dwutygodnik internetowy
23.09.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

“W imię”

Ciekawe, pod kątem formy bardziej europejskie niż polskie kino. Szkoda tylko, że zostawiające widza z uczuciem niedosytu i niespełnionymi marzeniami.

Ciekawe, pod kątem formy bardziej europejskie niż polskie kino. Szkoda tylko, że zostawiające widza z uczuciem niedosytu i niespełnionymi marzeniami.

Już od pierwszych ujęć widać, że jest to film kręcony bardziej po europejsku, niż po polsku. Ot, chociażby dźwięk, tak często niedopracowany (delikatnie rzecz ujmując) w naszych typowych produkcjach tu jest znakomity. Równie wybitne są starannie skomponowane zdjęcia Michała Englerta oraz piękna muzyka.

Ale to forma. Co w nią zostało opakowane? Historia księdza homoseksualisty miała przełamywać tabu, mówić o ważnym problemie, do tego na wielu różnych płaszczyznach. To co jest zaletą, to na pewno to, że reżyserka, Małgorzata Szumowska, rzeczywiście nie ocenia swoich bohaterów. Tak jak mówiła w wywiadach, lubi ich i broni, ale przede wszystkim się im przygląda.

Szkoda tylko, że “W imię…” jest zawieszone jakby po środku dwóch tendencji, zaś Szumowska wydaje się nie wiedzieć, na którą się zdecydować. Jest tu sporo rzeczy tajemniczych, podanych nie wprost, których trzeba się domyślić. Z drugiej strony ekran często atakuje nachalną i niepotrzebną symboliką. Za dużo też w tych wydarzeniach przypadku. Co jest jednak znacznie większym problemem, to fakt, iż uczucie między księdzem Adamem, a Łukaszem (Mateusz Kościukiewicz) bierze się trochę znikąd, w środku filmu w ogóle znika z fabuły, potem znów się pojawia. Owszem, czasem tak w życiu bywa, ale tutaj jest to niespecjalnie przekonujące. Najgorsze jest zaś zakończenie – przedłużone, przewidywalne i całkowicie bezsensowne.

“W imię…” ma jednak jeszcze jedną, ogromną zaletę, która nazywa się Andrzej Chyra. Warto ten film obejrzeć właśnie dla jego kreacji, która jest rzeczywiście znakomita. Że Chyra to jeden z najlepszych polskich aktorów, wiadomo nie od dziś. Tutaj jednak sprawia, że nawet gdy scenariuszowo scena zalatuje fałszem bądź tandetą, człowiek jest w stanie przymknąć na to oko.

Tym bardziej szkoda, że potencjał nie został w pełni wykorzystany. “W imię…” mogło być jednym z ważniejszych polskich filmów roku (chyba nikt nie ma wątpliwości, który jest najważniejszy). I w sumie łapie się do tej kategorii i będzie się o nim dużo mówiło. Szkoda tylko, że nie będą to (nie są) wyłącznie słowa pochwały.

Przeczytaj inne teksty autora