dwutygodnik internetowy
02.04.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

“Wasteland” Rachunek (sumienia) Zachodu

Muniz wraz ze współpracownikami udaje się do Jardim Gramacho w Rio De Janeiro – największego na świecie śmietniska, które z czasem stało się elementem krajobrazu Rio, gdy nienadające się do odzysku śmieci, zasypano ziemią. Wcześniej jednak było to miejsce i narzędzie pracy dla trzech tysięcy osób, którzy niczym ogrodnicy pielący ogród z chwastów przebierali setki ton śmieci dziennie

Vik Muniz

 

Postanowiłem podzielić się refleksją na temat dokumentu Lucy Walker Waste Land (Śmietnisko), zwycięzcy m.in. nagród publiczności na festiwalach w Sundance i w Berlinie. Dokument twórców “Miasta Boga” wszedł do polskiej dystrybucji na jesieni ubiegłego roku, a od niedawna można go obejrzeć na DVD lub na kinoplex.pl.

Film ten jest zapisem projektu artystycznego jednego z bardziej znanych współczesnych brazylijskich artystów, Vik’a Muniza. Zanim jednak Muniz zamieszkał na nowojorskim Brooklynie nieopodal filii słynnej MoMA – PS1, w której zawisły jego prace, przeszedł drogę wpisującą się w etos amerykańskiego snu. Z ubogiej rodziny z Sao Paulo trafił do Ameryki, gdzie pierwsze pieniądze zarabiał wyrzucając odpady z supermarketu. Po latach, będąc już uznanym i ustatkowanym artystą, postanowił, że wróci (dosłownie) na stare śmieci.

Muniz wraz ze współpracownikami udaje się do Jardim Gramacho w Rio De Janeiro – największego na świecie śmietniska, które z czasem stało się elementem krajobrazu Rio, gdy nienadające się do odzysku śmieci, zasypano ziemią. Wcześniej jednak było to miejsce i narzędzie pracy dla trzech tysięcy osób, którzy niczym ogrodnicy pielący ogród z chwastów przebierali setki ton śmieci dziennie, żeby wygrzebać wszystko, co kilkumilionowa metropolia postanowiła wyrzucić do “ogrodu” Gramacho.

Muniz postanawia wraz z kilkoma poznanymi zbieraczami stworzyć ich portrety właśnie ze śmieci. Zarówno artysta, jak i portretowani mają do nich niebanalny w wydźwięku stosunek. Efektem ich kolaboracji są wyjątkowe interpretacje m.in. Marata David’a, Siewcy Millet’a czy renesansowej Madonny. Dochód ze sprzedanych dzieł Muniz w całości przekazuje ich bohaterom i współtwórcom, aby także materialnie odmienić ich życie. Dla jednych poznanie artysty będzie inspiracją i odskocznią do innego życia, dla innych odniesieniem i uświadomieniem sobie własnej wartości oraz identyfikacji z miejscem, któremu poświęcili większą część życia. Dla widza jest to zderzenie z na pozór oczywistymi dylematami.

Ten dokument jest niczym kubeł zimnej, ale słodkiej wody. Choć momentami ściska gardło, a łzy cisną się do oczu, mimo wszystko film emanuje pozytywną i zaraźliwą energią, ludzką troską i solidarnością. Jest zimną wodą na głowy zachodnich, konsumpcyjnych społeczeństw, które nie chcą lub boją się zastanawiać nad mało wygodnymi kwestiami etycznymi, takimi jak choćby konsenkwencje codziennego trybu życia. Również nad tym, że w wielu miejscach, takich jak Rio, nie ma fabryk segregujących śmieci, a więc ludzie robią to, albo nie robią (co gorsze?), gołymi rękoma. Nad tym, że ludzie segregujący odpady, które inni uznali za bezużyteczne, potrafią zrobić z nich użytek. Nad tym, że osoba trudniąca się tak niewdzięcznym zajęciem może znać i rozumieć Księcia Machiavelliego, znalezionego wśród “bezużytecznych” odpadów. W końcu mało kto chciałby się zastanowić nad taką o to prawidłowością: tam, gdzie życie ma gorzki smak – tak jak w Jardim Gramacho – ludzie organizują samopomoc, dzielą się swoimi “zdobyczami”, tworzą związki zawodowe zbieraczy (albo jak kto woli – śmieciarzy), budują ze śmieci biblioteki itp.

To jest właśnie ten słodki smak zimnej wody, dzięki któremu można docenić mądrość płynącą z ust niewyedukowanego weterana wśród zbieraczy.

Film ten może pokazać również nam samym swego rodzaju etyczno-geopolityczny dylemat, obok którego nie powinniśmy przechodzić obojętni: w jakich kwestiach chcemy by włączano nas do tzw. Zachodu, a w jakich już nie tak chętnie pragniemy być do niego kwalifikowani. Za tym ostatnim idzie bowiem cały bagaż odpowiedzialności, którą obciąża się właśnie Zachód. W szczególności dotyczy to ochrony środowiska i jego poszanowania.

Z jednej strony bardzo często, gdy określa się nas jako Europę (Środkowo) Wschodnią, wzbudza w nas to sprzeciw, który w pewnym sensie jest zrozumiałą reakcją na komunistyczny epizod naszej historii (swoją drogą rzadko przyjmujemy do wiadomości fakt, iż był to polski reżim, a nie tylko marionetka w rękach obcego imperium zła). Chcemy być postrzegani jako demokratyczny kraj z rozwiniętą gospodarką (20. lub 21. na świecie pod względem wielkości). Słowem: jako ci lepsi, rozwinięci i nowocześniejsi.

Jednocześnie wszystko to, co w “Zachodzie” negatywne, wygodnie jest nam odrzucić, odwracając się na pięcie i mówiąc: “przecież nam do Zachodu daleko,” to oni – nie my. Przykładem takiej kwestii jest właśnie pokazana w filmie druga strona kultury konsumpcji – brak odpowiedzialności za środowisko. Oczywiście film nie dotyczy stricte udziału Polski w produkcji odpadów i zanieczyszczeń, ale może być on metaforą dla naszej części świata, która ma największy (obecny jak i historyczny) udział w emisji i konsumpcji dwutlenku węgla (http://www.carbonmap.org/). Wystarczy również spojrzeć na niedawne wydarzenia w polityce europejskiej, żeby zrozumieć, że jesteśmy jedynym krajem Unii, który praktycznie (choć jest to pewne uproszczenie) nie chce ponosić kosztów ograniczenia emisji. Warto więc mieć na uwadze, że bycie “liderem” to także koszty i opdpowiedzialność, a bycie liderem w gospodarce nie jest również wyznacznikiem naszej moralności.