dwutygodnik internetowy
10.03.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wilson. Od placu Bankowego do placu Kebaba

Plac Wilsona zbiera estetyczne odpadki z obu, osobno pięknych części dzielnicy. Dla oglądających fasady niektórych gastronomii placu mało krzepiająca jest świadomość, że na wiele z nich wyraził zgodę konserwator zabytków.

 

ilustr.: Anna Libera

 

Estetyka Placu Kebaba, nowej, bazarowej odsłony Wilsona woła o pomstę do nieba. Ale „kto nie był w Amricie ni razu, niech pierwszy rzuci kamień”. Tłumy w tych miejscach pokazują, że miejsca ze swojego usługowego przeznaczenia się wywiązują. Choć żoliborski Plac Hipstera z modnymi kawiarniami pewnie mniej raziłby moje oczy i powonienie mieszkańców, to najprawdopodobniej byłby równie martwy, jak dawniej Kraina Kredytowej Karty.

 

„Żoliborz historyczny, czyli kebab i mini-Europa” – ponuro żartuje pani z urzędu dzielnicy Żoliborz, podając mi dwa plany zagospodarowania, pomiędzy które od dziesięciu lat rozbity jest plac Wilsona: ‘Żoliborz historyczny’ i ‘Okolice ulicy Słowackiego’. Lektura tych materiałów prowadzi do smutnej konstatacji, że modernistyczne ambicje tej jedynej zaprojektowanej przez architektów dzielnicy Warszawy, realizującej projekt miasta-ogrodu, działania społecznikowskie jej twórców,  rozbiły się o papierowy bruk rzeczywistości. Jak na teren pograniczny przystało, zbiera estetyczne odpadki z obu, osobno pięknych części dzielnicy. Dla osób mogących codziennie podziwiać cudaczne fasady sklepów i niektórych gastronomii placu Wilsona mało pokrzepiające jest przeświadczenie, że na wiele z nich wyraził zgodę konserwator zabytków.

 

Według planów zagospodarowania, przylegające do placu osiedla mają przeznaczenie mieszkaniowe (północ placu) i mieszkaniowo-usługowe (południe). Można jednak odnieść wrażenie, że jedyną funkcją, z której ten obszar się wywiązuje, jest transfer. Przebity dwupasmówką plac umożliwia stosunkowo sprawny transport samochodowy, podobnie jak znienawidzone, zainstalowane kilka lat temu „światła na żądanie”, które wydłużają ponad dwukrotnie czas wymagany od pieszego na pokonanie placu.

 

W 2002 (!) roku odbyły się warsztaty architektoniczne zorganizowane przez urząd dzielnicy. Od tego czasu „powstaje” szczegółowy plan zagospodarowania dla placu Wilsona. Od dwunastu lat pozbawiony sternika plac dryfuje. Dryf, ruch w ogóle charakterystyczny dla warszawskiej urbanistyki, pozwala spotykać na nieznanych wodach coraz to nowe egzotyczne potworki – wieloowocowe plastikowe witryny sklepów, odstające od siebie szyldy, monumentalne wejścia do stacji metra z lądowiskami dla przedstawicieli pozaziemskiej inteligencji. Teren od co najmniej kilkunastu lat bazarnieje i widoki na poprawę są cokolwiek niepewne.

 

Chaos sprzyja fantazjowaniu. Z braku czytelnego, komunikowalnego planowania przestrzeni, pojawiają się „miejskie legendy”. Niezadowoleni żoliborzanie opowiadają o „olbrzymim podziemnym parkingu bez wjazdu” (pisało o tym już tvn warszawa, to pustka technologiczna pod metrem, a nie parking). Inna krążąca legenda dotyczy „antycznych drzwi z Damaszku”. Kebab Amrit tą zagadkową złotą tabliczką opatrzył znajdujący się na wyposażeniu lokalu starszawy mebel. Choć zazwyczaj wywoływało to wesołość wielu klientów kebaba, żartujących z „oryginalnej antyczności” pochodzącej na oko z końca XIX wieku, to część żoliborzan zaczęła dopatrywać się w tabliczce drugiego dna. Pretensjonalna tabliczka, jak i same drzwi miały być w tym scenariuszu dowodem „kulturalnej roli” kebabu, kruczkiem, który miałby zapewnić właścicielom preferencyjne warunki wynajmu od miasta.

 

Takie podejrzenia, nawet jeżeli dalekie od prawdy, są rozpaczliwym wyrazem braku wpływu Żoliborzan na rozwój ważnego elementu swojej dzielnicy. „Plac Wilsona nie jest sercem Żoliborza, jest jego chorobą” – jak ze smutkiem ujął to jeden z moich dzielnicowych znajomych. Problemy, które spotykają plac, są pomnikiem błyskotkowej degeneracji, właściwej niejednemu punktowi w stolicy.

 

Warto wspomnieć o działalności organizacji pozarządowych, których pozycja i przebicie na Żoliborzu, przynajmniej od ostatnich konsultacji społecznych w sprawie niesolenia ulic, wydaje się poprawiać. Udało mi się dotrzeć do dwóch koncepcji placu, opracowanych kolejno przez M20 i Stowarzyszenie Żoliborzan. Grupa M20 proponowała utworzenie na środku placu obniżonego, publicznego skweru, dostępnego dzięki sieci przejść podziemnych, do których miałaby przenieść się działalność handlowa na placu. Stowarzyszenie Żoliborzan, które przed laty rozpowszechniło zwrot „Plac Bankowy”, krytykuje ten projekt jako kosztowny i oderwany od lokalnych realiów, sugerując w ramach projektów partycypacyjnych trzy propozycje ułatwiających poruszanie się po placu i okolicy – zwężenie ul.Krasińskiego, wydzielenie pasa ruchu dla rowerów i przejścia dla pieszych na ul.Słowackiego. Takie inicjatywy są bardzo cenne, wydaje się jednak, że obie kapitulują wobec obecnej brzydoty placu, ratując co się da z jego funkcjonalności.

 

Nie chodzi mi, wbrew pozorom, o wystosowanie kolejnego z serii pojawiających się w sieci i w rozmowach ataków w związku z poszerzeniem kebabu Amrit. Nie zamierzam wzywać miasta do usunięcia taniej gastronomii, Subwaya i kebabu, choć nie podobają mi się ich witryny. Za dobrze pamiętam czasy, kiedy jedyną możliwą społeczną aktywnością na Wilsonie (wtedy złośliwie nazywanym placem Bankowym) było picie piwa pod mini Europą za pieniądze wyciągnięte w jednym z licznych bankomatów.

 

Estetyka Placu Kebaba, nowej, bazarowej odsłony Wilsona z jego szyldami, mini Europą, odstającym od wszystkiego bazarem świątecznym, woła o pomstę do nieba. Ale „kto nie był w Amricie ni razu, niech pierwszy rzuci kamień”. Tłumy w tych miejscach pokazują, że miejsca ze swojego usługowego przeznaczenia się wywiązują. Choć żoliborski Plac Hipstera z modnymi kawiarniami pewnie mniej raziłby moje oczy i powonienie mieszkańców, to najprawdopodobniej byłby równie martwy, jak dawniej Kraina Kredytowej Karty.

 

Wierzę, że możliwe jest wypracowanie wizji placu Wilsona, która pokonałaby zagrożenia odrealnionej bankowości, kiczu, autostrady i hipsteryzmu. Takich odzyskanych dla mieszkańców placów na szczęście nie brakuje, przykładem mogą być Times Square w Nowym Jorku czy Plac Republiki w Paryżu. Nie oczekujmy już jednak planisty na białym koniu z planem szczegółowym, bo koń ten najprawdopodobniej od długiego już czasu dogorywa ze starości i tylko naciski żoliborzan mogą sprawić, aby centrum dzielnicy zabiło na nowo.

 

Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.

 

  • Gościówa

    O czym jest ten artykuł? Jakoś konkretów mało. Postulatów w zasadzie brak. Czyli ogólnie – po co? Żeby sobie pomarudzić? Aha, nie byłam w Amricie ni razu, chociaż mijam co najmniej dwa razy dziennie. Nawet progu nie przestąpiłam. Niedaleko Merkurego jest inny kebab, jakoś bardziej zachęcający, tam byłam kilka razy, chociaż też bez szaleństw.

  • Janek

    A może zamiast pierniczyć głupoty i komentować działalność innych – proszę samemu wynająć lokal, zainwestować i prowadzić jakąś godną działalność? Innej drogi chyba nie ma? Gadać to każdy potrafi, szczególnie na temat aktywności innych.

  • Ola Bilewicz

    Muszę powiedzieć, że bardzo lubię Amrit Kebab, a zwłaszcza pyszną herbatę turecką podawaną w bańkowatych szklankach, a powiększenie go o cukiernie wzbudziło mój entuzjazm. Jakkolwiek podzielam niezadowolenie związane z brakiem koncepcji na plac i jego “transferowością”, nie rozumiem pretensji do “kebaba”, który jest całkiem estetyczny. Jakie funkcje mają mieć lokale na placu, jak nie usługowe? Gdyby WSM obok wciąż była prawdziwym osiedlem robotniczym, a więc zgodnym z tym, czym był – czy miał być – Żoliborz “historycznie”, kebab pewnie znalazłby tam swoje miejsce. Na głównym placu dzielnicy o tradycjach socjalistycznych tanie i niezłe jedzenie powinno mieć swoje miejsce;).