膰.

艁zy nap艂yn臋艂y mi do oczu. Przypomnia艂am sobie dom moich rodzic贸w, w kt贸rym po艣r贸d du偶ego ogrodu r贸s艂 jeden krzak jagody, z kt贸rego tylko ja zrywa艂am i zjada艂am owoce gar艣ciami. Uwielbia艂am ten s艂odko鈥 -gorzki smak mojej dzieci臋cej samotno艣ci. Zrywaj膮c jagody 鈥 jedna po drugiej, przygl膮da艂am si臋 ich niebieskawo鈥 -czarnym sk贸rkom, po czym wrzuca艂am je wszystkie naraz do ust. Zastanawiam si臋, czy ten krzak wci膮偶 ro艣nie w tym samym miejscu.

鈥 Rusza膰 si臋! Nie widzisz, 偶e dzieje si臋 tu dramat 鈥 stra偶nik machn膮艂 r臋k膮, kieruj膮c mnie w stron臋 okienka kontroli dokument贸w.

Podesz艂am do bia艂ej plastikowej budki i poda艂am paszport przez szczelin臋. Zm臋czona kobieta podnios艂a wzrok znad biurka i spojrza艂a na mnie. Na jej twarzy pojawi艂 si臋 dziwny, krzywy u艣miech, jakby bola艂y j膮 z臋by.

鈥 Czy pani nie pomyli艂a granicy? 鈥 zapyta艂a, rzucaj膮c mi kr贸tkie spojrzenie.

Nie odpowiedzia艂am. Przerzuci艂a strony, podbi艂a piecz膮tk臋 i w milczeniu odda艂a mi paszport.

20:10

Odebra艂am swoje dokumenty i wysz艂am z budynku z drugiej strony.

Czym r贸偶ni si臋 艣wiat po obu stronach ogrodzenia? Nie wiem. Ale ostatnio kupi艂am pude艂ko jag贸d w lokalnym supermarkecie i okaza艂o si臋, 偶e tutaj s膮 s艂odkie. Wygl膮daj膮 tak samo, s膮 niebiesko鈥 -czarne, ale smakuj膮 prawie jak bor贸wki. I teraz, z jakiego艣 powodu, nie chc臋 ju偶 ich je艣膰 gar艣ciami.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy 艣rodowisko zaanga偶owane w walk臋 z podzia艂ami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzi臋ki Waszemu wsparciu!
Ko艣ci贸艂 i lewica si臋 wykluczaj膮?
Nie 鈥 w Kontakcie 艂膮czymy lewicow膮 wra偶liwo艣膰 z katolick膮 nauk膮 spo艂eczn膮.

I u偶ywamy plik贸w cookies. Dowiedz si臋 wi臋cej: Polityka prywatno艣ci. zamknij