dwutygodnik internetowy
15.07.2013
magazyn papierowy


Ziemia różnych ojców

  Wedle stereotypu Beduini to grupa żerująca na państwie. Według Beduinów państwo traktuje ich niczym obywateli drugiej kategorii. Jakie jest miejsce Beduinów w dzisiejszym Izraelu? Na pytanie to próbuje odpowiedzieć Jarosław Ziółkowski.   Negew. Monotonny pustynny krajobraz. Teren pofałdowany i kamienisty. Jedno za drugim ciągną się takie same, szaro-żółte wzgórza. Po lewej stronie widzę rozległy […]

 

ilustr. Ewa Smyk

Wedle stereotypu Beduini to grupa żerująca na państwie. Według Beduinów państwo traktuje ich niczym obywateli drugiej kategorii. Jakie jest miejsce Beduinów w dzisiejszym Izraelu? Na pytanie to próbuje odpowiedzieć Jarosław Ziółkowski.

 

Negew. Monotonny pustynny krajobraz. Teren pofałdowany i kamienisty. Jedno za drugim ciągną się takie same, szaro-żółte wzgórza. Po lewej stronie widzę rozległy kompleks elektrowni, skomplikowane konstrukcje ze stali, niczym małe miasto. Tuż obok, rozrzucone bezładnie pod kablami stoją byle jak sklecone domy. Po przeciwnej stronie horyzontu majaczy rozległy kombinat chemiczny. Wiejący z jego strony wiatr przynosi ostre, gryzące powietrze.
Ledwie minęła dziesiąta, a już jest przeraźliwie gorąco. Nie chcę nawet myśleć o tym, co dzieje się w domach pod wzgórzem. Większość z nich to tymczasowe konstrukcje, ustawione w kwadrat cementowe pustaki, przykryte blachą falistą. Żadnej izolacji termicznej, nagrzewają się gdy tylko wyjdzie słońce, jeszcze szybciej tracą ciepło po zmroku.

 

Wadi al-Na’am to jedna z czterdziestu sześciu nieuznawanych przez rząd Izraela beduińskich wiosek na pustyni Negew. W świetle prawa nie istnieją, w związku z czym władze nie muszą zapewniać mieszkańcom podstawowych usług. Pięćdziesiąt tysięcy ludzi na własną rękę zaopatruje się w wodę, prąd i opiekę lekarską. Alternatywą jest przeniesienie się do oficjalnych, utworzonych przez państwo osiedli beduińskich. Siedem miasteczek, wybudowanych w latach siedemdziesiątych mieści się na niewielkim obszarze wokół stolicy regionu, Beer Szewy. I choć łącznie mieszka w nich ponad sto dwadzieścia tysięcy ludzi, inni nie palą się do przeprowadzki. Zamiast życia w mieście wybierają trwanie w konflikcie z państwem.

 

Beduini byli utrapieniem dla władz na długo przed powstaniem Izraela. Nie sposób było jednoznacznie określić miejsca ich zamieszkania, a co za tym idzie, zmusić do płacenia podatków. Kiedy w 1858 roku sułtan osmański wprowadzał nowe ustawodawstwo ziemskie, Beduini zignorowali wezwania do rejestrowania użytkowanych gruntów. Woleli rządzić się własnymi prawami, w których zupełnie inaczej traktowali pojęcie własności. Sułtan uważał większość gruntów Imperium za własność państwa. Poddani uzyskiwali częściowe prawa do ziemi jeśli zajmowali się jej uprawą i płacili podatki. Dla Beduinów cały step i pustynia były wspólnym terenem wypasu. Własność prywatna pojawiała się dopiero po wykopaniu studni. Kontrola wody dawała kontrolę nad okolicą.

 

Nieudaną próbę ewidencji gruntów i ludności w Palestynie podjęli też Brytyjczycy w czasie, gdy istniała Palestyna Mandatowa. Negew sprawił im największą trudność, cały jego teren opisali więc jako nieużytki, a liczbę ludności jedynie oszacowali. Jak pisał jeden z urzędników Królowej, Beduini są mieszkańcami namiotów (tent dwellers) i nie zawsze muszą przebywać w tej okolicy. Zdezorientowani byli też nowi osadnicy, zarówno żydowscy jak i arabscy. W jednym roku kupowali w dobrej wierze ziemię jako niezamieszkaną, w kolejnych latach zdarzało się, że zapełniała się nomadami i ich stadami. Nieprecyzyjne dane zawarte w brytyjskich spisach pozwalają sądzić, że na początku 1948 roku po Negewie mogło wędrować do stu tysięcy Beduinów. Po wojnach towarzyszących powstaniu Izraela zostało ich około jedenastu tysięcy.

 

Pierwsza kontrowersja dotyczy tego, czy Beduini są ludnością tubylczą, a co za tym idzie, czy przysługują im specjalne prawa do ziemi. Sympatycy polityki rządu izraelskiego twierdzą, że większość plemion przybyła z Egiptu dopiero po wyprawie Napoleona w 1799 roku i nie sposób ustalić, czy zajęli puste tereny. Zwolennicy sprawy beduińskiej przekonują, że ludy koczownicze zamieszkiwały Negew już w V wieku przed naszą erą, a Beduini dotarli tam najpóźniej w czasie arabskiego podboju. Trudność sporu polega na tym, że strony nie zgadzają się co do najbardziej podstawowych faktów historycznych.

 

*

 

Kibuc Sde Boqer słynie jako miejsce pochówku Dawida Ben-Guriona, pierwszego premiera Izraela. Z całego kraju zjeżdżają tu wycieczki by oglądać stojący na skraju Kanionu Zin grób. Przechadzam się sąsiadującym z nim ogrodem. Na trawie pod drzewami siedzi kołem grupa młodzieży. Słuchają słów dobiegających z leżącego między nimi magnetofonu. Archiwalna taśma przenosi ich w rok 1948, Ben Gurion niezbyt mocnym, ale zdecydowanym głosem ogłasza powstanie Państwa Żydowskiego w Ziemi Izraela.
Tutaj, w środku pustyni, lepiej brzmiałoby przemówienie, które wygłosił przy innej okazji. Naród Izraela zostanie poddany próbie przez Negew. Tylko zasiedlając i rozwijając ten obszar, Izrael może zmierzyć się z wyzwaniem, jakie stawia przed nim historia. Zwrócenie się na południe miało zapewnić młodemu państwu otwarte przestrzenie rozwoju. W środkowej i północnej części państwa robiło się już tłoczno.

 

Ben Gurion kreślił uwodzicielską wizję pustyni rozkwitającej dzięki szczęśliwym osadnikom, budującym system nawadniania. Premier był konsekwentny. Sam spędził na Negewie ostatnie dwadzieścia lat życia. Pytam mojego przewodnika, czy Izraelczycy realizują testament ideowy ojca państwa. Kręci głową. Niezbyt nam się to udaje. Sam jest zakochany w pustyni, ale przyznaje, że mało kto dobrowolnie ją wybiera. Młodzi ludzie chcą mieszkać w Tel Awiwie. Tam widzą dla siebie możliwości.
Niemniej jednak państwo chętnie korzysta z ziem pustyni. W oddaleniu od dużych osiedli można tu budować bazy wojskowe i strefy przemysłowe. Takie jak Ramat Hovav, gdzie skupione są fabryki przemysłu chemicznego. Toksyczne odpady z produkcji gromadzone są w wielkich zbiornikach. To z nich pochodzi gryzący zapach docierający do mnie w Wadi al-Na’am. Moi beduińscy gospodarze skarżą się na choroby płuc i zanieczyszczenia wody. Zarzucają państwu, że świadomie buduje niebezpieczne instalacje w pobliżu ich osad.

 

Rząd widzi sprawę inaczej. Negew, jako ziemia zdobyta, należy do państwa w całości, podobnie zresztą jak dziewięćdziesiąt trzy procent gruntów Izraela. Beduini, którzy nie zgodzili się na przeprowadzkę do miast, traktowani są jak intruzi. W świetle prawa w nieuznawanych wioskach nie sposób legalnie zbudować budynku – urzędy nie wydadzą potrzebnych pozwoleń. Beduini nie odnoszą sukcesu także i w salach sądowych. Większość gruntów, za których właścicieli się uważają, około osiemdziesięciu tysięcy hektarów, nie została wpisana do Tabu, osmańskiego rejestru ziemskiego, na podstawie którego wydawane są wyroki. Organizacje pomagające Beduinom szacują, że rząd w najlepszym razie jest skłonny przystać na piętnaście procent ich żądań.

 

Próbuję ustalić, dlaczego Beduini nie starali się uzyskać aktów własności u sułtana lub Królowej. Napotykam kolejną kontrowersję. Beduini uważali, że rejestracja ziemi zmusi ich do płacenia podatków i dlatego się na nią nie zgodzili, przekonuje mnie dr Seth Frantzman, publicysta Jerusalem Post. Teraz chcą ziemi, jak każda osoba, która chce więcej własności i pieniędzy. Tymczasem Brytyjczycy cały Negew zapisali jako ziemię państwową.
Dr Oren Yiftachel z Uniwersytetu Ben Guriona w Beer Szewie, pomaga Beduinom w procesach z państwem. Twierdzi, że Beduini nie ponoszą odpowiedzialności za brak dokumentów. Sporządzanie takich wykazów jest przedsięwzięciem państwowym. Nie można winić jednostki za to, że sama tego nie zrobiła. Dodaje, że władze brytyjskie de facto uznawały prawa Beduinów do ziemi, godząc się na to, by sprzedawali ją żydowskim osadnikom.

 

*

 

Na skraju Wadi al.-Na’am leży kilka stert gruzów. Miesza się w nich blacha z cegłami, gdzieniegdzie wystają resztki połamanych mebli. Wyburzanie domów przez służby państwowe najskuteczniej przysparza Beduinom zwolenników. Oprowadzający mnie przywódca lokalnej społeczności żali się, że buldożery pojawiają się o świcie w asyście policji. Mieszkańcy mają czas jedynie na wyniesienie najpotrzebniejszych rzeczy. Przyznaje, że dostają sądowe nakazy eksmisji. Ale dokąd mam pójść? – pyta. To jest mój dom, tu mieszkał mój ojciec i jego ojciec.
Rząd odpowiada na te pytania wskazując na istniejące miasta beduińskie. Nie zamierza też odstępować od dotychczasowej polityki. Na początku roku przyjęty został tak zwany plan Prawera. Zakłada przesiedlenie co najmniej trzydziestu tysięcy Beduinów do miast. Mogą w nich uzyskać darmową działkę budowlaną pod warunkiem, że zrezygnują ze wszystkich innych roszczeń majątkowych. Jednocześnie plan sankcjonuje nakaz wyburzenia tysięcy nielegalnych budynków.

 

Siedem oficjalnych beduińskich osiedli trudno uznać za miasta. To raczej przedmieścia, skupisko budynków wzniesionych bez większego porządku. Brakuje w nich podstawowej infrastruktury. Wszystkie mieszczą się w pierwszej dziesiątce miast o najniższym poziomie życia w Izraelu. A zarazem charakteryzują się najwyższym poziomem przestępczości w kraju. Władze chciałyby widzieć w tym potwierdzenie stereotypu Beduina, niepiśmiennego brutala. Druga strona oskarża państwo o prowadzenie polityki apartheidu i tworzenie patologii przez pozbawianie Beduinów podstawowych możliwości rozwoju – edukacji i zatrudnienia.

 

Wedle stereotypu Beduini to grupa żerująca na państwie. Nie pracują, mają dużo dzieci, chętnie sięgają po zasiłki. Moich rozmówców takie wyobrażenie oburza. Mówią, że to rząd odpowiada za ich sytuację. Dodają, że chcieliby podtrzymywać tradycyjny, pasterski tryb życia, ale kontrola, jaką państwo sprawuje nad ziemią czyni to jednak niemożliwym. Jednakże dr Frantzman i te zarzuty odrzuca. Nie ma powodu, żeby niewielka mniejszość posiadała tyle ziemi [ile chcą posiadać Beduini], podczas gdy przeciętny obywatel Izraela posiada mniej niż sto metrów kwadratowych.
Przejeżdżając przez Beduińskie osiedla – te oficjalne i te nieuznawane przez władze, trudno nie zwrócić uwagi na intrygujące zjawisko. Choć większość budynków wygląda biednie i licho, pojawiają się pośród nich wielkie pałace, fantazyjne budowle o kilku piętrach, z okrągłymi wieżyczkami i murami zwieńczonymi blankami. Taki przepych u mniejszości, która uważa się za uciskaną, dziwi. Wiele wskazuje na to, że pieniądze pochodzą z przemytu. Dziennik Haarec (3 lipca 2009) szacuje, że w niektórych wioskach może się nim trudnić nawet sześćdziesiąt procent mężczyzn. Przerzucają broń, narkotyki, nielegalnych imigrantów z Afryki.

 

Mój telawiwski znajomy protestuje przeciwko używaniu tych informacji jako argumentu w sprawie stosunku państwa do mieszkańców nieuznawanych wiosek. Nic nie usprawiedliwia takiego traktowania Beduinów. Nie chodzi tu o to, kim są i co robią ofiary. Chodzi o to, co my robimy w ich sprawie. Nie możemy godzić się na wyburzanie domów i odbieranie ziemi.

 

*

 

Palestyński pisarz, Raja Shehadeh, w książce Pękniecie czasu opisuje historię ucieczki swojego wuja przed władzami Osmańskimi. Posądzony o współpracę z aliantami w czasie I wojny światowej, schronił się w głębi Palestyny, by uniknąć wyroku śmierci. Kilka miesięcy spędził żyjąc wśród Beduinów, przyjmując ich tryb życia i częściowo dzieląc z nimi przekonania. Z gorliwością miejskiego człowieka idealizował ich związek z naturą, dumę i niezależność. Tym bardziej zapadły mu w pamięć słowa jednego z nich o ludziach osiadłych. Niech ci, którzy budują domy, opłakują ich zniszczenie. Prowadzona przez Izrael polityka odwróciła ostrze tych słów. Dzisiaj skierowane jest w samych Beduinów.

 

Przeczytaj inne teksty Autora.

UWAGA! W czasie wakacji internetowa odsłona „Kontaktu” będzie ukazywać się raz na dwa tygodnie – co drugi poniedziałek. Serdecznie zapraszamy do lektury!