dwutygodnik internetowy
22.05.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Strefa euro: projekt zawiera lokowanie ideologii

Jaki jest więc bilans istnienia strefy euro? Tłustych lat nie pamięta już prawie nikt, chude trwają o wiele dłużej niż przewidywano – PKB krajów strefy euro nadal jest na niższym poziomie niż jedenaście lat temu.

materiały prasowe

materiały prasowe

Dobrowolne bezrobocie wśród Greków, dogłębny altruizm niemieckiego ministra finansów Schäublego, kwitnąca gospodarka strefy euro czy nieomylność ekspertów Trojki (Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny, Międzynarodowy Fundusz Walutowy) – to nierzeczywisty scenariusz rodem z równoległej rzeczywistości, której obraz był przez ostatnie lata powszechnie podzielany. W większości przez media głównego nurtu, które informowały nas o kryzysie w Grecji i strefie euro. Na szczęście na pomoc w obaleniu tych mitów przyszedł nam ekonomiczny noblista i czołowy przedstawiciel progresywnej myśli ekonomicznej, Joseph E. Stiglitz. Wkrótce w języku polskim ukaże się jego najnowsza książka o złowieszczym tytule „The Euro: How a Common Currency Threatens the Future of Europe”.

Kto choć raz spotkał się z tym krytykiem globalizacji – zgadzając się z nim lub nie – na pewno nie zarzuci mu oderwania od rzeczywistości. W Polsce trudno o ekonomistę z tak bogatym warsztatem opartym o dziesiątki statystyk i znajomość procesów gospodarczo–politycznych z pierwszej ręki – był między innymi doradcą ekonomicznym prezydentów Clintona oraz Obamy. Na łamach najnowszej książki Stiglitz po raz pierwszy dzieli się swoimi przemyśleniami o obranym kształcie integracji europejskiej i dokonuje przysłowiowej wycieczki na stary kontynent, aby rozłożyć strefę euro na czynniki pierwsze.

Do jakich wniosków dochodzi? Wspólna waluta dla aż osiemnastu tak różniących się gospodarek to pomysł głęboko nieskuteczny. Stiglitz krytykuje koncepcję strefy euro jako opartą na niedających się uzasadnić przesłankach, wedle których głębsza integracja gospodarcza oraz znoszenie barier handlowych i przepływu kapitału przekładają się na wyższy wzrost gospodarczy. Jaki jest więc bilans istnienia strefy euro? Tłustych lat nie pamięta już prawie nikt, chude trwają o wiele dłużej niż przewidywano – PKB krajów strefy euro nadal jest na niższym poziomie niż jedenaście lat temu.

Patrząc na podstawy strefy euro jako wspólnego mechanizmu walutowego, nie trudno dojść do wniosku, że jest to projekt oparty w głównej mierze na neoliberalnych założeniach, na przykład mówiących o wyższości decyzji podejmowanych przez inwestorów prywatnych nad państwowymi bądź o niskiej inflacji jako gwarancji, że oszczędności nie stracą swojej wartości. Od samego początku tworzenia strefy euro brakowało jej wbudowanych w system instytucji pozwalających prowadzić politykę antycykliczną, takich jak ponadnarodowy fundusz gwarantowania depozytów czy szeroki mandat Europejskiego Banku Centralnego (EBC) do wspierania polityki gospodarczej (a nie tylko utrzymywania stabilności cen, czyli względnie niskiej inflacji). Bardzo aktualny dziś temat powołania ministerstwa finansów strefy euro wynika między innymi z badań amerykańskiego noblisty.

Grecja – kraj złożony na ołtarzu

Clue książki Stiglitza to historia negocjacji Grecji z jej wierzycielami, a w szczególności Niemcami. Historia politycznych rozgrywek Trojki z kolejnymi rządami i ministrami finansów Grecji, w tym Yanisem Varoufakisem, jest nam dobrze znana dzięki środkom masowego przekazu. Ale dzięki amerykańskiemu nobliście dowiadujemy się, dlaczego w świetle praw ekonomii niemożliwym jest, aby członek strefy euro wyszedł z kryzysu gospodarczego, kurczowo trzymając się sztywnego kursu walutowego. Dewaluacja własnej waluty jest oczywistą reakcją gospodarki na przejściowe problemy – podobnie jak gorączka jest naturalną odpowiedzią organizmu na pojawiające się w nim bakterie. Ta naturalna ekonomicznie droga była jednak niemożliwa do obrania ze względów politycznych. Oznaczałaby bowiem porażkę autorów gospodarczej agendy w UE.

Skutecznym rozwiązaniem byłby bail-in (bankructwo, za które płacą wierzyciele, nie podatnicy) – następujący po nim Grexit był możliwy do przeprowadzenia na korzystnych warunkach (amicable divorce) na początku kryzysu. Ale strach przed konsekwencjami politycznymi tego ruchu  zmusił największych posiadaczy greckich obligacji (rządy Niemiec i Francji oraz Trojkę) do podtrzymywania obecnego status quo, szkodliwego dla wszystkich członków toczącej się gry. Rozwiązanie to polegało na zaciskaniu pasa przez Greków oraz zmuszaniu ich do systematycznego spłacania długów ponad swoje możliwości. Narzucona Grekom polityka austerity (cięcie płac, redukcja wydatków publicznych) okazała się dla nich nie tylko zabójcza pod względem społecznym, ale i – jak przekonuje Stiglitz – nieefektywna ekonomicznie. Noblista dowodzi, że podwyższanie obciążeń podatkowych dla najsłabiej zarabiających to przepis na nieskuteczne wdrożenie reform – w szczególności wtedy, kiedy rynek pracy pełen jest szukających zatrudnienia.

Pojawia się zatem naturalne pytanie o kształt i warunki Grexitu. Gdyby Grecja zamiast tkwić w pacie opuściła eurozonę i wróciła do drachmy, spowodowałoby to natychmiastową dewaluację nowej waluty, a w konsekwencji doprowadziłoby do odzyskania konkurencyjności przez grecką gospodarkę. Wtedy Grecy nie byliby zmuszeni do większej elastyczności płac (wage moderation; uwaga, neoliberalny eufemizm!), co dzięki usilnym staraniom krajów wierzycieli sprowadziło ich na ścieżkę wewnętrznej dewaluacji, czyli obniżania udziału płac w PKB. W mniemaniu bezwzględnych chirurgów z MFW czy EBC taka polityka miała przywrócić konkurencyjność eksportu greckich towarów i usług – w szczególności turystyki, stanowiącej blisko jedną piątą greckiego PKB. Tak się jednak nie stało.

Przypadek Grecji to momentami historia pełna śmiechu przez łzy – historia o tym, jak apologeci wolnego handlu próbowali zdruzgotanej gospodarce postawić jakże celną diagnozę i wypisać receptę na szybkie ozdrowienie. Eksperci Trojki sugerowali, że zniesienie protekcjonistycznych względem rodzimego sektora rolnego przepisów (na przykład definicji świeżego mleka czy sera oraz wielkości ich opakowań) pozwoli odzyskać upragnioną konkurencyjność i przywróci kraj na ścieżkę wzrostu gospodarczego. Efekty okazały się jednak o 180 stopni różne od założeń. Greckie gospodarstwa rolne straciły udział w krajowym rynku na rzecz konkurencji z Północy – greckie produkty zostały zastąpione przez importowane z Holandii czy Niemiec ser, mleko czy pomidory. To tylko pogłębiło deficyt bilansu obrotów bieżących, oddalając Greków od uzdrowienia finansów publicznych i powrotu do grona krajów silnych i niezależnych gospodarczo.

Siesta, lenistwo, rozpasanie

Przypomnijmy sobie informacje również z polskich mediów. Nie raz słyszeliśmy, jak leniwi Grecy porzucają produkcję pracochłonnych produktów i importują nawet słynną grecką oliwę (sic!), bo tak im się nie pali do roboty. Kto z nas nie łyknął wtedy haczyka i nie wyobraził sobie leżącego pod palmą bezrobotnego, acz szczęśliwego Greka – znane uczucie wzburzenia wywołane czyimś rzekomym „nieróbstwem”. Otóż prawda leży gdzie indziej. Greckie firmy nadal chciały eksportować i sprzedawać swoje produkty na wewnętrznym rynku, gdzie ciągle spadała siła nabywcza, ale stawały się one mniej konkurencyjne przez brak cięcia kosztów płac, co robiły kraje Północy. Mimo wszystko w 2012 roku płaca minimalna została obniżona o 22 procent z 876 euro do poziomu sprzed 2006 roku – zamrożono ją też do dnia dzisiejszego. Przełożyło się to na jeszcze większy spadek konsumpcji (o jedną czwartą w pięć lat od wybuchu kryzysu), a tym samym i PKB.

W międzyczasie realnym wyzwaniem (rzadziej dostrzeganym przez konsylium ekonomistów) były oligarchiczne układy na styku polityki, mediów i banków. Przedsiębiorcy niezwiązani z jedną z nielicznych rodzin trzymających władzę nad kapitałem nie mogli liczyć na kredyt dla ich działalności. Ograniczona akcja kredytowa spowodowana była też bank-runem, czyli masowym wycofywaniem depozytów z banków, co jeszcze bardziej pogrążyło Grecję w jej strukturalnym kryzysie.

Eksperyment na żywym organizmie pokazał zasadniczą słabość strefy euro – wbudowane w takie instytucje jak EBC mechanizmy zawiodły, bo były oparte na przekonaniu, że to rynek najefektywniej doprowadzi z powrotem do równowagi. Sztywność kursu walutowego nie dała Grecji okazji do oddechu, zaś reguły fiskalne z traktatu z Maastricht (słynny pułap maksymalnego deficytu w wysokości 3 procent PKB, ucieleśnienie neoliberalnej ekonomii) uniemożliwiły zastosowanie keynsistowskiej/keynsowskiej zasady państwa jako sterownika statku na oceanie we mgle niepewności. Wydając pieniądze zarówno na inwestycje, jak i pobudzające aktywność zawodową transfery socjalne, rząd dałby antycykliczne impulsy pobudzające rynek pracy i gospodarkę. Zdaniem Stiglitza ten brak elastyczności i ekonomicznej suwerenności pogłębił kryzys, z którego Grecja nie wyszła do dziś.

Solidarność na ratunek euro

Czy strefa euro jest zatem stracona? Nie – twierdzi Stiglitz. Pomimo niezliczonej ilości błędów popełnionych przez wierzycieli Grecji, trzymających się ślepo swoich dogmatów, strefę euro da się jeszcze naprawić. Brak elastyczności kursów walutowych trzeba zrekompensować wspólnym mechanizmem gwarantowania depozytów (znany klientom polskich SKOK-ów paneuropejski BFG) oraz zawieszaniem reguł wydatkowych na czas dekoniunktury. W czasie kryzysu pozwoliłoby to rządom na większe niż zwykle zadłużanie (szybsze niż 3 procent PKB rocznie) celem uzupełnienia niższych wpływów podatkowych w budżecie i większe wydatki na inwestycje publiczne, zwiększając tym samym optymizm na rynku i przeciwdziałając załamaniu się popytu wewnętrznego oraz bezrobociu.

Strefa euro potrzebuje nowej definicji nie tylko zasad postępowania z zadłużonymi krajami, ale i fundamentów solidarności. Trwający już prawie dziesięć lat marazm gospodarczy nie skończy się, nawet jeśli w Europejskim Banku Centralnym pojawi się dwa razy więcej ekonomistów – tej instytucji brakuje mandatu do wspierania polityki gospodarczej poszczególnych rządów, jaki mają choćby NBP czy amerykański FED.

Stiglitz docenia słowa prezesa EBC, Mario Draghiego, który w czerwcu 2012 roku zapewnił, że EBC zrobi, co w jego mocy, aby uratować wspólną walutę. Zdaniem noblisty potrzebny jest europejski minister finansów. Ten mógłby kierować efektywniej środkami unijnymi tam, gdzie wzrost gospodarczy jest rachityczny, dokonując tym samym (w obecnych warunkach) redystrybucji od krajów Północy do krajów Południa.

A co to nas wszystkich nad Wisłą obchodzi

A jaki z tego wniosek dla Polski? I tak już jesteśmy silnie uzależnieni od strefy euro, a nad Wisłą często słychać głosy akcentujące potrzebę suwerenności gospodarczej i politycznej, szczególnie wobec Niemiec. Warto więc może wyjść poza emocjonalną narrację o hegemonii naszego zachodniego sąsiada i w debacie o przejściu od złotego do euro użyć karty greckiej. Warszawa, redefiniując swoje relacje z Berlinem, może jako interesariusz podkreślać alternatywne wyjścia z sekularnej stagnacji (trwałego zahamowania wzrostu gospodarczego), która bez wątpienia trapi strefę euro. Choćby poprzez skonstruowanie ponadnarodowych mechanizmów redystrybucji nadwyżek handlowych – do tego potrzeba jednak silnego mandatu politycznego. Nie to jednak z punktu widzenia Polski byłoby najważniejsze (to my mamy od kilku lat nadwyżkę w handlu z Niemcami). Budżet krajów strefy euro powstałby kosztem funduszy strukturalnych, których jesteśmy największym beneficjentem. Zatem ratowanie pozycji krajów Południa odbyłoby się kosztem budowy naszych kolei, dróg czy lotnisk – czy stać nas na ten rodzaj ekonomicznej solidarności na miarę XXI wieku?

***

Książkę dokładnie obrazującą polską perspektywę przystąpienia do strefy euro opublikowali niedawno były wiceminister finansów Stefan Kawalec oraz główny ekonomista mBanku Ernest Pytlarczyk – „Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty?”, Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny, Międzynarodowy Fundusz Walutowy