dwutygodnik internetowy
22.02.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Tekst w służbie kontekstu? O piosenkach i demonstracjach

Nie jest celem KOD-u stworzenie tłumu rozdzielającego świat na tych „z nami” i tych „przeciw nam”, pożerającego głosy odrębne, niechętne polaryzacji – wręcz przeciwnie. Dlaczego więc używać jako sztandaru pieśni masowego rażenia, która w swojej wymowie zaprzecza samej idei zgromadzenia, które ją śpiewa?

ilustr.: Stanisław Gajewski

ilustr.: Stanisław Gajewski

Obecność na kilku manifestacjach organizowanych przez Komitet Obrony Demokracji skłoniła mnie do zastanowienia nad rolą i kryteriami, które musi spełniać piosenka „na pikietę”. Znajdzie ono wyraz w poniższym felietonie.

W miarę jak nowo powstający ruch obywatelski „uczył się” praktycznej strony przygotowania wieców, jego organizatorzy coraz większą uwagę przykładali do dźwięków wydobywających się z KOD-owskich megafonów. Bardzo szybko skandowane hasła i przemowy zaczęto przeplatać z piosenkami oraz pieśniami, w czasie marszów zorganizowano także stacjonarne punkty–drogowskazy zaznaczające trasę pochodu właśnie poprzez rozlegającą się z głośników muzykę.

Piosenki na demonstracjach spełniają najróżniejsze służebne zadania: mają wzruszyć albo rozruszać zebranych (w podobny sposób, w jaki zagrzewa się kibiców na zawodach sportowych), zintegrować manifestantów wokół wspólnie powtarzanych fraz tak, żeby z kilku tysięcy jednostek stworzyć – choćby na krótką chwilę – wspólnotę.

Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że piosenki rzucone w tłum potrafią być „głośniejsze” i nawet bardziej wymowne niż slogany wypisane na transparentach oraz słowa, które padają z podwyższenia. Dlatego też teksty wykonywanych w trakcie manifestacji utworów traktować należy – przede wszystkim – jako pewnego rodzaju deklaracje ideowe śpiewających je członków zgromadzenia: opowiedzenie się za tą albo inną wizją świata, diagnozą rzeczywistości, sposobem reakcji nań.

Czy rzeczywiście tak jest? Czy może użycie piosenki „w sprawie” i jej odbiór w okolicznościach zbiorowego protestu rządzi się innymi prawami? Niech przykład jednej z KOD-owskich demonstracji posłuży za pretekst do przyjrzenia się wiecowemu życiu piosenek. 

Dynamicznie. Patetycznie. Ironicznie?

9 stycznia zbliżałem się do placu Powstańców Warszawy podbudowany, już z daleka słysząc urywki hitu zespołu Chłopcy z Placu Broni  „Kocham Wolność”:

Tak niewiele myślę
Tak niewiele znaczę
Tak niewiele słyszałem
Tak niewiele potrafię

Wolność kocham i rozumiem
Wolności oddać nie umiem

Posłużenie się prostą piosenką, której podmiot liryczny zdaje sobie sprawę z własnych ograniczeń i słabości, ale pomimo nich obiera wolność jako nadrzędną wartość godną obrony, wydało mi się zgrabnym posunięciem. Niedługo później przez rozstawione pod siedzibą TVP nagłośnienie popłynął utwór, w którym dopiero po chwili rozpoznałem jeden ze starszych protestsongów KultuW nim zaś gorący sprzeciw wyrażony krzykiem, że ci, którzy walczą przeciwko sobie, posługują się przemocą, nie mają faktycznej władzy nad światem.

Widziałem, podawali sobie z uśmiechem dłonie
Widziałem, siadali na tronie w koronie
Widziałem, chodzili po sobie butami

Hej, czy nie wiecie, nie macie władzy na świecie!

I kiedy zacząłem już sądzić, że nad KOD-owską playlistą czuwa ktoś mający świetne wyczucie nie tylko muzyki (większość to pozycje dynamiczne, z chwytliwym i łatwym do skandowania refrenem), ale i piosenkowego słowa, mój nastrój zepsuło odtworzenie jednego z najsłynniejszych szlagierów zespołu T.Love, „To wychowanie”. Nie dlatego, bym nie przepadał za muzyką grupy Muńka Staszczyka.

Tak bardzo chciałbym, abyśmy zwariowali
Tak bardzo chciałbym, lecz tak nas wychowali

Kawałek oceniający proces socjalizacji człowieka (i obywatela) jako wpajanie zbioru krępujących dogmatów uniemożliwiające spontaniczne działanie uważam za co najmniej niespójny z przekazem idącym z mównicy. A ten chwali świadomą miłość i szacunek do ojczyzny, wyrażające się w czynnej postawie obywateli – nie zaś w spłyconym (a w piosence – sarkastycznym) frazesie:

Ojczyznę kochać trzeba i szanować
Nie deptać flagi i nie pluć na godło
Należy też w coś wierzyć i ufać

Ojczyznę kochać i nie pluć na godło

Jednak nie „To wychowanie” wydało mi się prawdziwym nieporozumieniem. 

I sama melodia bez słów

Jednym z podnioślejszych momentów styczniowej manifestacji „Wolne Media” (nie licząc oczywiście zbiorowego wykonania „Mazurka Dąbrowskiego”) było odśpiewanie do wtóru nagrania „Murów” Jacka Kaczmarskiego. Można by oczekiwać, że trzydzieści pięć lat, które minęło od zyskania popularności przez utwór, to wystarczająco długo, żeby zdążyć odczytać go na nowo w publicznej świadomości – i zobaczyć w nim wreszcie balladę o tym, jak dzieło przestaje być własnością swojego twórcy, gdy zaczyna służyć masom; o nieudanej – patrząc w dłuższej perspektywie – rewolucji („Mury rosły, rosły, rosły, / Łańcuch kołysał się u nóg”); czy wreszcie – jak ujmował to sam Kaczmarski – „o nieufności do wszelkich ruchów masowych”. Nie jest celem KOD-u stworzenie tłumu rozdzielającego świat na tych „z nami” i tych „przeciw nam”, pożerającego głosy odrębne, niechętne polaryzacji – wręcz przeciwnie. Dlaczego więc używać jako sztandaru pieśni masowego rażenia, która w swojej wymowie zaprzecza samej idei zgromadzenia, które ją śpiewa?

Nie trudno zgadnąć, że organizatorom przyświecała chęć wpisania swojego działania w szerszą opowieść – tę o „Solidarności”, stworzenia poczucia ideowej ciągłości między swoimi współczesnymi postulatami a działaniami związku zawodowego z początku i końca lat 80. Ale potrzebę nawiązania do zrywu „Solidarności” można zaznaczać na inne sposoby. Jeżeli koniecznie poprzez piosenkę, stokroć bardziej fortunny wydaje mi się wybór innego „hymnu”: „Modlitwy o wschodzie słońca”. Z możliwości użycia wiersza Natana Tenenbauma z muzyką Przemysława Gintrowskiego organizatorzy demonstracji zresztą skorzystali (spotykając się tym samym ze sprzeciwem rodziny kompozytora ).

Podobne podejście do tego, które każe odgrywać „Mury” na masowych zgromadzeniach, wyrazili swego czasu członkowie KOD-u na jednej z facebookowych grup Komitetu, zadając pytanie o piosenki „kojarzące się z wolnością”. Czy w takim razie w „demonstracyjnej” piosence chodzi tylko o skojarzenie? Wystarczy, by utwór, który płynie do uczestników wielkich manifestacji przez głośniki, zawierał w sobie samo nawiązanie do jakiegoś podzielanego przez wszystkich symbolu? Kilka akapitów wcześniej pisałem o tym, że „kawałek na demonstrację” powinien spełniać szereg przeróżnych kryteriów. Najwyraźniej korespondencja tekstu z wymową haseł pochodu nie stanowi warunku sine qua non. W każdym razie odwołanie do emocji, wzruszeń i znaków (nieważne, w jakim otoczeniu użytych) jest ważniejsze.

Moim pierwotnym zamiarem było spuentowanie powyższych narzekań własną propozycją pieśni, którą KODowcy mogliby podmienić niefartowne „Mury”. Nie zrobię tego, ponieważ jeżeli chciałbym usłyszeć jakąś piosenkę wykonaną wspólnie przez tysiące zgromadzonych, byłby to utwór absolutnie nie nadający się na demonstracje i marsze. Marzyłoby mi się bowiem szeptane „Już czas na sen” duetu Przybora–Wasowski:

Dobranoc i niech Ci się przyśnią pogodni, zamożni Polacy
że luźnym zdążają tramwajem, wytworną konfekcją okryci
i darzą uśmiechem się wzajem, i wszyscy do czysta wymyci
i wszyscy uczciwi od rana, od morza po góry, aż hen
Dobranoc, ojczyzno kochana już czas na sen.