dwutygodnik internetowy
5.09.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Widziałem, słyszałem, nadal patrzę: „Stacja wieży ciśnień” Dawida Mateusza

Twórczość niesłychanie samoświadoma, dość trudna, w ciekawy sposób łącząca polityczno-społeczną wrażliwość ze sporą dawką liryzmu: to chyba dobra wstępna kwalifikacja poezji Dawida Mateusza, laureata prestiżowego konkursu „Połów”, który właśnie zadebiutował tomem „Stacja wieży ciśnień”.

materiały prasowe

materiały prasowe

Myślę, że nie przesadzę, jeśli powiem, że cała poetycka Polska czeka na wydanie przez Biuro Literackie antologii „Zebrało się śliny”. Planowana na wrzesień publikacja zapowiadana jest jako antologia najnowszej polskiej „poezji zaangażowanej”; wydaje się, że w tym przypadku nie chodzi po prostu o zbiór wierszy wydany w ramach jednego tomu; mowa raczej o większym projekcie, mającym na celu pełną, wielowymiarową prezentację niezwykle ważnego nurtu, który mniej więcej od czasu debiutów Konrada Góry i Szczepana Kopyta zdecydowanie odznacza się na literackiej mapie. Jest to z reguły twórczość niesłychanie samoświadoma, dość trudna, w ciekawy sposób łącząca polityczno-społeczną wrażliwość ze sporą dawką liryzmu. To chyba dobra wstępna kwalifikacja poezji Dawida Mateusza, laureata prestiżowego konkursu „Połów” sprzed trzech lat, który jako jedyny z uczestników i uczestniczek projektu „Zebrało się śliny” nie mógł dotychczas pochwalić się własnym tomem. Ta sytuacja zmienia się wraz z lipcową publikacją debiutanckiej książki Mateusza noszącej tytuł „Stacja wieży ciśnień”.

„Odrzuć książkę/ i czytaj” nakazuje wzięte z Hansa Magnusa Enzensbergera motto otwierające tom; jeśli słowa te mamy wziąć na poważnie, to musimy traktować zawarte w zbiorze wiersze jako teksty mające na celu otwarcie nowych perspektyw czy zachęcenie do odmiennej, być może bardziej świadomej i opartej na uczestnictwie percepcji codzienności.

Może mieć to oczywiście związek ze wspomnianym zaangażowaniem o charakterze politycznym; u Mateusza jest to wątek niewątpliwie ważny, w szczególności w odniesieniu do śledzonych przez niego pilnie zdarzeń na Ukrainie – jedną z głównych postaci tomu jest Julia Tymoszenko, która staje się wręcz mieszkanką tytułowej wieży, stanowiącej na przestrzeni całej książkę figurę wytężonej poetyckiej obserwacji. Była ukraińska premierka pojawia się już w otwierającym całość wierszu, który potraktować można niestety jako emblematyczny dla całej książki – na dystansie zaledwie czterech wersów utwór zachwyca, by następnie rozczarować, a jest to w tym przypadku krótka droga od

Transmisję z Czelabińska przepijałem colą

Meteor w suchych ustach musował jak draże

do koszmarnego

Przyśniłem sobie frazę zgrabną jak tyłeczek

Dość często konstruowany precyzyjnie i zajmująco obraz poetycki zostaje tutaj złamany przez niezręczność (zestawienie mirindy i Faulknera w „Pożegnaniu z Julią”) czy banał („Wyobrażenie psa wiąże się z ogonem” z „Więzi I”). Raczej rzadko wiersz spełnia swoją obietnicę w całości; na pewno dzieje się tak w jednym z lepszych utworów tomu, czyli wyskandowanej, pełnej prawdziwego gniewu „Brugacie”, gorzkiej relacji polskiego gastarbeitera z Oslo. Jak słusznie zwracają uwagę Maja Staśko i Dawid Kujawa, intensywność i ton tego tekstu przywodzą na myśl utwory przywoływanego już Konrada Góry; to zresztą wiersz domyślnie niejako fundujący proponowane przez tych krytyków odczytanie „Stacji wieży ciśnień”, które opiera się na pojęciowości neomarksistowskiej.

Nie jestem pewien, czy faktycznie mamy do czynienia z tomem, którego głównym celem jest „strukturalne przepracowanie pragnienia posiadania”, szczególnie że miałoby ono mieć źródło w uwarunkowaniach kapitalistycznych. To chyba zbyt daleko idące uogólnienie, wydaje się zresztą, że wysnute na podstawie kilku słów-kluczy, które układać mają się w nitkę, prowadzącą od zanurzonych w codzienności gestów aż do „globalnych rynków finansowych”. Również erotyki są przez Staśko i Kujawę czytane jako opowieści o grach w pożądanie i posiadanie, które to gry mają być napędzane przez „kapitalistyczne mechanizmy fragmentacji”. Brzmi to już niestety jak usilna próba znalezienia całościowego klucza interpretacyjnego, dającego możliwość rozprawienia się z poezją Mateusza raz a dobrze. Choć trop, powiedzmy, poe-konomiczny (określenie Rafała Krausego) nie jest całkowicie nietrafny, to warto wzbogacić odczytanie tych wierszy o nieco inne asocjacje. Myślę tu przede wszystkim o twórczości Tomasza Pułki i to zarówno ze względu na pewne zabiegi poetyckie (funkcjonowanie nawiasu, sposób wyprowadzania puenty), ale także wykorzystywane motywy czy charakterystyczną, porównywalną dykcję. Czasem mamy do czynienia z balansowaniem niemal na granicy cytatu (jak w „Więzi I” czy „Perspektywach”), ale kilkukrotnie jest to raczej rodzaj dialogu, jak w przypadku świetnego wiersza „Ligustr”, którego nie sposób nie zestawić z „Paralaksą w weekend” Pułki. Mateusz pisze chyba najlepiej, gdy operuje właśnie w rejestrach dojrzałego, trudnego liryzmu, tak jak jest również we wspaniałym utworze tytułowym:

Dzisiaj znaleźliśmy dwa wiewiórcze oseski. Śpiące

w żłobie po rozbitym w Wigilię

Jezusie, były nie większe od kciuka – prawdopodobnie sroki

 

się dobrały do gniazda, to się bardzo często zdarza – twierdzi

pogotowie leśne – ma pan drabinę? Proszę spróbować,

 

może matka się ich nie wyprze – jest koniec marca. Sąsiedzi

 

karkówką i nabiałem świętują zmartwychwstanie

rozbitej przez psa figurki Jezusa. – Ciała mają drobne, powieki

 

zlepione – tłumaczę. Z wysokości

gniazda wieży ciśnień nie różnią się wcale: wyglądają jak ryby

połknięte przez takt.

 

„Stacja wieży ciśnień” wydaje mi się, patrząc całościowo, tomem dosyć nierównym, choć jednocześnie zdradzającym wielki potencjał. Szczególnie dotyczy to miejsc, w których wiersz staje się – niczym w motcie z Enzensbergera – wychodzącym poza książkowe okładki gestem wytężonej uwagi i świadomego uczestnictwa.