dwutygodnik internetowy
30.05.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Zyskać świadomość. O „Głodzie” Martina Caparrosa

Nie wiem, czy diagnozy Autora są słuszne. Wystarczy jednak dowiedzieć się o tym wszystkim, co zobaczył, by zrozumieć, że są to rzeczy, o których nie wolno zapomnieć, które domagają się działania.

ilustr.: materiały prasowe

ilustr.: materiały prasowe

Zawsze wydawało mi się, że istnieją książki, których nie wypada recenzować. Dokonanie oceny pozycji opisującej tragedię głodu na świecie jest zadaniem niewdzięcznym i wymagającym pewnej dozy bezduszności. Czy śmierć i nieszczęście setek milionów ludzi przedstawiono dobrze, czy można byłoby to zrobić lepiej? Zwykła przyzwoitość każe sądzić, że tego typu rozważania należy w tym przypadku odłożyć na bok.

A jednak o „Głodzie” Martina Caparrosa trzeba mówić, bo to pozycja ważna, przez niektórych uważana wręcz za przełomową. Jej siła tkwi w ukazaniu problemu nie tylko poprzez liczby i urzędowe diagnozy, lecz przede wszystkim przez żywe doświadczenie reportażysty, który udał się w miejsca dotknięte głodem (wśród nich znalazły się między innymi Niger czy Indie) i poznał cierpienie konkretnych ludzi. Co i raz wybrzmiewa w książce sprzeciw Caparrosa wobec mówienia o nich językiem abstrakcyjnych analiz, w których głód przedstawia się jako polityczny problem strukturalny, gubiąc w ten sposób perspektywę dramatu jednostek. Rozmowy z tymi, którzy codziennie muszą zabiegać o przetrwanie, nie wiedząc, co będzie jutro, są być może najbardziej wstrząsającym elementem tej książki.

„Wstrząs” jest prawdopodobnie słowem, które najlepiej definiuje reportaże Caparrosa. Jako laik – nie jestem etnologiem, politologiem, nie zajmuję się też pomocą humanitarną – odbierałem je bowiem głównie emocjonalnie. Nie wiem, czy diagnozy Autora są słuszne. Wystarczy mi jednak dowiedzieć się o tym wszystkim, co zobaczył, by zrozumieć, że są to rzeczy, o których nie wolno zapomnieć, które domagają się działania. Uczuciem najsilniej towarzyszącym mi podczas lektury była jednak, paradoksalnie, bezsilność – bo mimo całej niezgody na taki świat praktyczny konkret, jaki możemy wynieść z takiej książki, ogranicza się chyba do świadomości własnego uprzywilejowania.

Nie jest oczywiście tak, że Caparros stara się apelować tylko do emocji i sumienia czytelnika. „Głód” pełen jest liczbowych danych, historycznych szkiców, kulturowych analiz. Wielkim atutem książki jest styl balansujący na granicy reportażu i literatury pięknej. Autor umiejętnie dobiera rejestry: tam, gdzie mówi o cierpieniu, zwykle przyjmuje ton niemal poetycki, co odczuwam jako wyraz poszanowania tabu, jakim jest ludzkie nieszczęście.

Niektórzy być może powiedzą, że Caparros „rozdziera szaty”, książka jest bowiem w istocie bardzo emocjonalna. Przede wszystkim Autor formułuje potężne oskarżenia pod adresem religii (właściwie każdej), uznając ją za źródło racjonalizacji cierpienia, zgody na nie w imię tak zwanych wyższych celów. Za źródło nadziei, która jest iluzoryczna i każe przestać walczyć o ziemski świat. Boga Autor raz unicestwia, raz wydaje się wygłaszać pod Jego adresem pretensje. Nikt jednak z wierzących, jak sądzę, nie może być pewien, że stając twarzą w twarz z tak ogromnym złem, nie straciłby swojej wiary. Dramatyczne reakcje Caparrosa są dowodem jego autentycznego zaangażowania i nie wydają mi się uprawnione komentarze tych, którzy w krytycznym duchu postulują raczej „spokojną dyskusję o rozwiązaniach”.

Mówiąc zupełnie szczerze, naprawdę nie chcą Państwo czytać tej książki. Tyle że być może wszyscy w jakimś sensie ją piszemy. Nie mam tu na myśli tego, że każdy ma obowiązek zastanawiać się, w jaki sposób zwalczyć głód na świecie. Dostrzegam jednak moralną powinność uzyskiwania świadomości. Jest to taka świadomość, która przynajmniej ustawia właściwe proporcje, pozwala docenić to, co się ma, wyleczyć się z chciwości i nauczyć się dzielić. A być może więcej – zrozumieć, że konieczne są głośna niezgoda na niesprawiedliwość i wołanie o lepszy świat. Choćbyśmy sami nie wiedzieli, jak go urządzić.