dwutygodnik internetowy
5.09.2016
magazyn papierowy


Wałkiem w mur. Plastyczna władza i wściekli mieszkańcy

Nadzwyczajna Rada Warszawy, zwołana przez Prezydent Hannę Gronkiewicz w czwartek, 1 września 2016, mogła być początkiem samooczyszczenia warszawskiego Ratusza. Niestety warszawscy wyborcy dostali kolejny odcinek miejskiej farsy, granej przez PO i PiS od 2005 roku.

fot.: Kamil Lipiński

fot.: Agnieszka Kawalec

W życiu polityka działającego w państwie demokratycznym są chwile, kiedy spotyka się z ludźmi, proponuje rozwiązania, tłumaczy i przekonuje. Są jednak momenty – dużo rzadsze, ale przez to chyba ważniejsze – kiedy za swoje decyzje ponosi odpowiedzialność, a na uśmiechy i przecinanie wstęgi jest już za późno. Powinien przyznać się do swoich zaniechań, powiedzieć o tych decyzjach, których nie podjął, choć właśnie powinien. Nadzwyczajna Rada Warszawy, zwołana przez Prezydent Hannę Gronkiewicz w czwartek, 1 września 2016, mogła być początkiem samooczyszczenia warszawskiego Ratusza. Niestety warszawscy wyborcy dostali kolejny odcinek miejskiej farsy, granej przez PO i PiS od 2005 roku.

„Wpuścić mieszkańców!”

Choć posiedzenie rady miało rozpocząć się o godzinie 15.45, to stowarzyszenia zajmujące się sprawami reprywatyzacji od lat – jak Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów i Miasto Jest Nasze – pojawiły się na widowni ponad 40 minut wcześniej. Jak się okazało, słusznie. Większość miejsc na niewielkiej widowni była już zajęta przez, znane z restauracji, karteczki „REZERWACJA”. Kto miał być beneficjentem zajętych miejsc – trudno było ustalić. Ta dziwna sytuacja zdenerwowała wielu mieszkańców przed rozpoczęciem posiedzenia. Dopiero plotka o „miejscach dla urzędników z ratusza” skłoniła członków stowarzyszeń do zajmowania wybranych miejsc, umożliwiając udział w – jak się miało okazać – jednym z najgorętszych posiedzeń Rady Miasta ostatnich lat.

Rada dotycząca reprywatyzacji spotkała się z wielkim zainteresowaniem. Wśród osób, które chciały  usłyszeć wyjaśnienia Pani Prezydent, były takie stowarzyszenia jak: Miasto Jest Nasze, Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, Partia Razem, Ruch Solidarności Społecznej Piotra Ikonowicza czy anarchiści ze skłotu „Syrena”. Oprócz barwnej palety grup i stowarzyszeń z transparentami i gadżetami na sali zasiedli też niezrzeszeni mieszkańcy zainteresowani problemem. Na widowni pojawiło się także kilku aktywnych „działaczy uniwersalnych” z Prawa i Sprawiedliwości, którzy przez całą sesję wytrwale i entuzjastycznie reagowali na każdą wypowiedź swoich klubowych kolegów. Z pewnością jednak nie stanowili dominującej grupy wśród zebranych.

Łącznie chętnych było znacznie więcej niż miejsc, co spowodowało opóźnienie rady, podnosząc napięcie. „Wpuścić mieszkańców!” niosło się po sali przez całe posiedzenie. Osobom, które w trakcie licznych przerw, zarządzanych przez radnych, wychodziły z sali na papierosa lub do toalety, uniemożliwiano powrót i uczestnictwo w obradach. Pomiędzy mieszkańcami i Strażą Miejską, pilnującą porządku na zgromadzeniu, doszło do rękoczynów. Należy ubolewać, że nikt z organizatorów, wiedząc o wadze i medialnym zasięgu tematu, nie pomyślał, żeby zorganizować tak ważne posiedzenie w odpowiedniejszych warunkach.

„10 lat, 10 lat!”

Radę rozpoczęło przemówienie Prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. Zaczęła od stwierdzenia, że w sprawie reprywatyzacji zrobiła, co mogła. „Chodziłam i błagałam, ale nikt mnie nie chciał słuchać” – wspominała, uzasadniając brak ustawy reprywatyzacyjnej podczas pierwszej i drugiej kadencji rządów Platformy Obywatelskiej. Dziwne to wyznanie, gdy usłyszeć je od pani Prezydent, która od dziesięciu lat zarządza miastem stołecznym, tym bardziej gdy przez lata była równocześnie wiceprzewodniczącą partii, której przedstawiciele zajmowali wszystkie najważniejsze stanowiska państwowe.

Wypowiedź Prezydent rozzłościła zgromadzone stowarzyszenia. „Jola Brzeska, Jola Brzeska” – skandowali członkowie WSL, przypominając jedną z najczarniejszych kart historii warszawskiej reprywatyzacji. Członkowie Miasto Jest Nasze wymachiwali wałkami do ciast i wałkami malarskimi,  mającymi symbolizować nadużycia i korupcję urzędników ratusza. Partia Razem rozwiesiła pokaźny transparent, nawołujący do dymisji Pani Prezydent. Ruch na Rzecz Sprawiedliwości Społecznej obrzucił radnych kolorowymi piłeczkami, na których wypisane były adresy zwróconych podczas dzikiej reprywatyzacji kamienic. Skandowane „10 lat, 10 lat” przypominało, jak wiele czasu mogła poświęcić obecna prezydent na rozwiązanie jednego z najpoważniejszych problemów stolicy. Całości towarzyszyły wspólnie wznoszone okrzyki „nie żartuj”.

Po przemówieniu rozpoczęła się tradycyjna, wielogodzinna wymiana oskarżeń i zarzutów pomiędzy radnymi PiS i PO. Radni dwóch najważniejszych partii w Polsce przez niemal pięć godzin przerzucali się odpowiedzialnością za dziką reprywatyzację niczym gorącym kartoflem. Padały adresy, nazwiska, porównania. W tej ponurej licytacji, w której strony próbowały usadzić przeciwnika w roli głównego winowajcy, stosunkowo najkorzystniej wypadły wypowiedzi radnych bezpartyjnych, choć Piotr Guział również dał się łatwo sprowokować podczas tej burzliwej sesji, gdy wypomniano mu przegrane referendum.

„Lokatorzy to nie PiS!”

Radni Prawa i Sprawiedliwości próbowali w czasie całego posiedzenia pociągnąć tłum, ostro krytykując Hannę Gronkiewicz-Waltz. Trudno jednak twierdzić, że udało im się odnieść sukces. Oprócz kilkuosobowego partyjnego aktywu reakcje widowni na ich wystąpienia były raczej powściągliwe. „Gdzie był PiS?” i „Kiedy ustawa?” – pytało audytorium, przypominając radnym PiS, że temat reprywatyzacji nie wypłynął dzięki ich okolicznościowej żarliwości, lecz dzięki wieloletniej, ciężkiej pracy ruchów społecznych, takich jak MJN, RSS, WSL i osobistemu zaangażowaniu w sprawę Michała Wybieralskiego, redaktora naczelnego stołecznej redakcji „Gazety Wyborczej”. Prawicowo-prawicowy ping-pong, znany od lat z masowych mediów, próbowano rozbić okrzykami „lokatorzy to nie PiS”. To nie Platforma stworzyła problem reprywatyzacji, nie stworzył go też PiS. Obie te siły przez lata robiły absolutne minimum lub niemal nic, żeby tysiące ludzi wyrzuconych przez dziką reprywatyzację ze swoich mieszkań, szkół i parków znalazło lepsze warunki do życia.

Pacyfikacja z krainy PowerPoint

Jednym z ostatnich rozdziałów posiedzenia rady miasta była wielogodzinna prezentacja, prowadzona przez wiceprezydenta Michała Olszewskiego. Ponad sto slajdów wykresów i tekstu, pozbawionych czytelnej pointy, skutecznie uśpiło zmęczone audytorium. Obliczony na wydłużenie sesji, niedopuszczenie mieszkańców do głosu czy też rozmycie problemu okrutny zabieg, znany każdemu, kto choć raz uczestniczył w konsultacjach społecznych czy radzie dzielnicy. Odwieczny, zabójczo skuteczny morderca frekwencji. Większość mieszkańców, nie widząc szans na zabranie głosu, zrezygnowana wróciła do domów, zostali tylko najbardziej zaangażowani przedstawiciele stowarzyszeń. Przyznam ze smutkiem, że nie mogąc wytrzymać tego ponurego postpolitycznego spektaklu, którego końca nie było widać, zdecydowałem się na opuszczenie Rady, żegnając po sześciu godzinach Pałac Kultury i Nauki z poczuciem głębokiego zażenowania.

„Przestań mówić, zacznij słuchać”

Mieszkańcy podczas całej rady nie zachowywali się w sposób wyważony. Krzyczeli, tupali, buczeli, ostro wyzywali radnych. Nie należy się tym zachwycać, ale warto spróbować zrozumieć gniew ludzi, którym odebrano mieszkania, szkoły, zabytki z miasta, w którym żyją, nie dając w zamian tej wątpliwej pociechy w postaci liczącej się politycznej reprezentacji, broniącej ich interesów. Trudno jednak obciążać za polityczną awanturę wyłącznie mieszkańców. Klasistowskie i chamofobiczne wypowiedzi medialne, wskazujące na „brak kultury”, „agresję”, „prostackość” i „wsiowatość” protestujących (sokzburaka czy Metro Warszawa) są jednak całkowicie nieadekwatne w porównaniu do wagi zamiatanego przez lata pod dywan przez kolejne ekipy problemu, dla którego zmęczeni codzienną pracą ludzie zdecydowali się na uczestnictwo w tym wielogodzinnym politycznym spektaklu wątpliwej jakości. Domagający się głosu („przestań mówić, zacznij słuchać!”) mieszkańcy byli lekceważeni przez radnych, którzy woleli wykorzystać ten czas na długie wymiany wzajemnych docinków w świetle kamer.

Nie ukrywam: po paru godzinach tej męczarni sam dałem ponieść się emocjom sali, ponieważ nie miałem ani siły, ani sumienia, ani nawet ochoty uspokajać ludzi, których władze Warszawy przez lata spychały na margines. Wybór pomiędzy nieskończenie plastyczną władzą i wściekłymi mieszkańcami, broniącymi pamięci kobiety spalonej w lesie, nawet estetycznie trudny, powinien być jednoznaczny. Podczas całej rady trudno było nie odnieść wrażenia, że w interesie medialnym Ratusza było jak najbardziej rozjątrzyć mieszkańców, tak żeby na tle ich okrzyków przedstawić się jako siła umiarkowana, stabilna i rozsądna. Nawet jeżeli ta strategia prowadzenia polityki (bo trudno ją nazwać strategią polityczną) pozwoli komuś odnieść krótkotrwały sukces, z pewnością nie należy się z tego cieszyć.

„Dymisja, nie komisja”

Sytuacja w Warszawskim Ratuszu staje się coraz bardziej zapalna. Istnieją trzy możliwości jej rozładowania. Pierwszą byłoby długotrwałe otwarcie się Ratusza na współpracę ze stowarzyszeniami, stworzenie komisji w celu wykrycia i oczyszczenia miasta z największych skandali związanych z praktykami dzikiej reprywatyzacji. Po wydarzeniach, które miały miejsce w ostatnich tygodniach, a których podsumowaniem było czwartkowe posiedzenie rady, należy uważać ten scenariusz za mało prawdopodobny.

Drugim scenariuszem jest zarząd komisaryczny. Jeżeli Hanna Gronkiewicz-Waltz, zachęcana popierającymi ją wypowiedziami Grzegorza Schetyny i triumfalizmem warszawskiego PiS, zdecyduje się trwać „aż do końca”, najprawdopodobniej postępowania prokuratorskie wykażą nadużycia, te „zmuszą” gorliwe władze centralne do wyznaczenia komisarza, który będzie rządził stolicą aż do wyborów, zamieniając swoje rządy w mieszankę wieloletniej kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości i ostentacyjnych gestów z zakresu polityki tożsamości, obliczonych na dogodzenie żelaznemu elektoratowi.

Trzeci, optymistyczny scenariusz, to dymisja Hanny Groniewicz-Waltz i wolne wybory samorządowe, w których kandydat Platformy Obywatelskiej spoza „dworu HGW” uwikłanego w reprywatyzacyjne nadużycia, kandydat Prawa i Sprawiedliwości oraz (kto wie?) kandydat ruchów miejskich, mogliby powalczyć o fotel prezydenta. Następca miałby mandat społeczny na dokonanie niezbędnych zmian, o które w obecnej sytuacji będzie coraz trudniej. Niestety decyzja o dymisji wymagałaby od Hanny Gronkiewicz-Waltz wielkiej klasy politycznej lub przynajmniej zrozumienia interesu własnej formacji i elektoratu, daleko wykraczającego poza standardy warszawskiej polityki samorządowej w wydaniu czwartkowym. Jednak tylko tak odważny ruch, a nie zabiegi wizerunkowe, mógłby ocalić nadzieje Platformy Obywatelskiej na zachowanie władzy w Warszawie. Czas pokaże, czy jedyny „cyngiel PiSu” nie urzęduje obecnie na Placu Bankowym.