dwutygodnik internetowy
07.10.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Filip Springer, „Wanna z kolumnadą”

Bezsilność bierze, Springer z każdą stroną dostarcza argumentów za tym, że dzisiejsza demokracja to tylko przebranie i kamuflaż, błyskotka.

Nie spojrzałem pod nogi i z samochodu wysiadłem wprost w zalaną ściekiem trawę. W ubrudzonym bucie poszedłem na umówioną wizytę, rozsiewając wokół siebie ohydny fetor. Chyba niesłusznie się zawstydziłem, była nawet jakaś sprawiedliwość w tym, że w progi domu wniosłem szambo, które dopiero co z niego wyszło.

 

Poznańskie przedmieścia to całkowite zaprzeczenie stereotypowej Wielkopolski, krainy zamiatanych ulic i bielonych krawężników. Drogi tam liche i błotniste, krawężników nikt nie widział, każdy buduje, gdzie i jak chce, chaos zamiast porządku, poznańska klasa średnia odrzuca dziedzictwo pruskiego poddanego. Zamiast przysłowiowego ordnung, „wanna z kolumnadą”.

 

***

 

Filip Springer zasypuje czytelnika swojej nowej książki setkami historii podobnych do mojej. Przez całą Polskę, ze wschodu na zachód i z północy na południe, opisuje absurdy planowania przestrzennego przedmieść, swojskiego zamiłowania do pałaców, gigantomanii biznesmenów i dewastacji krajobrazu miast przez reklamy. Całość naszego pięknego kraju może podsumować przytoczona przez autora statystyka: gdyby w Polsce zasiedlić wszystkie tereny przeznaczone w planach zagospodarowania pod zabudowę mieszkalną, przybyło by nam trzysta milionów ludzi. Ostrożniejsi mówią, że tylko siedemdziesiąt, co i tak znaczy, że naukowcy ukrywają przed nami tajemniczy fakt – około roku 2020 wybuchnie demograficzna bomba, Polki będą rodzić na wyścigi i już w dziesięć lat później staniemy się najludniejszym krajem w Europie.

 

To oczywiście marna ironia, a przecież zupełnie nie powinno nam być do śmiechu. Rozsiane na setkach kilometrów domy to zobowiązanie dla samorządów. Do każdego z nich trzeba doprowadzić wodę i prąd. Trzeba asfaltować i utrzymywać nowe drogi. To wszystko kosztuje. Im więcej pełzających przedmieść, tym mniej pieniędzy zostaje w budżetach gmin na szkoły, biblioteki i centra kultury. No ale one przecież są niepotrzebne, wszyscy wożą dzieci do centrów miast, a na sąsiada spoglądają sponad wysokiego płotu.

 

W Niemczech, po uzyskaniu zezwolenia, każdy możne zbudować dom w dowolnym miejscu. Ale jeśli wybierze lokalizację poza rygorystycznymi planami zagospodarowania, przykładowo „pod lasem”, za doprowadzenie infrastruktury zapłaci sam, albo też do domu dojedzie polną drogą, a gazetę wieczorem przeczyta przy oliwnej lampie. To dobre rozwiązanie można by przeszczepić na polski grunt, gdyby nie to, że zbyt chętnie to „pod lasem” włączamy do planów. A czasem też i „w lesie”, chwilę później go wycinając. Bohaterowie reportaży Springera na próżno wypatrują przez okno drzew, dla których sprowadzili się pod miasto.

 

***

Miejscami można odnieść wrażenie, że Springer przepisał swoją książkę z XIX-wiecznych powieści realistycznych. Opisał kapitalizm zdziczały niemal do cna. Jak inaczej rozumieć tekst o płachtach reklamowych w centrach wielkich miast, w którym w głównych rolach obsadził: spółki krzaki, nagminne naciąganie przepisów i złośliwy śmiech praworządności prosto w twarz. Albo też reportaż o „Klejnocie Karkonoszy”, czyli gargantuicznych rozmiarów hotelu Gołębiewski w Karpaczu. Inwestor przekonał lokalne władze do zmiany planów zagospodarowania i zlekceważył decyzje konserwatora – bo przecież w wolnym kraju urzędnik nie może określać, co z prywatną własnością robić wolno, a czego nie. Czy Klejnot jest wyłącznie prywatną własnością wie każdy, kto szedł w ostatnich latach grzbietem Karkonoszy, spoglądał na północ, na polską stronę i doświadczył, jak wzrok ucieka od Śnieżnych Kotłów i Samotni w stronę niebywałego wykwitu ego i sobiepaństwa Tadeusza Gołębiewskiego. My tu o dobru wspólnym, a on śmieje się w kułak.

 

Bezsilność bierze, Springer z każdą stroną dostarcza argumentów za tym, że dzisiejsza demokracja to tylko przebranie i kamuflaż, błyskotka, bo jeśli kapitał zechce postawić piramidę Cheopsa na Wawelu, albo obwiesić reklamami Zamek Królewski, zrobi to bez trudu.

 

***

Swego czasu prezydent Kwaśniewski wysłał do każdego domu konstytucję. Dzisiaj moglibyśmy zrobić to samo z Wanną z kolumnadą. Niech ludzie czytają i niech bierze ich złość. Niech dziwią się, że wydawca zilustrował książkę zdjęciami brzydoty i tandety. Bo cały ten bałagan nie zniknie, póki Polakom nie wadzi kolorek i kolumienka.

 

 

Filip Springer. Wanna z kolumnadą. Wydawnictwo Czarne. 2013. 248 stron.