dwutygodnik internetowy
06.08.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wypalanie traw

W części książki Jagielski występuje jako reportażysta, wie tyle, ile powiedzą mu rozmówcy, lub przeczyta w źródłach. W innych fragmentach wprowadza wszystkowiedzącego narratora, relacjonującego nie tylko zachowania i słowa, ale też myśli i odczucia bohaterów, dzięki czemu przybliża czytelnika do opisywanych osób i zdarzeń.

Wypalanie traw to pożegnanie z czasem, który upłynął, i wszystkim, co się w nim wydarzyło. Zamykamy to, co zostawiamy za sobą, i szykujemy się na to, co nowego przyniesie nam życie. To jak rytuał oczyszczania, który ma przynieść nadzieję. Ale zdarza się, że przeradza się w dymną zasłonę, kryjącą śmiertelne zagrożenie.

 

Wojciech Jagielski podróżuje do Ventersdorpu, by obserwować apartheid w niemal laboratoryjnych warunkach. To małe miasteczko na transwalskim płaskowyżu zawdzięcza swą wątpliwą sławę Eugène’owi Terre’Blanche. Ten nieoficjalny burski przywódca stał się liderem i symbolem oporu białych przeciw przemianom w RPA. W całym kraju znana była siła jego bojówek, przypisywano im wiele niewyjaśnionych morderstw i zaginięć czarnoskórych. Dzięki nim segregacja w Ventersdorpie trwała w najlepsze długo po 1994 roku. Mimo że krajem rządzi już Afrykański Kongres Narodowy Nelsona Mandeli, w Ventersdorpie czarnych, jak dawniej, nie wpuszczano do banków i sklepów – obsługiwano ich na ulicy, przez specjalne okienko. Mogli sobie kupić chleb, czy mięso, ale wyboru gatunków dokonywali za nich sprzedawcy. Czarni rozmówcy Jagielskiego uśmiechają się pytani o to, jak zmieniło się ich życie po zniesieniu apartheidu. Tutaj dalej rządzi Eugène Terre’Blanche i w każdej chwili może mnie zatrzymać na ulicy i obić pysk.

Burscy rozmówcy autora bronią się przed zarzutem o rasizm. W ich mniemaniu apartheid, odrębność, to po prostu dobre sąsiedztwo. To, że dobrzy sąsiedzi żyją oddzielnie, rozdzieleni granicznym murem, nie musi znaczyć, że są sobie wrogami, lecz po prostu że każdy z nich żyje po swojemu i godzi się na swoją inność. Jest dla nich oczywiste, że Bóg stworzył ludzi różnymi po to, by żyli osobno. Mieszanie się ras jest więc moralnym wykroczeniem. Eugène Terra’Blanche obwołuje zdrajcą burskiego prezydenta ustalającego z Mandelą zasady przekazania władzy. Razem ze swoimi zwolennikami najeżdża stolicę, próbując rozpędzić negocjatorów. Nie uzyskuje zamierzonego rezultatu i w rozpaczliwej próbie zachowania odrębności Burów, białego plemienia Afryki,proponuje utworzenie dla nich odrębnej republiki Transwalu. Władze centralne nie chcą nawet o tym słyszeć. Terre’Blanche zadowala się rządem dusz w Ventersdorpie. Koniec przychodzi w błahy sposób, jak na człowieka, który groził władzom państwowym wojną domową. W czasie snu zabija go czarny robotnik, któremu odmówił umówionej zapłaty.

 

Historia burzliwego życia Eugène’a Terra’Blanche jest osią, wokół której Jagielski snuje opowieść o najnowszych dziejach RPA, kreśląc przy tym bogatą galerię postaci drugoplanowych. Angielski farmer, Raymond Boardman mówi mu o tym, jak zrezygnował z dostatniego i spokojnego życia w mieście, by powrócić na rodzinną farmę. Chciał pomóc czarnym robotnikom rolnym uzyskać samodzielność, nauczyć ich zmysłu gospodarskiego. Wkrótce przekonał się, że zmiana w sercu Transwalu nie będzie łatwa. Tymczasem czarnoskóry radca miejski Tonny Lerofolo narzeka na porządki panujące w rządzącej partii. Mimo rewolucyjnej przeszłości pominięto go na liście kandydatów do parlamentu. Zamiast niego Mandela umieścił na niej bogatego burskiego hodowcę kur, znanego z dawnego okrucieństwa wobec czarnych. Przemiany w kraju niepokoją też Henka Malana. Z okien swojego podupadającego pubu obserwuje życie miasta i przewiduje, że tacy jak on – biała biedota, w nowym porządku miejsca nie znajdą.

Mocną stroną książki jest sposób konstruowania narracji. W części książki Jagielski występuje jako reportażysta, wie tyle, ile powiedzą mu rozmówcy, lub przeczyta w źródłach. W innych fragmentach wprowadza wszystkowiedzącego narratora, relacjonującego nie tylko zachowania i słowa, ale też myśli i odczucia bohaterów, dzięki czemu przybliża czytelnika do opisywanych osób i zdarzeń. Autor twierdzi, że w Ventersdorpie podczas każdej kolejnej wizyty czuł się tak samo obco jak w czasie pierwszej. W książce udało mu się to wrażenie przełamać – miasto nadal zdaje się obce, ale jest to obcość oswojona. Zamazując różnicę między reportażem a powieścią, Jagielski chce by jego książka traktowana była jako coś więcej niż tylko dziennikarska relacja, a tytułowe wypalanie traw czyni metaforą każdej dużej zmiany społecznej.

 

Wojciech Jagielski. Wypalanie traw. Wyd. Znak. 2012. 310 stron.