dwutygodnik internetowy
11.01.2016
magazyn papierowy


„Wszystkie lektury nadobowiązkowe”. Silva librorum Wisławy Szymborskiej

Ta książka to kolejny dowód, że Szymborska sprzeciwiała się fragmentacji świata na poetycki i niepoetycki, godzien literackiego zainteresowania i nudny.

materiały prasowe

materiały prasowe

Książka, o której piszę, ukazała się nakładem wydawnictwa Znak w październiku ubiegłego roku. Czytelnikom nowinek i zagorzałym fanom Szymborskiej jest więc już zapewne znana. To jednak jeszcze zbyt krótki czas, by dotarła wszędzie tam, gdzie dotrzeć powinna i gdzie byłaby mile widziana. Ja znalazłem to pokaźne tomiszcze pod choinką – i wkrótce zrozumiałem, że i radość w tym moja, i cierpienie. A także, że koniecznie trzeba podzielić się nimi z resztą świata.

„Wszystkie lektury nadobowiązkowe” to zbiór krótkich felietonów–recenzji, które przez lata noblistka publikowała w prasie. Miłośnicy gatunków, dziedzin, aspektów i posłusznych im katalogów będą rozczarowani, bo Szymborska czytała na każdy temat i nie trudziła się klasyfikacjami. Książka, którą polecam, nie jest żadnym vademecum; to, co się przeżywa podczas lektury, przypomina raczej chaotyczne buszowanie w spiżarni (ewentualnie na strychu). Jak jednak powszechnie wiadomo, spiżarnie i strychy to niezawodni dostarczyciele interesujących znalezisk.

Tak też – by wziąć pod lupę wycinek tej liczącej ponad osiemset stron pozycji – „Dziwy świata roślin” D. i S. Tałałajów sąsiadują tu z „Małym słownikiem terminów plastycznych” Zwolińskiej i Malickiego, po nich zaś następują „Gimnastyka dla kobiet w czasie ciąży i połogu” Musur i Fijałkowskiego oraz „Legenda o Graalu – od starożytnego obrzędu do romansu średniowiecznego” Westona. Potem produkcja poświęcona literackim aferom i plotkom, Aborygeni, staropolskie obrządki pogrzebowe…

Nie mogę darować sobie ideologicznego, interpretacyjnego wtrętu. Ta książka to kolejny dowód na to, że Szymborska sprzeciwiała się fragmentacji świata na poetycki i niepoetycki, godzien literackiego zainteresowania i nudny. Mówię to, mimo że jej romantyczne potraktowanie podziału strzykwy i panegiryk poświęcony liczbie pi zupełnie by dla poparcia tej tezy wystarczyły. Dzięki „Wszystkim lekturom nadobowiązkowym” (że recenzje te pełne są uroczego, inteligentnego humoru, nawet jeśli zasłużenie kąśliwego, wspominać nie muszę) możemy dowiedzieć się więcej o samej Szymborskiej. Tej Szymborskiej, która uważała czytanie wyłącznie literatury pięknej za „perwersję” (cytat), a liczenie nóg stonogom za zajęcie godniejsze niż przedzieranie się przez nadmiernie zawiłe fabuły.

Wspomniałem na początku, że radość miesza się z cierpieniem. Nie ukrywam, że potrzebowałem trochę czasu, by nabrać do tej publikacji właściwego stosunku. To wspaniałe, że jest na świecie tyle książek, a nawet nieudane mogą dostarczyć radości! Na chwilę uległem złudzeniu, że odtąd będę czytał wszystko o wszystkim i (o zgrozo!) zawsze znajdę na ten temat coś do powiedzenia. Czytelnicza zachłanność nie jest na szczęście ciężkim grzechem. A wręcz chciałoby się czasami – proszę wybaczyć herezję – by stała się grzechem powszednim. Lepiej jednak nie pozwolić, by zbiór ten stał się źródłem kompleksów lub nieposkromionych żądz bibliofilskich. Raczej niech

posłuży za kurs swobodnego, beztroskiego czytania wbrew kanonom i selekcjom. Jest to w końcu, jak po staroświecku uważała Szymborska, „najpiękniejsza zabawa, jaką ludzkość sobie wymyśliła”.