dwutygodnik internetowy
03.09.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wątpię, więc jestem (w Kościele)

Wątpliwości co do spraw wiary, Boga, życia we wspólnocie Kościoła; wątpliwości posunięte nieraz do radykalnych postaci sceptycyzmu czy wręcz negacji – wcale nie muszą być przejawem zagłuszonego sumienia, które z nakazu „dobro czyń, zła unikaj” słyszy ledwie ostatnie słowo.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

 

Poczucie jakiegoś przyciągania i zarazem głębokiej niepewności – czy nie jest to częste doświadczenie człowieka, stojącego w progu kościoła? W końcu nie wiadomo, czy decydując się przekroczyć drzwi świątyni nie zaznamy poczucia znużenia albo nieprzyjemnej frustracji, że to, co słyszymy z ambony, nijak ma się do tego, co przeżywamy i z czym mamy wątpliwości. Być może nawet dojdziemy do wniosku, że również z naszą wiarą jest coś nie w porządku, skoro tak ciężko przychodzi nam modlić się z resztą wiernych. Przy czym oczywistym wydaje się, że doświadczanie takich dylematów nie jest rozpisane na ogół ludzi wierzących. Nie każdy musi podchodzić z niepewnością, wątpliwościami, a nawet sceptycyzmem do swojej wiary. Nie zmienia to jednak faktu, że „częstotliwość” wątpliwości związanych z postawą zawierzenia Bogu, czy tych dotyczących życia Kościoła, mierzy się raczej intensywnością niepokoju, którą powodują u pewnej – być może nawet stosunkowo wąskiej – grupy osób. Osób, które często jakże łatwo są oceniane jako niezdecydowane, leniwe duchowo czy letnie; wszak człowiek winien być zimny albo gorący, inaczej nie tylko Bóg wyrzuci takiego delikwenta z ust, ale i wspólnota Kościoła może mieć mu za złe, że swoją postawą odbiega od przyjętych kanonów. Czy jednak na pewno? Czy religijny sceptycyzm i prawo do wątpienia nie są nam potrzebne?

Wątpliwości co do spraw wiary, Boga, życia we wspólnocie Kościoła; wątpliwości posunięte nieraz do radykalnych postaci sceptycyzmu czy wręcz negacji – wcale nie muszą być przejawem zagłuszonego sumienia, które z nakazu „dobro czyń, zła unikaj” słyszy ledwie ostatnie słowo, czyniąc z postawy ucieczki i dezercji środek na bezpieczne życie bez pytań i poszukiwań. Nie mówię tu jednak o postawie wątpienia obliczonego na celowe skompromitowanie wiary i ludzi wierzących tylko po to, aby uświadomić im, jak bardzo się mylą, bo przecież prawda jest tylko jedna i na pewno nie jest ona w rękach chrześcijan. Niezwykle trudno polemizować z rzecznikami ideologii, co zresztą tyczy się nie tylko wojującego ateizmu, ale również przedstawicieli religii, wśród których nie brakuje „znawców” dobra i zła, przekonanych o sile własnych argumentów. Na szczęście pomiędzy tymi skrajnymi obozami znajduje się przestrzeń, wśród której swoje miejsce zajmują ludzie otwarcie mówiący o swoich wątpliwościach i rozczarowaniach, nie czyniąc tego jednak z bezpośrednim pragnieniem podkopania wiarygodności Kościoła. Nastawionych krytycznie do religii, ale nie popadających w skrajności. Wsłuchujących się w głosy na „tak” i „nie”, a jednak myślących i postępujących tak, jak im nakazuje własne sumienie.

 

Bardzo często słyszę, że na wątpliwości natury religijnej należy jednak znaleźć „metodę”: po prostu powinieneś powierzyć się Jezusowi, podjąć decyzję wiary (jakby to było takie proste…), nie myśleć zbyt dużo (wszak myślenie, a już zwłaszcza krytyczne, to dzieło diabła); nic, tylko padnij na kolana i wyznaj, że wierzysz Jezusowi. Oczywiście należy docenić, iż tego typu „poradnictwo” ma u swych źródeł bardzo uczciwe pobudki i intencje, ale – na Boga! – przecież człowiek, który stoi w przedsionku kościoła wraz ze swoim bagażem wątpliwości i niepewności, musiałby chyba dokonać gwałtu na sobie, aby uwierzyć we wszystko, co się do niego mówi, i ot tak po prostu stać się nagle pewnym swojej katolickiej wiary oraz Boga, którego głoszą mu jego zatroskani bracia w wierze. Trzeba bowiem pamiętać, że większość trudności w wierze oraz otwarte podważanie prawd „nietykalnych” (dotyczących na przykład roli Kościoła w świecie czy ludzi świeckich) ma za podstawę głęboko własne, subiektywne podłoże, nieodłączne od osoby, która o nich świadczy (podobna uwaga tyczy się osób wierzących, pewnych swojej religijnej tożsamości). Już choćby z tego względu warto unikać prostych rozwiązań i wskazań typu „powinieneś się zmienić, a wtedy na pewno uwierzysz i zrozumiesz”. Z pewnością nikt nie chciałby być, z powodu jakichkolwiek trudności w dziedzinie wiary, poddawany tak łatwemu „leczeniu”, które chyba za bardzo chciałoby zmieniać człowieka wbrew niemu. Czy ktokolwiek ma prawo dokonać na kimkolwiek religijnego gwałtu?

Z drugiej strony sceptycyzm i wątpienie w sprawach wiary i Kościoła nie powinno mieć też narzuconych granic, ponieważ nie ma granic dla ludzkich doświadczeń, dramatów, cierpień i bólów, z których rodzą się tak naprawdę wszelkie trudne pytania kierowane w stronę Boga. Historia Kościoła, w której nie brak ciemnych kart, zawiera również świadectwa otwarcia się na te ludzkie pytania i wątpliwości, co ostatecznie zwykle przynosiło pożytek całemu Ludowi Bożemu. O ile tylko wspólnota wiernych nie koncentrowała się na samej sobie, zalegając w integrystycznej postawie wiary w wiarę, o której pisał przed laty ksiądz Józef Tischner. Jeśli chrześcijaństwo pragnie głosić wyzwalającą moc wiary w Boga, musi również głęboko wziąć sobie do serca zarzuty Nietzschego, który wśród chrześcijan nie potrafił dostrzec ludzi naprawdę odkupionych. Być może w życie Kościoła wkradło się zbyt dużo teatralności kosztem budowania autentycznej relacji z Bogiem i ludźmi, opartej na dojrzałości i odpowiedzialności? Może dlatego właśnie sceptycyzm w sprawach religii niekiedy tak narasta? Jednocześnie Kościół mocno podkreśla, iż kategorie wolności religijnej i prymatu sumienia nie są tylko pięknymi ideami bez odniesienia do życia. Z pewnością zaś nie są bez znaczenia dla ludzi uczciwie podchodzących do swoich wątpliwości, którzy dzięki temu mogą mieć poczucie, że w Kościele jest miejsce także dla nich. Nawet w tym Kościele, który im się nie podoba, z którym się nie zgadzają i który budzi w nich – mówiąc łagodnie – bardzo mieszane uczucia.

 

Ksiądz Tomas Halik pisał, że chrześcijaństwo jest religią paradoksu. Nie ma w nim zbyt wiele miejsca dla prostych, schematycznych odpowiedzi, ale charakteryzuje go dynamizm analogiczny do dynamizmu, którym cechuje się życie i świadomość człowieka. Nie oznacza to jednak „osłabiania” wiary i autorytetu Kościoła, ale raczej jest to wyraz poczucia, iż nawet sprzeciw wobec Boga czy wspólnoty eklezjalnej może być bardziej pożądany przez Stwórcę niż postawa bezmyślnego „nadstawiania drugiego policzka”, zwana tudzież postawą „grzecznego chrześcijanina”, który treści wiary przyjmuje bezrefleksyjnie, kosztem wierności własnemu sumieniu, w którym przecież może odzywać się Bóg. Taka martwa wiara słusznie budzi niechęć niektórych ludzi, których sceptycyzm jest raczej tylko pretekstem dla pragnienia wiary żywej, kierującej się – jak pisał Dietrich Bonhoeffer – naśladowaniem Chrystusa w Jego bezinteresownym byciu dla innych. Okazuje się, iż to, co czasem nazywamy niewiarą, może okazać się tak naprawdę wiarą szlachetniejszą niż bezkrytyczna postawa zbudowana na pewności, która zarazem gdzieś zapomina o tym, iż miłość Boga pragnie odpowiedzi ze strony człowieka; odpowiedzi uczciwej, szczerej i wypływającej z samego wnętrza „ja”. Odpowiedzi, która – tak, jak w relacjach międzyludzkich – niekoniecznie musi być piękna, zgodna z oczekiwaniami i pokorna aż do przesady. Jeśli miłość Boga ma swój odpowiednik w miłości między ludźmi, to dobrze wiemy, że kochać nie oznacza wystrzegać się własnej tożsamości na rzecz drugiej osoby.

Wątpię, więc jestem w Kościele. I chcę tu pozostać. Czasem może tylko będę oddalał się nieco, stawał w przedsionku, a nawet wyczekiwał pod bramą. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż można mnie nazwać sceptykiem czy nihilistą. Takim mianem można określać wielu ludzi myślących i czujących podobnie. A jednak po cichu, w głębi serca wierzę, że Jezus czuł się tak jako pierwszy. Czy nie spotykały Go zarzuty ze strony faryzeuszów? Czy nie sprawdzali nieustannie Chrystusa pod kątem Jego decyzji życiowych? Co ciekawe – jak pisał przywoływany już Bonhoeffer – Chrystus zawsze omijał łatwą perspektywę „albo-albo”, w której stawiali go faryzeusze, wskazując raczej na pęknięcie, które tkwi w ich postawie, a która wynikała z przekonania o absolutnej wiedzy na temat dobra i zła. Tymczasem Chrystus, przemawiając z poczucia wolności i jedności z Bogiem, nie wypowiada konfliktowych rozstrzygnięć, przez co naraża się ze strony faryzeuszów na oskarżenia o burzenie wiary oraz łamanie uświęconych tradycją praw i nakazów. Daje nam jednak przykład do naśladowania. Bo o ile faryzeusz jest człowiekiem rozdartym między sobą a tym, kogo osądza, równocześnie jako znawca dobrego i złego jest przeciwieństwem człowieka, którego jedna ręka nie wie, co czyni druga, i który w dniu sądu dziwić się będzie: „kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie?” (Mt 25, 37).

 

Wątpię, ale chcę pozostać w Kościele. W Kościele, który szanuje człowieka wraz z jego wątpliwościami. W Kościele, który chce wsłuchiwać się w głosy krytyczne. W Kościele, który szanuje odmienność i różnice zdań. W Kościele, który nie boi się rzekomego diabła schowanego w poglądach sprzecznych z oficjalną doktryną. W Kościele, który świadom własnej wartości unika faryzejskiej, integrystycznej postawy. W Kościele, który mimo wszystkich różnic i podziałów, zamiast wysłanników piekła potrafi wciąż dostrzegać w innych ludziach Boga. Nieosiągalny ideał? Z pewnością. Dlatego właśnie tak bardzo wierzę w Kościół, święty Kościół grzesznych i słabych ludzi, uświęcany nieustannie przez Boga. I tylko przez Boga.