dwutygodnik internetowy
9.10.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wygrana ważniejsza niż porozumienie

Katalonia od kilku lat przypomina garnek stojący na dużym ogniu, z którego lada chwila wyleje się wrząca zawartość, ale nikt nie próbuje nawet zbliżyć się do kuchni, żeby zmniejszyć gaz. Garnka nie ma – przekonują rządzący Hiszpanią.

ilustr.: Kolarstwo

ilustr.: Kolarstwo

Barcelona, 6 października, debata Municilab poświęcona nowemu municypalizmowi. Bierze w niej udział między innymi Ada Colau, burmistrzyni Barcelony. Chcemy przyjrzeć się temu, co dzieje się w Katalonii – mówi prowadzący. – Ale równie dobrze możemy razem popłakać. Jeśli ktoś ma ochotę uścisnąć osobę obok – bardzo proszę.

W tym może trochę zaskakującym jak na polityczną debatę wstępie widać język troski o siebie nawzajem, który pielęgnuje dziś miasto Barcelona i rządząca nim lewicowa ekipa z Barcelona en Comú. Ale to też wyraz nastrojów, jakie panują dziś w Katalonii, i emocjonalnego spustoszenia, które poczyniły wypadki ostatnich tygodni.

Kiedy powstaje ten tekst, wciąż nie wiadomo, jakie konsekwencje będzie miało nieuznawane przez hiszpański rząd referendum w sprawie niepodległości Katalonii. Czy rząd Katalonii zdecyduje się – na podstawie prawa uchylonego przez Trybunał Konstytucyjny – jednostronnie ogłosić secesję, a jeśli tak, jakie represje wywoła to z hiszpańskiej strony. Choć 7 października pod urzędami miast w całej Hiszpanii zgromadziły się tysiące ubranych na biało ludzi, żądających negocjacji między hiszpańskim i katalońskim rządem, i choć wzywają do niego rzesze dziennikarzy i dziennikarek, publicystów i publicystek, artystów i artystek, dialog wydaje się niedościgłym marzeniem. Tym bardziej frustrującym, że obecnej eskalacji napięcia można było uniknąć – i nie było to wcale zadanie syzyfowe.

Drogi do niepodległości

W 2011 roku, kiedy obecny premier Hiszpanii, Mariano Rajoy, dochodził do władzy, liczba zwolenników niepodległości Katalonii wynosiła kilkanaście procent. Dziś sięga czterdziestu paru, a w tych gorących dniach dochodzi pewnie do połowy.

W powszechnej świadomości wzrost katalońskich nastrojów niepodległościowych zlepił się ściśle z kryzysem ekonomicznym. Choć ten faktycznie odegrał istotną rolę, historia narastającego napięcia między Katalonią i hiszpańskim państwem jest jednak trochę dłuższa.

Zaczęło się od – znajomego skądinąd – poczucia, że ćwierć wieku po pierwszych demokratycznych wyborach coś zaczyna skrzypieć w stworzonym w czasie transformacji systemie. Hiszpanom i Hiszpankom żyło się dobrze, kryzysu ekonomicznego nie było jeszcze na horyzoncie, ale napięcia zaczęły się gromadzić w czułym punkcie hiszpańskiej demokracji, którym jest układ terytorialny.

Stworzone po śmierci Franco państwo wspólnot autonomicznych miało być odpowiedzią na  centralizacyjny ucisk z czasów dyktatury. Powstała nowa Hiszpania licząca siedemnaście wspólnot wyposażonych w autonomię dotyczącą szkolnictwa, służby zdrowia, kultury. Miało to być wyjście na przeciw potrzebom regionów historycznie „innych”, na czele z Krajem Basków, Nawarrą i Katalonią, ale wobec żądań pozostałych prowincji, które poczuły się poszkodowane, wzięła górę polityka café para todos, „kawy dla wszystkich”. Rozbudowana administracja regionalna i autonomia zawitała nawet do regionów, które niekoniecznie miały potrzebę tak szerokiego samorządu. W efekcie idea wielonarodowego państwa trochę się rozmyła.

Parę dekad później Katalończykom zaczęło być niewygodnie w obowiązującym systemie i zaczęli szukać drogi poszerzenia własnej autonomii. Efektem tej debaty był nowy statut Katalonii z 2006 roku, zatwierdzony przez kataloński, a później także hiszpański parlament. Statut zaskarżyła jednak do Trybunału Konstytucyjnego rządząca dziś Hiszpanią prawicowa Partia Ludowa, na dodatek organizując wcześniej masowe zbieranie podpisów przeciwko statutowi na hiszpańskich ulicach. W 2010 roku trybunał uchylił część artykułów statutu, na czele z tymi, które mówiły o Katalonii jako narodzie i przyznawały nadrzędną rolę językowi katalońskiemu. Był to punkt zwrotny. W 2010 roku pierwszy raz na ulice wyszły setki tysięcy ludzi, które domagały się „prawa decydowania o sobie”. Niektórzy mieli na ustach hasło niepodległości, choć wciąż był to postulat raczej niszowy. Na podwyższoną temperaturę debaty nałożył się jednak ekonomiczny kryzys. Problem zaczął nabrzmiewać.

Godność i pieniądze

Faktem jest, że dla wielu pragmatycznych Katalończyków impulsem, który kazał im wyjść na ulice, były kwestie finansowe i żądanie od rządu Hiszpanii negocjacji dotyczących nowego paktu fiskalnego z regionem. W sporej części katalońskiego społeczeństwa panuje przekonanie, że Katalonia, jeden z najzamożniejszych regionów Hiszpanii, który odpowiada za 20 procent jej PKB i 25 procent eksportu, zbyt dużo dokłada do centralnego budżetu i że w obliczu problemów, które przyniósł kryzys, dotychczasowy układ należałoby zrewidować – choćby na wzór Kraju Basków, który ma większą swobodę w zarządzaniu swoimi finansami.

Jednak sprowadzanie katalońskiego kryzysu tylko do pieniędzy, jak często zdarza się to robić polskim komentatorom, to mocno uproszczona wizja tego, co dzieje się na północnym wschodzie Hiszpanii, gdzie równie dużą rolę jak sprawy praktyczne odgrywają czynniki godnościowe. Kataloński independentyzm jest tak zróżnicowany jak samo katalońskie społeczeństwo, a także proniepodległościowa koalicja, która rządzi dziś Katalonią i którą tworzy zarówno republikańska lewica, broniąca idei niepodległości od niemal stu lat, jak i reprezentująca interesy katalońskiej burżuazji liberalna prawica, która do niepodległościowego pociągu wsiadła zaledwie kilka lat temu. Jakby tego było mało, ich parlamentarnym sojusznikiem są radykalni antykapitaliści.

„Twarde jądro” ruchu niepodległościowego to ludzie, którzy na Hiszpanię od zawsze patrzą jak na „sąsiedni  kraj”, z którym przyszło im dzielić to samo państwo. Inni podpisują się pod hasłem „Hiszpania nas okrada”.  Jeszcze innymi powoduje rozgoryczenie, że wśród hiszpańskiej klasy politycznej nie ma nikogo, kto – jak uważają – byłby gotowy podjąć rozmowę na temat koniecznej odnowy systemu politycznego, i przekonanie, że „w Hiszpanii nigdy się nic nie zmieni”. Wielu ludzi widzi w projekcie niepodległości sposób na odnowę kulejącej demokracji, inni twierdzą, że hiszpańskie państwo ze swoimi centralistycznymi zapędami ma wciąż problem z uznaniem własnej wielokulturowości czy wielonarodowego charakteru. Filozof Josep Ramoneda upatruje w nim lokalnego wcielenia niepokoju, który drąży całą Europę i który prowadzi do żądań nowego sposobu redystrybucji władzy. Wreszcie, w grę wchodzą też czynniki czysto emocjonalne – premier Hiszpanii Mariano Rajoy swoją „betonową” postawą wobec katalońskich postulatów ma wyjątkowe umiejętności mobilizowania niepodległościowych nastrojów. „Od takiej Hiszpanii każdy by się chciał oddzielić” – jak to ujął andaluzyjski pisarz, Isaac Rosa.

Konflikt stworzony przez polityków

Kiedy Mariano Rajoy dochodził do władzy, za niepodległością opowiadała się tylko niewielka grupa słabo związana emocjonalnie z resztą Hiszpanii. W Katalonii można było często usłyszeć powiedzenie: w innych krajach zostaje się punkiem, w Katalonii independentystą – ale potem i z jednego, i z drugiego się z wyrasta. Swoją nieustępliwą postawą i blokowaniem nie tylko referendum, ale jakiejkolwiek rozmowy z Katalończykami Mariano Rajoy zyskał sobie jednak przydomek „najlepszej fabryki independentystów”. Negowanie istnienia katalońskiego problemu i podsycanie antykatalońskich nastrojów w reszcie Hiszpanii przez polityków prawicy – w myśl zasady, że antykatalonizm przysparza głosów – dostarczyły katalońskim independentystom argumentów i zwolenników (towarzyszy temu zresztą symetryczna „antyhiszpańskość” proniepodległościowych polityków i mediów w Katalonii). Dla Mariano Rajoya kataloński konflikt, który od paru lat zajmuje gros publicznej debaty, to też, nawiasem mówiąc, świetna zasłona dymna, która pozwala odciągnąć uwagę od sześćdziesięciu wielkich afer korupcyjnych, w które zamieszani są członkowie jego partii.

Zamknięcie na jakikolwiek dialog dostarcza wymówki independentystom, którzy coraz bardziej w nosie mają hiszpańskie prawo i – jak uważają – upolityczniony wymiar sprawiedliwości.

Zamiatany przez lata pod dywan problem nabrzmiał do „epickich” rozmiarów – i tu leży dziś największa związana z nim trudność. Szczegółowe kwestie – jak podatki, autonomiczne kompetencje, konieczne reformy – wokół których możliwy był taki lub inny kompromis, zeszły na bardzo odległy plan. Zostały tylko flagi i dwie wielkie, symetryczne opowieści, które nie stykają się w żadnym punkcie.

Dziś Mariano Rajoy, a także spora część hiszpańskiej klasy politycznej i mediów, powtarza uparcie: z katalońskim rządem, który stawia się ponad prawem, nie należy rozmawiać, dopóki „nie wróci mu rozsądek” – słynny kataloński seny. „Pokój zawiera się zawsze z wrogiem” – pisał jednak niedawno na łamach internetowego dziennika Eldiario.es jego redaktor naczelny, Igancio Escolar, wzywając do negocjacji.

Sprawa jest polityczna

„Mimo że często się to powtarza, za katalońskim konfliktem nie stoi tylko nieodpowiedzialny rząd Katalonii, mała grupa, która stawia się ponad prawem i którą można wsadzić do więzienia, żeby w ten sposób na zawsze zakończyć problem. Prawdą jest, że droga, którą obrali rządzący Katalonią, jest niebezpieczna i oderwana od rzeczywistości. […] Ale fakt, że działanie i plany rządu Katalonii są niemożliwe do zrealizowania i budzące obawy, nie zmienia tego, że stoimy przed problemem politycznym. Za rządem Carlesa Puigdemonta stoją dwa miliony obywateli. Z tego powodu nie jest to problem porządku publicznego, ale kwestia polityczna. Z tego powodu rozwiązać go można tylko na drodze polityki i dialogu, a nie poprzez używanie kodeksu karnego, policji i sędziów” – pisał Escolar.

Szanse na dialog są dziś marne. Alternatywna droga unilateralnej niepodległości z jednej strony oraz prawnych i policyjnych represji z drugiej będzie jednak prowadzić przez zbiorową traumę, która towarzyszyć będzie paru następnym pokoleniom Katalończyków i Hiszpanów. Już dziś widać bardzo niepokojące „efekty uboczne” obecnego napięcia – na przykład w postaci ożywienia hiszpańskiego nacjonalizmu i ultraprawicowych formacji, na szczęście ciągle bardzo niszowych.

Na spotkaniu 6 października w Barcelonie Ada Colau mówiła, że problemem Hiszpanii i Katalonii jest partyjna polityka w obecnym formacie, oparta na rywalizacji, „wojennym” języku, szukająca zwycięstwa nad przeciwnikiem, a nie współpracy. „Po co stawiać na zwycięstwo, kiedy możemy mieć porozumienie?” – wtórował jej na łamach eldiario.es filozof Daniel Innerarity. Rozwiązanie hiszpańsko-katalońskiego węzła gordyjskiego to dziś zadanie dla prawdziwych mężów i żon stanu. Jak jednak pokazuje dotychczasowy rozwój wypadków, ze świecą ich szukać w dzisiejszej Hiszpanii.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.