dwutygodnik internetowy
25.11.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Ten film to nie jest skandal

Robiąc film, nie zastanawiam się nad tym, w jaki sposób będzie działał na społeczeństwo. Szukam przede wszystkim prawdy i chcę działać na ludzi emocjonalnie. Nie robiłem go po to, by nastąpiły jakieś przemiany.


Z Tomaszem Wasilewskim, reżyserem „Płynących wieżowców”, rozmawia Bartosz Wróblewski.
 
Homoseksualizm to w Polsce temat tabu?
Raczej temat jeszcze nie do końca przepracowany przez Polaków, a także mieszkańców wszystkich krajów byłego bloku wschodniego. Europa Zachodnia już to zrobiła. I nie chodzi tylko o homoseksualizm, ale o wszystkie mniejszości. Cieszę się, że również Małgośka Szumowska zrobiła film o tej tematyce. Do tej pory nie było u nas takiego kina. Oczywiście nasze filmy są zupełnie różne, ale dotykamy w nich tego samego problemu. Jestem bardzo ciekaw reakcji na nie w Polsce.
 
Jakich reakcji się spodziewasz?
Robiąc film, nie zastanawiam się nad tym, w jaki sposób będzie działał na społeczeństwo. Szukam przede wszystkim prawdy i chcę działać na ludzi emocjonalnie. Nie robiłem go po to, by nastąpiły jakieś przemiany. Chciałem raczej, żebyś po projekcji usiadł przy piwie, zapalił fajka i pomyślał albo po prostu pomilczał. Żeby ten film gdzieś w tobie został. Starałem się wyrzucić społeczny background, który jednak musiał pojawić się gdzieś w tle. Wiem, że trudno jest utożsamić się z takim bohaterem jak Kuba, ale zależało mi na tym, by widz mógł się zrozumieć jego emocje. Bo przecież każdy kocha tak samo i każdego tak samo boli złamane serce. Niezależnie od orientacji seksualnej.
 
Nie chodzi o szok
 
W „Płynących wieżowcach” nie brakuje jednak mocnych scen. Nie obawiasz się, że zostanie ci przypięta łatka skandalisty?
Oczywiście, są tam sceny seksu, ale dla mnie one nie są tylko erotyczne. Przede wszystkim są emocjonalne i dramatyczne. Po światowej premierze w Nowym Jorku jeden z dzienników napisał nawet, że mój film jest bardziej obrazoburczy niż „Wstyd” Steve’a McQueena. Ale cały film ma swój język i te sceny są nim opowiedziane. Formalnie nie różnią się od pozostałych. Zależało mi na tym, by wypadły bardzo naturalnie, żebyś oglądając film mógł poczuć się tak, jakbyś leżał ze swoją dziewczyną nago w łóżku. O taką intymność mi chodziło, a nie o taką, która szokuje. I wydaje mi się, że udało się ją osiągnąć. Dlatego się nie obawiam, bo dla mnie ten film to nie jest żaden skandal. A nawet jeśli wywoła skandal, to nic to dla mnie nie znaczy. Zrobię kolejny film i on pewnie będzie zupełnie inny od dwóch poprzednich. Liczę na to, że ludzie docenią jego wartość, a nie oburzą się na treść. A że jednym się spodoba, a innym nie –tak zawsze jest ze sztuką. Wydaje mi się jednak, że nie da się przejść obok tego filmu obojętnie. Prędzej zirytuje lub wkurzy, niż przemknie niezauważony. A jako reżyser biorę to wszystko na siebie – taki mam zawód.
 
Film rzeczywiście silnie angażuje emocjonalnie. Jak pracowałeś z aktorami, by osiągnąć taki efekt?
Praca z aktorami i wszystkie przygotowania to dla mnie zawsze długi proces. Organizuję bardzo dużo prób i tak było w przypadku obu moich filmów. Przy „Płynących wieżowcach” trwały około czterech czy pięciu miesięcy. Spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu, kupowaliśmy wino i siedzieliśmy do rana. Czytaliśmy scenariusz i rozmawialiśmy o postaciach. Nie znałem wcześniej Mateusza Banasiuka i Bartka Gelnera. Znalazłem ich przez casting i chciałem, żebyśmy dowiedzieli się więcej o sobie. Chciałem też, żeby chłopcy poznali lepiej Martę Nieradkiewicz, z którą przyjaźnię się od lat. Musieliśmy sobie zaufać, żeby sięgnąć do najgłębszych emocji i instynktów. Wyjechaliśmy nawet razem na kilka dni. Dzięki temu postacie zaczynały żyć w aktorach – i o to mi chodziło. Jestem pod tym względem bardzo wymagający. Nie wyobrażam sobie pracy z aktorem, który nie chce prób. Wolałbym w ogóle z nim nie pracować. Dla mnie robienie filmu to największa pasja, spełnienie marzenia, więc okres jego realizacji przedłużam do maksimum.
 
Jak pracowaliście nad scenami erotycznymi?
To wymagało od aktorów wiele odwagi, ale z drugiej strony wydaje mi się, że oni podchodzą do kina tak, jak ja – robimy film, bo go kochamy. A wtedy to już nie jest kwestia odwagi. Po prostu chce się być na planie i grać. Podczas realizacji tych scen bez wątpienia było jednak coś, co aktorzy musieli przekroczyć, a ja starałem się zorganizować im do tego jak najlepsze warunki. Ekipa była okrojona – poza mną i nimi byli tylko operator, szwenkier i dźwiękowiec. Mimo to widziałem, że Mateusz i Marta byli zdenerwowani. Dlatego kazałem im się rozebrać i jeszcze przez dziesięć minut omawialiśmy scenę, zanim zaczęliśmy ją kręcić. Widzieli mój pierwszy film i wiedzieli, że ich nie skrzywdzę, ale musieli się przyzwyczaić do nagości na planie oraz zaakceptować siebie nawzajem.
 
Zostawić widzowi furtkę
 
Reżyserowałeś film na podstawie własnego scenariusza. Co cię zainspirowało do opowiedzenia tej historii?
Punktem wyjścia była dla mnie Warszawa. Chciałem zrobić film na dworcu zachodnim, jednak scenariusz ewoluował i w końcu tam nie kręciłem. Pierwszą wersję napisałem w 2004 roku. Opowiadała o matce i córce. W kolejnej wersji pojawiła się jeszcze jedna dziewczyna. Wtedy miał to być film o dwóch dziewczynach, które się w sobie zakochują. Następnie odłożyłem scenariusz na rok czy dwa lata, a kiedy do niego wróciłem, przepisałem go na dwóch chłopaków, bo uznałem, że w Polsce zadziała to z większą siłą.
 
W jaki sposób pracujesz nad scenariuszem?
Do głowy wpada mi jakiś pomysł, siadam i od razu rozpisuję to na sceny. Potem to zostawiam, czekam, aż wszystko ułoży mi się w głowie i nanoszę poprawki. Nie piszę treatmentu. Tworząc scenariusz, zazwyczaj nie mam w głowie zakończenia. Każdy film toczy się w trakcie mojego pisania, a ja wcale nie wiem, dokąd to zmierza. Ja tylko szukam ciekawych rozwiązań.
 
I ciągnie cię w stronę trudnych relacji międzyludzkich.
Pracuję intuicyjnie i jakoś tak wychodzi. Mój pierwszy film jest o 40-letniej kobiecie, która nie wiadomo dlaczego nagle ucieka z domu. Jest wewnętrznie połamana. Drugi opowiada o młodym chłopaku, który nie potrafi się odnaleźć emocjonalnie. Interesują mnie ludzie szukający, zagubieni, w środku płaczący, walczący i krzyczący. Żyjący na granicy własnego bólu. Tak myślę o swoich bohaterach i takie kino najbardziej mnie pociąga na obecnym etapie mojej kariery.
 
Zastosowałeś zakończenie otwarte. Myślisz o kontynuacji tej historii?
Nie, mój pierwszy film ma jeszcze bardziej otwarte zakończenie. Uważam, że to prowokuje widza do większej interakcji. W momencie, kiedy zamykam film, nie zostawiam widzowi furtki… Zresztą sam mi powiedz – żyje Michał czy nie żyje?
 
Dla mnie żyje.
No właśnie, a dla kogoś innego nie żyje. Czyli dla ciebie film skończył się inaczej i dla tej drugiej osoby inaczej, mimo że widzieliście to samo.
 
W kolejnym filmie też zajmiesz się trudnymi relacjami międzyludzkimi?
Myślę, że będą to jeszcze trudniejsze relacje niż dotychczas. Jest jeszcze za wcześnie, by zdradzać temat. Powiem tylko tyle, że mam już producenta, a film będzie nosił tytuł „Zjednoczone stany miłości” i wrócę w nim do tematu obecnego w „W sypialni” – czyli do kobiet.
 
Czyżby wspomniana historia matki i córki?
Nie chcę za wiele zdradzać, bo z tego pomysłu też być może jeszcze skorzystam.
 
„Płynące wieżowce” w ciągu ostatniego roku odbyły festiwalowe tournée. Bardzo udane tournée.
Wielkim wyróżnieniem było dla mnie już samo zaproszenie na Tribeca Film Festival i światowa premiera w Nowym Jorku. A kiedy amerykańscy krytycy akredytowani przy festiwalu ogłosili swój ranking i mój film znalazł się na pierwszym miejscu razem z „Hide Your Smiling Faces” Patricka Carbone’a, ugięły mi się nogi. Byłem tam zestawiony z wieloma ważnymi twórcami, jak Mira Nair. Zostałem też wyróżniony jako reżyser, Marta jako aktorka, a Mateusz i Bartek również znaleźli się w czołówce rankingu najlepszych aktorów.
 
Karlowe Wary przeżyłem jeszcze silniej. Odbiór filmu w Czechach był fantastyczny. Pocztą pantoflową rozchodziła się wiadomość, że trzeba go obejrzeć, o czym świadczy fakt, że spośród wszystkich filmów obecnych na festiwalu w video roomie najwięcej osób obejrzało właśnie „Płynące wieżowce”. W rankingu krytyków film zajął pierwsze miejsce w sekcji East of the West, a na koniec otrzymał nagrodę jury. A przecież nie ma na świecie ważniejszego festiwalu prezentującego filmy z Europy Środkowo-Wschodniej. Film został też przyjęty do konkursu międzynarodowego wrocławskich Nowych Horyzontów, gdzie polskie filmy raczej się nie pojawiają. To dla mnie ogromne wyróżnienie i osobista satysfakcja, a dla filmu to stempel jakości. Roman Gutek i jego załoga uważnie dobierają repertuar festiwalu i nie ma tam przypadkowych tytułów. I właśnie dlatego jest to dla mnie zaszczyt.
 
 

Tomasz Wasilewski (1980r.) – Absolwent Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie oraz PWSFTviT w Łodzi. Jego pełnometrażowy debiut fabularny „W sypialni” był pokazywany podczas 37. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, a drugi film, „Płynące wieżowce”, zdobył nagrody na wielu istotnych festiwalach, m.in. na Tribeca Film Festival, na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Karlowych Warach, na wrocławskich Nowych Horyzontach czy na 38. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

  • Anna Nowalska

    Z ciekawośćią obejrzę ten film.