dwutygodnik internetowy
17.02.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Tajemnica Filomeny

Fabuła „Tajemnicy Filomeny” jest tym ciekawsza, że wydarzyła się naprawdę, film powstał na podstawie książki prawdziwego Martina Sixsmitha.



Rewelacyjny komediodramat, znacznie przewyższający oczekiwania przed seansem. Tym bardziej, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.
 
Tytułowa bohaterka (Judi Dench) to już dość stara kobieta, która w pewnym momencie zaczyna wracać do przeszłości. A nie jest ona zbyt kolorowa, bo po tym jak zaszła w ciążę, odesłano ją do klasztoru, gdzie musiała przeżyć rozłąkę z synem. Po tak długim czasie postanawia dowiedzieć się, co się z nim stało. Pomagać jej w tym będzie Martin Sixsmith (Steve Coogan), inteligentny dziennikarz szukający głośnego tematu, o którym mógłby napisać.
 
Fabuła „Tajemnicy Filomeny” jest tym ciekawsza, że wydarzyła się naprawdę, film powstał na podstawie książki prawdziwego Martina Sixsmitha. To, co jest mocną stroną scenariusza – słabych w zasadzie nie ma – to fakt, iż nie jest publicystyczny. Bardzo łatwo byłoby zrobić z tego materiału bezlitosny atak na kościół katolicki. Tymczasem twórcy, owszem, krytykują tę instytucję, widz nie ma żadnych wątpliwości, że historia jest wstrząsająca i nie stawia sióstr zakonnych w dobrym świetle. Ale mimo to, wszystko zrobione jest z wyczuciem, nie jest łatwym epatowaniem nośnym obecnie tematem, by zdobyć przymiotnik „kontrowersyjny”. W ten sposób reżyser Stephen Frears nie robi tego, czego od Sixsmitha oczekuje jego przełożona – zachowuje się, można powiedzieć, po ludzku. Dzięki temu „Tajemnica Filomeny” jest jednocześnie krytyką, chociaż nieco mniej bezpośrednią, mediów – ich pogoni za sensacją oraz hipokryzji. Bo z jednej strony dziennikarze często starają się pokazywać, że zależy im na pokrzywdzonych, podczas gdy tak naprawdę chodzi wyłącznie o dobre tytuły i mocne teksty.
 
Najważniejsza jest tu dwójka bohaterów, tym bardziej, że oboje są wielowymiarowi. Filomena jest z pozoru prostą kobietą, zakochaną w harlequinach i wierzącą, że czyta w nich życiowe historie. Ma też swoje uprzedzenia czy ograniczenia, a jednak często jest znacznie mądrzejsza od Sixsmitha. Przyznam szczerze, że jedna z jej decyzji pod sam koniec filmu jest z jednej strony ciężka dla mnie do zrozumienia, z drugiej jednak wywołuje we mnie ogromny podziw. Tylko wielcy ludzie są zdolni do takich czynów. Sixsmith z kolei początkowo wygląda na typowego, cynicznego dziennikarskiego buca. Wyraźnie irytują go niektóre zachowania Filomeny i w sumie najchętniej sprawę załatwiłby jak najszybciej. Im dłużej jednak zna Filomenę, tym bardziej wciąga się w śledztwo, a my możemy obejrzeć jego bardziej ludzką stronę. Chociaż nie od razu budzi sympatię, w końcu udaje mu się widza do siebie przekonać.
 
Tym bardziej, że zarówno Sixsmith jak i Filomena będą się od siebie wzajemnie uczyć. Pod koniec filmu będą nieco innymi ludźmi niż na początku – a wszystko jest szalenie wiarygodne. Bardzo pomaga w tym aktorstwo. Judi Dench – jest klasą samą dla siebie, doskonale pokazuje niuanse swojej bohaterki. Steve Coogan nie ustępuje jej jednak na krok. Jest równie przekonujący, a w jednej z kluczowych scen jego mimika jest tak fantastyczna, że człowiek od razu wie, co się stało – wywołuje to ciarki na plecach.
 
„Tajemnica Filomeny” jest filmem ciekawym, świetnie nakręconym – ma odpowiednie tempo i lekkość, która jednak nie umniejsza powagi przedstawionych wydarzeń. Tak samo jak i pierwszorzędny humor, wynikający głównie, chociaż nie tylko, z różnic między dwójką głównych bohaterów. Film Stephena Frearsa jest po prostu rewelacyjny. Moim zdaniem szkoda, że nie dostał Złotego Globa za najlepszy scenariusz – „Ona” Spike’a Jonze’a była jednak bezkonkurencyjna. Nie powinno to jednak nikogo zniechęcić przed wycieczką do kina.