dwutygodnik internetowy
15.06.2015
magazyn papierowy


Święte oburzenie

Niech mój gniew nie ustaje i niech nie zachodzi nad nim słońce, abym potrafił ten świat i samego siebie czynić lepszym, przezwyciężając zło, które w sobie i w nim widzę. Bo dopóki czuję gniew, dopóty wiem, że jestem na tym świecie właśnie po to, by robić z niego miejsce do życia.

ilustr.: Kasia Majchrowska

ilustr.: Kasia Majchrowska

„Ten, kto w Kościele zachowuje się gniewnie jako dwudziestolatek, zawdzięcza to raczej biologii; kto potrafi być zagniewanym mężem jeszcze w wieku siedemdziesięciu pięciu lat, ten mówić może raczej o łasce” – pisze, cytując ojca Congara, Norbert Sommer we wstępie do książki „Gniew z miłości”. Tom ten jest zbiorem tekstów opowiadających o sprzeciwie wobec kondycji Kościoła posoborowego. Na pierwszy rzut oka jest to zupełnie niezrozumiałe zdanie. Jak możemy doświadczenie gniewu nazywać „łaską”, skoro wymieniamy je wśród siedmiu grzechów głównych? Wydaje się, że mamy do czynienia z myślą zbyt daleko idącą w swojej nieortodoksyjności. Z drugiej jednak strony już w Liście do Efezjan święty Paweł pisze: „Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!”. Jeśli zaś poszukamy w historii Kościoła innych admiratorów gniewu, to wśród nich szczególne miejsce zajmuje czempion współczesnych katolickich konserwatystów, święty Tomasz z Akwinu. Wygląda na to, że mamy w Kościele z gniewem problem.

(A)moralność gniewu

Często postrzegamy gniew jako zdecydowanie niepożądane uczucie. Kiedy działamy w gniewie, nasz racjonalny, zdystansowany osąd zostaje zaburzony i zaciemniony. Gniew może prowadzić do stereotypizacji i przemocy – zarówno tej realnej, jak i tej symbolicznej. Gdy zastanawiamy się nad tym, co znaczy gniewanie się na kogoś, myślimy o zaburzeniu relacji między dwojgiem ludzi. Sytuacja w pewnym sensie niezwyczajna – bo przecież żeby się na kogoś gniewać, musimy mieć ku temu określone powody; raczej nie gniewamy się „tak po prostu”. To nie jest nasz codzienny stan, wymaga ukierunkowania czy to na jakieś niezwykłe zdarzenie w świecie, czy też na konkretnego człowieka, który w jakiś sposób przeciwko nam zawinił. Z drugiej strony, gniew – tak jak każda emocja – posiada naturalne podłoże: jest biologiczną reakcją ludzkiego organizmu. Co więcej, stanowi ożywczą siłę potrzebną właśnie wtedy, gdy trwamy w niemocy działania.

Ta dwojaka charakterystyka gniewu wynika z niezdeterminowania etycznego uczuć. Nie sposób przecież powiedzieć, że emocje są czymś moralnie złym bądź dobrym. Uczucia są tym, co nas spotyka i czego doświadczamy, ale za co nie możemy do końca odpowiadać, skoro stanowią często niekontrolowaną odpowiedź naszego ciała, a także umysłu, na to, co dzieje się wokół nas. Z odpowiedzialnością mamy do czynienia dopiero wtedy, gdy zaczynamy podejmować intencjonalne działania odpowiadające na sygnał pochodzący od emocjonalnego zapalnika. Dlatego właśnie święty Tomasz z Akwinu charakteryzuje gniew w „Summie Teologicznej” jako „jedyne uczucie, któremu żadne inne uczucie nie przeciwstawia się ani ze względu na przeciwstawieństwo między zbliżaniem się i oddalaniem, ani między dobrem a złem”. Akwinata, analizując gniew sam w sobie, wskazuje na to, że ta konkretna reakcja emocjonalna nie posiada ani złej, ani dobrej strony; po prostu ma miejsce, przydarza się. Natomiast tym, z czym musimy się mierzyć i co podlega ocenie, są powody pojawienia się tej reakcji oraz konsekwencje, które mogą się wiązać z przedsiębranym działaniem.

Odpowiedź na zło

Nie musimy powoływać się na rozbudowane dyskusje o teodycei, aby zauważyć, że żyjemy w świecie, w którym zupełnie zwyczajnie obecne jest zło. Teologowie będą mówić o skażeniu, które jest skutkiem grzechu pierwszych rodziców. Mi wystarczy prosta konstatacja faktu: ludzie mają to do siebie, że wyrządzają sobie stale krzywdę i zadają cierpienie. Bądź to celowo, kierując się dyrektywą egoizmu i przedkładając własny interes nad interes bliźnich, bądź też przypadkowo, nawet wtedy, kiedy chcą go uniknąć. Możemy obserwować zło w skali globalnej, mając do czynienia z bezrobociem, głodem, wojną czy wyzyskiem słabszych przez tych, którzy sprawują nad nimi władzę polityczną lub ekonomiczną. Ale wystarczy zejść poziom niżej i zobaczyć zło blisko siebie: dostrzec je w mężu bijącym żonę; w nałogowcu, który tak bardzo zanurzył się w swym cierpieniu, że nie zauważył, że powoduje także cierpienie innych; w osobie chorej na depresję, która uciekając się do autoagresji, myśli, że skoro to jej problem, to nie dotyczy on nikogo innego. Żeby zobaczyć zło, nie potrzebujemy wyrafinowanych, metafizycznych konstrukcji, bo dzieje się ono zaraz obok nas, choć zdarza się, że umiejętnie go nie dostrzegamy.

Każdy z wymienionych wyżej przypadków wyzwala w nas reakcję emocjonalną. Gniew pojawia się właśnie wtedy, ponieważ jego podstawową funkcją jest udzielenie odpowiedzi na zło trudne do przezwyciężenia. Możemy na nie rozmaicie zareagować. Z jednej strony możemy złu ulec, biernie przyjąć je za dane, za stały i nieusuwalny element naszego świata. Wystarczy strywializować zło i potraktować je jako coś banalnego, trochę jak z kurzem na meblach, które długo nie były sprzątane. Brud do pewnego momentu może nas nawet nie drażnić, ale po przekroczeniu pewnej masy krytycznej zacznie budzić w nas obrzydzenie.

Nadal w mocy pozostają pytania o to, co zrobić w sytuacji, w której nie jestem w stanie pokonać całego zła. Po co wtedy zajmować się choćby jednym jego przejawem? Jeśli zło to coś, co ludzie czynią ludziom, to niezależnie od tego, jak wiele dobra sam wniosę, stale muszę brać poprawkę na to, że inne osoby nie będą postępowały zgodnie z tym samym standardem etycznym, który ja staram się wcielać w życie. Wtedy, często nieświadomie, zaczynamy przechodzić do postawy aktywnej, która zwiększa wpływ zła w świecie. Jeśli jestem nałogowym alkoholikiem i czysto teoretycznie przyjmuję na siebie cały krzyż mojego cierpienia, to wbrew najlepszym intencjom mogę zapomnieć o moich bliskich, których ból uderza rykoszetem. Siłą rzeczy zwiększam ilość zła, choć bardzo staram się go uniknąć.

Dzieje się tak wtedy, gdy traktuję gniew jako punkt docelowy. Jeśli pozostaję na poziomie samego uczucia, może ono swobodnie przerodzić się w inne, już niepożądane. Mogę kogoś kochać, ale jeśli moja miłość nie znajdzie żadnej formy zaspokojenia, to z łatwością może przeistoczyć się w zawiść czy zazdrość. Dlatego też gniew niesie ze sobą określone ryzyko.

 

ilustr.: Kasia Majchrowska

ilustr.: Kasia Majchrowska

Ryzyko gniewu

Podstawowym zagrożeniem związanym z gniewem jest nieumiarkowanie. Gniew musi mieć swój koniec w momencie, w którym udaje mi się uporać z problemem, który go wywołał. Nie może być stale towarzyszącym człowiekowi nastawieniem, a jedynie początkową reakcją. W przeciwnym razie, zapamiętując się w gniewie, zastępujemy zdrową reakcję nienawiścią. Ojciec Jacek Salij pisze o tym w następujący sposób: „Teoretycznie sprawa przedstawia się prosto: pierwszym celem, przeciwko któremu powinien kierować się nasz gniew, jest zło, nigdy – żywy człowiek, choćby najgłębiej zdemoralizowany. Bywa, że człowieka czyniącego zło trzeba ukarać, ale nigdy nie wolno mu wymierzać kary w taki sposób, że utrudnia mu się lub nawet uniemożliwia przemianę ku lepszemu. W praktyce ciągle grozi nam niebezpieczeństwo, że reakcja przeciwko złu wyrodzi się w nienawiść do złoczyńcy i trzeba nieustannego czuwania, aby do tego nie dopuścić”.

Choć sprzeciwiamy się złu, musimy przyjmować tę głęboko nieintuicyjną prawdę, że przyczyną naszego uczucia są czyny człowieka, a nie sam człowiek. Nawet w wypadku najgorszego złoczyńcy czy krzywdziciela, nie mogę skoncentrować się na jego osobie, bo wtedy dążąc do przezwyciężenia zła, tak naprawdę musiałbym pragnąć krzywdy, bądź co bądź, bliźniego.

Dlatego, jeśli w ogóle doświadczam uczucia gniewu jako odpowiedzi na zło, które obserwuję, bądź sam czynię, wtedy kluczowym zabiegiem jest skanalizowanie moich emocji tak, aby nie uległy złu, przechodząc w smutek czy nienawiść. Powinienem wyzwolić swój gniew i uderzyć w to, w czym dostrzegam zło, pamiętając o kontroli związanej z umiarkowaniem. I właśnie ten opór wobec widzianego cierpienia stanowi istotę gniewu. Wskazanie na nienawiść jako na możliwy skutek gniewu uświadamia nam, że to uczucie nie może być puste; nie mogę koncentrować się jedynie na jego obecności. Nie mogę żyć samym gniewem: on musi ulec nakierowaniu na jakiś określony cel, na przykład na obronę pewnych wartości, takich jak sprawiedliwość tam, gdzie jest naruszana, czy na dobro drugiego człowieka.

Być wrażliwym na krzywdę

Święty Tomasz twierdzi, że gniewowi nie przeciwstawia się żadne uczucie. Czy na pewno? Jeśli przyjmiemy zaproponowane wyżej podejście, w którym gniew rozumiany jest jako reakcja na zło, to prawdopodobnie najlepszym kandydatem do zbudowania wobec niego kontrastu będzie obojętność. Jeśli oburza nas dostrzegana krzywda i aktywnie występujemy przeciwko złu, to impulsywna reakcja, jaką jest gniew, będzie najlepszym znamieniem niezobojętnienia na to, co dzieje się na zewnątrz. Ten, kto unosi się gniewem, sprzeciwia się zastanej sytuacji, okazuje się człowiekiem wrażliwym na krzywdę.

Przeciwstawienie gniewu obojętności ukazuje jego pedagogiczną funkcję, o której pisał w „Drodze” święty Josemaría Escrivá de Balaguer: „Ścierasz się nieraz z różnymi ludźmi, z ich charakterami… Nie może być inaczej – nie jesteś przecież złotą monetą, która podoba się każdemu. A zresztą, jak bez tych starć w obcowaniu z bliźnimi pozbyłbyś się ostrych kantów, nierówności i szorstkości – niedoskonałości i braków – twojego charakteru, żeby osiągnąć regularny, oszlifowany i gładki, choć zdecydowany kształt miłości, doskonałości? Gdyby twój charakter i charakter otaczających cię osób był miękki i mdły jak beza, nie mógłbyś się uświęcić”.

Gniew okazuje się znamieniem twardego, silnego charakteru. Jeśli jestem zdolny do gniewu, to znaczy, że coś odczuwam – nie poddaję się życiu takiemu, jakie mnie spotyka, ale staram się kształtować świat lub przynajmniej reagować na to, co mi w nim przeszkadza. Gniew ma za zadanie wykuwać, czy raczej „szlifować”, duszę chrześcijanina tak jak jubiler, który ściera delikatną materię diamentu, by przekształcić go w brylant.

Wierni, ale mierni

W podobnym tonie wypowiadał się Mounier w „Spotkaniu z chrześcijaństwem”. W książce tej dopatrywał się kryzysu dwudziestowiecznego chrześcijaństwa właśnie w hołubieniu postawy sztucznego spokoju, która niczym nie różni się od apatii. Z pewną śmiałością możemy stwierdzić, że katolicyzm na początku XX wieku znajdował się w kryzysie podobnym do obecnego. Nie warto popadać w ton narzekania co poniektórych konserwatywnych apologetów, którzy z pasją śledzą postępy tak zwanej „pełzającej ateizacji”. Niemniej jednak pewien kryzys wartości niewątpliwie daje się zauważyć: czy to w malejącym odsetku osób przywiązanych do wiary, czy też wśród samych wierzących, którzy nie potrafią wyrażać swych przekonań przy użyciu współczesnych kategorii, ponieważ obawiają się świeckiego idiomu. Pewne różnice między nami a katolikami opisywanymi przez Mouniera oczywiście zachodzą: kryzys przełomu wieków był w dużej mierze spowodowany wychowaniem katolików do życia w modelu burżuazyjnym; dziś co najwyżej możemy dopatrywać się nowej burżuazji w wyższej klasie średniej bądź w „nowych mieszczanach”. Niektóre podobieństwa są jednak dość łatwe do zauważenia.

Na przełomie wieków realizowany przez katolików model kierującego się namiętnością zdobywcy przestawał być atrakcyjny. Wypierała go figura drobnomieszczańskiego handlarza dbającego o życiową stabilność i stałość zysku. Kult cnotliwego, życia, stosującego utarty i zachowawczy kodeks moralny, dla którego podstawową dyrektywą był przerysowany ascetyzm, skutkował „produkcją” byle jakiej młodzieży: kobiet i mężczyzn, którzy nie byli zdolni do odczuwania pasji. Oddalali się przez to od naturalnego środowiska chrześcijanina, które dziś moglibyśmy określić mianem „wykluczonych”. Modelowi katolicy nie musieli podejmować ryzyka w swoim życiu, bo byli wychowywani do postawy wiernej, ale miernej. Zneutralizowani w ten sposób, nie musieli się gniewać, bo nauczono ich sztucznie rozumianej pokory.

Podobnie jest z nami, pokoleniem ludzi wychowanych w relatywnym dobrobycie lat 90. O ile nie doświadczamy głębokiego kryzysu egzystencjalnego bądź materialnego, o tyle możemy funkcjonować w dość uporządkowanym i stowaryzowanym świecie, w którym wartości utrzymały się wyłącznie na poziomie handlarskim. Przestaliśmy się kochać, zaczęliśmy dokonywać wymiany dóbr. Byle tylko zachować względne bezpieczeństwo i komfort, nie poddawać się namiętności, unikać odsłonięcia się przed drugim człowiekiem, nie podejmować wyzwań. Boimy się innych, boimy się naszych pasji i gniewu. Wreszcie, jeśli jesteśmy wierzący, to tak bardzo obawiamy się popełnienia grzechu, że nie potrafimy docenić siły miłosierdzia. Katolicy obracają się w swoich środowiskach, niewierzący w swoich. Brakuje punktów przecięcia i konfrontacji, w których mielibyśmy możliwość otworzenia się na drugiego. To nie sekularyzm zagraża naszemu pokoleniu, to kultura zobojętnienia na drugiego człowieka, który z podmiotu przeradza się w przedmiot: czy to dlatego, że przyjmujemy prymat własnej podmiotowości nad szacunkiem dla podmiotowości bliźniego, czy też dlatego, że po prostu inni ludzie i ich los przestały nas interesować.

ilustr.: Kasia Majchrowska

ilustr.: Kasia Majchrowska

Kryzys wydrążonych ludzi

A przecież to głęboko niechrześcijańska droga. Niemożliwość podjęcia ryzyka, także tego ostatecznego, które wiąże się z gotowością do złożenia ofiary z własnego życia, musi skutkować niedojrzałością jednostki, która popada w stan apatii. Chrystus na krzyżu był właśnie dlatego najbardziej żywy, że wskazał zadanie, które przed nami stoi – poświęcenie się dla innych aż po kres. Tymczasem my sami przestajemy koncentrować się na ludziach, którzy nas potrzebują, bronimy wąsko rozumianego interesu własnego czy prawa do samostanowienia. Omijamy wzrokiem zdarzenia w świecie, które wymagają reakcji, a wycofując się ze świata, przestajemy być Bożym zaczynem. Taka postawa musi poskutkować tchórzostwem i wsobnym reakcjonizmem. Nie tworzymy nowej wartości dodanej, ale biernie powtarzamy to, co już znamy. Wtedy łatwo nam przychodzi przyjmowanie obecności zła w świecie jako czegoś naturalnego. Wszak jest to rzeczywistość skażona, która nosi w sobie struktury grzechu. Tak bardzo przerażające, że nie sposób obok nich budować struktur dobra.

Gdy myślę o tej postawie, którą reprezentują zarówno katolicy, jak i niekatolicy mojego pokolenia, którą reprezentuję ja sam, to przed oczyma staje mi jeszcze jeden obrazek, który przywołuje Eliot w „Jałowej ziemi”. Jałową ziemię zamieszkują wydrążeni ludzie, „nieufni i niemi”, którzy szukają nadziei, ale pozostają na nią niewidomi. Są nieobecnymi obywatelami królestwa śmierci, w którym zabrakło ducha. To ludzie bez gniewu, którzy zaakceptowali świat, jakim jest – wraz z całą absurdalnością rzeczywistości, która ich otacza. To prawda, absurd jest czymś, co blisko nam towarzyszy; ale jeśli nie potrafimy stawić mu czoła – stajemy się pustymi w środku obywatelami jałowej ziemi.

Dlatego, Boże, błogosław mój gniew, niech nie ustaje i niech nie zachodzi nad nim słońce, abym potrafił ten świat i samego siebie czynić lepszym, przezwyciężając zło, które w sobie i w nim widzę. Bo dopóki czuję gniew, dopóty wiem, że jestem na tym świecie właśnie po to, by robić z niego miejsce do życia.