fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Bal debiutantek, na który nikt ich nie zaprosił

Badania alarmują: młodzi nie chcą głosować! Urodzili się za pierwszego PiS, szkoła po reformach okazała się przemocowa, do tego izolacja w czasie pandemii, niezauważana przez politykę katastrofa polityczna. Skoro państwo pokazało, że o nich nie dba, czemu oni mają dbać o państwo?
Bal debiutantek, na który nikt ich nie zaprosił
ilustr.: Paulina Radoń

Niemal półtora miliona obywatelek i obywateli 15 października ma prawo przystąpić do pierwszych w swym życiu wyborów parlamentarnych. Czy skorzystają? Badanie „Debiutanci ‘23” mówi, że pewny udział zadeklarowało zaledwie 43 proc. z nich. Do tego 25 proc. deklaruje, że „raczej” pójdzie do wyborów, jednak twórcy raportu radzą poskromić nadzieje dotyczące wysokiej frekwencji wśród młodych.

W grupie zdecydowanych ośmioma p.p. przeważają mężczyźni. Częściej deklarują udział w wyborach mieszkańcy miast, absolwenci liceów i studenci– tu różnica wobec mieszkańców mniejszych miejscowości oraz uczniów techników i zawodówek jest bardzo wyraźna, aż 21 p.p. Częściej zagłosują też osoby zainteresowane sprawami środowiska.

W grupie niezdecydowanych przeważają kobiety. Dlaczego nie chcą głosować? Najczęściej podawana przez nie odpowiedź brzmi „to nie ma sensu, bo politycy nie spełniają swoich obietnic wyborczych” – 38 proc. Druga odpowiedź to „nie interesuję się polityką”, trzecia – „nie ma takiej partii, którą mogłabym poprzeć”.

Debiutanci rozważają wybór Trzeciej Drogi, KO, Lewicy i Konfederacji. Najmniejszą popularnością w tej grupie cieszy się PiS. Alarmująca była popularność Konfederacji, jednak trzeba wziąć poprawkę, że raport opublikowano w czerwcu na podstawie przeprowadzonych jeszcze wcześniej badań, a to wiosną sondaże Konfederacji urosły, żeby potem spadać późnym latem i jesienią, kiedy wyborcy dowiadywali się, że obok nośnego hasła obniżenia podatków, Konfederacja ma też i inne postulaty: więzienie za aborcję, bicie dzieci, pogarda dla praw człowieka, prorosyjskie sympatie.

Maciek Możański i Hubert Walczyński z Magazynu Kontakt widzą w tym zauroczeniu Konfederacją efekt porządnie przyswojonego nadwiślańskiego liberalizmu, przenikającego z otoczenia, w którym królują wartości i przekonania, takie jak indywidualizm, wiara w wolny rynek, odpowiedzialność za własny sukces i własną porażkę, zastąpienie obywatela konsumentem i generalna niechęć do polityki, która w wizji końca historii, miała być w zasadzie pozorem, bo neoliberalny dogmat miał być podzielany niemal przez wszystkich aktorów sceny politycznej. Do żadnego prawdziwego ucierania interesów rozmaitych grup społecznych w tej wizji miało już nie dochodzić, bo i miało nie być już tych grup, ani klas, tylko samodzielne jednostki, korzystające albo nie z otwartego świata.

Jednak ta wizja świata na oczach młodych zaczęła się rozpadać. Okazało się, że odpowiedzi neoliberalne dają władzę populistom, którzy udowadniają, że polityka może dotknąć każdego aspektu życia.

Brak marchewki czy brak narzędzi?

Do obrazu rozpadu wyobrażeń o świecie dodać trzeba wiszącą nad wszystkim katastrofę klimatyczną. Trudno się dziwić, że więcej w debiutantach lęku niż nadziei, mimo że urodzili się w Europie otwartych granic, pełnych półek i ukwieconych rond. Ten lęk i brak nadziei przekłada się na apatię, apolityczność, troskę o zdrowie, zdrowie psychiczne i chęć ukrycia się w gronie rodziny i znajomych. Nie ma nadziei, ale wydaje mi się, że nie ma też narzędzi do uprawiania polityki, a nie tylko wyobrażenia o niej jako polu ucierania interesów.

Bo obok ogólnej atmosfery są jeszcze bardzo konkretne doświadczenia tej grupy. Urodzili się za czasów pierwszych rządów PiS, do szkoły poszli, przynajmniej część z nich, jako sześciolatki w wyniku reformy planowanej przez PO, która została przerwana i zastąpiona reformami czy też deformami ministry Zalewskiej, Piontkowskiego i Czarnka.

Usłyszeli, że są „straconym pokoleniem” i że rząd jest pogodzony z tą stratą. Ich tornistry stały się cięższe, klasy przepełnione, nauczyciele najpierw zdenerwowani, potem zirytowani, nauki było dużo, trwała długo, po nich był czas na korepetycje, jeśli pozwalał na to portfel rodzica, a potem prace domowe do późnych godzin wieczornych. Pierwsza instytucja państwowa, z którą się zetknęli, okazała się przemocowa, nieczuła, bezwzględna.

Do tego doszły obserwacje: porażki strajku nauczycieli, nieskuteczne demonstracje społeczeństwa obywatelskiego przeciw zamachom na demokrację. Uczennice i uczniowie zobaczyli niemoc dorosłych i poczuły swoją słabość wobec władzy. Państwo pokazało uczniom: mamy was w dupie, na co dość zrozumiałą odpowiedzią może być: my was też, ale przynajmniej zostawcie nam pieniądze, to jakoś będziemy sobie radzić.

Ani narzędzi ani reprezentacji

Do tego widać problem z reprezentacją polityczną tej grupy. Konflikt polityczny i polaryzacja doprowadziły między innymi do zabetonowania sceny politycznej. Często powtarzany cytat z raportu „Debiutanci ’23” brzmi: „Rządzą nami dziady wybierane przez dziadów”. Do walki o najwyższe stanowiska stają panowie około siedemdziesiątki Za młodych uważają się Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak Kamysz. Zandberg był młody w 2015 roku.

Na czele Lewicy, która, oprócz punktu pierwszego na liście potrzeb młodych, czyli obniżenia podatków, ma w programie całą resztę z czołowych postulatów debiutantek – transport, mieszkania, czas pracy, poziom życia, środowisko – stoją trzej siwawi panowie i Magdalena Biejat – jedyna współprzewodnicząca, która jednak jeszcze się nie opatrzyła, a jej formalnej funkcji nie potwierdza agora medialna, czego dobitnym przykładem był Marsz Miliona Serc.

Mniejsze zaangażowanie polityczne młodych kobiet w stosunku do młodych mężczyzn zwłaszcza po doświadczeniu protestów kobiet po wyroku Trybunału Konstytucyjnego pokazuje porażkę partii demokratycznych, które nie zdołały zbudować dla tej grupy atrakcyjnej reprezentacji jej interesów.

I teraz te same partie w przeddzień wyborów apelują do kobiet, by się zaangażowały. To przypomina bal debiutantek na tonącym Titaniku, na który w dodatku same się muszą wedrzeć, bo nikt ich nie zaprasza.

Czy większa aktywność polityczna mężczyzn w tej grupie, mimo ogólnie większej postępowości kobiet, może wynikać z istnienia atrakcyjnej reprezentacji? W raporcie czytamy: „Młodzi ludzie, od dzieciństwa dorastający w napięciu politycznego starcia pomiędzy PO i PiS, starają się wyłączyć tę częstotliwość, która jest odpowiedzialna za słyszenie polityków. Nie wierzą w spełnienie obietnic wyborczych przez polityków. Są przytłoczeni poziomem dyskusji publicznej”.

Gdzie byli rodzice?

Do tego i kobiety, i mężczyźni z tej grupy spotykają się z oczekiwaniami i krytyką starszych: czemu tak mało młodych wychodzi na ulice? Czy nie obchodzi ich wolność i demokracja?

No cóż. A czy starsi wyszli masowo na marsze klimatyczne? Nie. A jednocześnie to starsi podkreślają, że z katastrofą klimatyczną – efektem „starań” wcześniejszych pokoleń – ma sobie poradzić młodzież, używając o tego swej młodzieńczej energii. A kiedy występuje stanowczo przeciw powtarzanym liberalnym zaklęciom, jak na Igrzyskach Wolności, słyszą, że są niegrzeczni jak antysemita Braun.

Mówią: wpuszczamy was, ale zachowujcie się, tańczcie, ale jak wam zagramy. Młodzi to słyszą, a jednocześnie widzą, że starsi udają się na szczyty klimatyczne i do Davos odrzutowcami. Wiedzą też, że indywidualne strategie wobec zmian klimatycznych, jak unikanie plastikowych słomek, to bujda, że potrzebne są rozwiązania systemowe. Ale rozwiązania systemowe są zablokowane przez polityków, którzy władzy trzymają się od trzydziestu i więcej lat. Którzy, przypomnijmy, stali się politykami dzięki masowym ruchom społecznym, dla których kontekstem było wspólne, często właśnie klasowe doświadczenie, do którego się odwołują, a którego młodsze pokolenia, wychowane w wykuwaniu indywidualnego losu, nie zaznały. „Zwykły chłopak z podwórka”, „haratający w gałę” czerpał przecież ze wspólnego doświadczenia całego pokolenia.

W efekcie zaledwie 43 proc. młodych deklaruje, że weźmie udział w wyborach, kiedy na poziomie całego społeczeństwa to według jednych sondaży 68, według innych nawet 75 procent.

A gdzie była matka? To pytanie pada zawsze, kiedy z dziećmi jest jakiś kłopot. Myślę, że powinno paść i tutaj. Gdzie są rodzice, skoro tak mało młodych chce iść na wybory, a ci, którzy idą, robią to raczej niechętnie, z małym przekonaniem i niewielką wiarą, że to coś da. Myślę, że warto to badanie przyłożyć do innych: tych robionych przez Sadurę i Sierakowskiego, tych ostatnich przygotowanych przez fundację More in common, której wyniki właśnie się ukazały. Według nich społeczeństwo można podzielić na siedem grup: 7 proc. postępowych zapaleńców, 15 proc. pasywnych liberałów, 15 proc. zawiedzonych samotników, 30 proc, niezaangażowanych „normalsów” (najmniej zainteresowanych polityką), 18 proc. zaangażowanych lokalsów , 11 proc. dumnych patriotów i – najbardziej na prawo – 4 proc. oddanych tradycjonalistów.

W pokoleniu rodziców (np. w 1980 roku) urodziło się 701 tysięcy dzieci, a w roku urodzenia dzisiejszych debiutantek (2005) – 356 tysięcy. W jakich rodzinach najwięcej? Apolitycznych normalsów? Czy w tych 7 proc. i 15 proc. najbardziej zaangażowanych?

Odsłona Spięcia powstała wokół raportu „Debiutanci ’23”. Odsłonie towarzyszy debata przedwyborcza „Młodzi mają głos” organizowana przez SKN UW dla Klimatu, która odbędzie się w najbliższy piątek 13 X 2023 roku o 18 w Marzycielach i Rzemieślnikach na Brackiej 25 w Warszawie. Więcej szczegółów tutaj.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×