dwutygodnik internetowy
13.01.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Stanowski: Polska jest liderem nowych form pomocy

Wiele rządów do pomocy rozwojowej zalicza wpieranie własnego biznesu, w kraju, któremu pomagają. Wspierają własne firmy za granicą. Niektórzy, na przykład Niemcy, na takiej „pomocy” zarabiają netto więcej, niż wydają.

Ilustr.: Iga Gosiewska


Klasyczny model pomocy promowany przez kraje takie jak Francja zakłada przelewanie dużych kwot do budżetów wspieranych państw. Polska stawia na współpracę ze społeczeństwem obywatelskim, przekazywanie pieniędzy bezpośrednio do organizacji pozarządowych z pominięciem reżimów. W ten sposób sprawiamy, że ludzie mogą decydować sami o sobie.
Z Krzysztofem Stanowskim rozmawia Mateusz Luft.
 
Według Aid Transparency Index w 2013 roku znaleźliśmy się na szarym końcu krajów udzielających pomocy. Pośród 67 państw bogatej północy uplasowaliśmy się na 57 miejscu. Czy to znaczy, że pomagamy za mało?
Odpowiem pytaniem: Czy jeżeli kupuje pan koszulę na wyprzedaży, to znaczy, że nie dba pan o siebie?
 
Nie widzę analogii.
Czy wyłącznie wysokością ceny koszuli mierzy się pana schludność, elegancję? Otóż nie. Podobnie wysokość rachunku nie może być jedynym miernikiem udzielanej przez nas pomocy.
 
Rachunek wydaje mi się jednak dość istotny.
Dla snoba na pewno. Czy jeżeli nie wysłał pan córki do najdroższej szkoły w Warszawie, to znaczy, że pan jej nie kocha? A może po prostu wybrał pan szkołę, która w najlepszym stopniu odpowiada jej potrzebom, oczekiwaniom Pana rodziny, wartościom?
 
To może inaczej, czy kwoty, które wydajemy, są wystarczające do celów, które sobie stawiamy?
Polska powinna pomagać więcej. Ale mierzenie pomocy wyłącznie wysokością rachunku jest nieporozumieniem. Ze względu na historyczne doświadczenia Polska pomoc rozwojowa różni się od pomocy udzielanej przez innych donorów. Wiele krajów, ba, również wiele polskich organizacji pozarządowych uważa, że najlepszą formą pomocy jest wsparcie budżetowe (budget support). Czyli przekazywanie środków bezpośrednio do budżetu państw, którym pomagamy, bez żadnych warunków. Niech sami decydują, na co wydać pieniądze.
 
Czy Polska także to robi?
Nie, i bywa za to krytykowana. A czy Pan uważa, że powinniśmy bez żadnych warunków przekazać Białorusi, Tadżykistanowi, czy Sudanowi Południowemu 200, 300, czy 500 milionów dolarów, zakładając, że ich rządy najlepiej wiedzą, jak wykorzystać dane im pieniądze?
 
Przecież są to kraje, których rządy nie przestrzegają zasad demokratycznych, prześladują swoich obywateli.
Ale przez lata takie było właśnie oblicze pomocy rozwojowej. Polska jest jednym z pierwszych krajów, który powiedział, że pieniądze z pomocy rozwojowej nie powinny być przekazywane rządom krajów autorytarnych. Gdy podczas konferencji „Solidarni z Białorusią” w 2011 roku w Warszawie zaproponowaliśmy krajom udzielającym pomocy, aby pieniądze z pomocy rozwojowej wykorzystać na wsparcie społeczeństwa obywatelskiego Białorusi, było to zaskoczeniem dla niektórych darczyńców. Chwilę potem wybuchła Arabska Wiosna.
 
Polska posiada też innowacyjne narzędzia finansowe takie jak 1%. Czy ma pan świadomość, że 1% przekazany np. na stowarzyszenie Inicjatywa Wolna Białoruś to także jest oficjalna pomoc rozwojowa? Oczywiście jeśli zostanie wydany na pomoc Białorusi.
 
Nie mam.
1% nie pochodzi z Pana portfela, to są podatki. Publiczne pieniądze. O ich sposobie wydawania decydują nie parlament czy rząd, ale bezpośrednio obywatele. Jest zaledwie kilka krajów na świecie, które przyjęły takie rozwiązanie.
 
Na konferencji „Solidarni z Białorusią” rzucało się w oczy, że inne kraje przeznaczają większe kwoty na pomoc rozwojową.
Na pomoc rozwojową ogólnie tak, na Białoruś – na pewno nie. Proszę mi wskazać państwo, które przeznacza na pomoc Białorusi 10 milionów euro rocznie. Co więcej, jest to pomoc bezzwrotna. W przeciwieństwie do wielu krajów, polska współpraca rozwojowa nie koncentruje się na wpieraniu własnego biznesu w kraju, któremu pomagamy. Takie działanie przynosi dochód, który wraca do kraju pomagającego w formie podatków, wzrostu zatrudnienia. Polska z reguły nie przekazuje pieniędzy w ten sposób. Zatem nasza pomoc jest pomocą netto. Jedyny istotny wyjątek to niedawne umorzenie kredytu wobec Chin. Ta sprawa słusznie boli, ale nie była to decyzja MSZ.
 
Na czym jeszcze polega krytyka polskiego modelu pomocy?
Po wstąpieniu do UE systematycznie zwracano nam uwagę, że powinniśmy pomagać przede wszystkim Afryce Subsaharyjskiej, której większość stanowią dawne francuskie kolonie. To zrozumiałe, że Francja uważa, iż cała polska pomoc powinna być skierowana do Afryki. Tak samo zrozumiałe jest też nasze przekonanie, że co najmniej część francuskiej pomocy powinna trafić do Mołdawii, Ukrainy, Białorusi, Tadżykistanu.
 
Nie ma więc zgody co do tego, komu pomagać. Czy zgadzamy się chociaż na to, jak pomagać?
Pomoc każdego kraju ma swoją własną specyfikę. Kanadyjczycy stawiają warunek, że pieniądze z pomocy rozwojowej nie mogą prowadzić do degradacji środowiska naturalnego. Wiele krajów, w tym Polska, podkreśla, że pomoc powinna prowadzić do wyrównania szans kobiet i mężczyzn. Szwedzi podkreślają znaczenie transparentności pomocy. Dla Polski z jej doświadczeniami historycznymi ma ogromne znaczenie to, by nasza pomoc nie wspierała reżimów autorytarnych, rządów, które prześladują swoich obywateli. Każdy polski projekt powinien dawać obywatelom większość możliwość współdecydowania o własnym losie. Co najmniej na szczeblu lokalnym. Nie wszyscy tak uważają.
 
W ostatnich kilkunastu latach współpracę rozwojową kształtowały Milenijne Cele Rozwoju. Cele zostały opracowane w oparciu o Deklarację Milenijną przyjętą na szczycie ONZ w 2000 roku. Przy redagowaniu Celów świadomie pominięto treści tylko jednego, 5-go rozdziału deklaracji zatytułowanego „Prawa człowieka, demokracja i praktyki dobrego rządzenia”. Na kilkanaście lat z debaty publicznej wymazano jeden z bardzo ważnych elementów rozwoju.
 
W efekcie znaczna część europejskiej pomocy rozwojowej była przekazywana w ręce rządów autorytarnych. Naturalnym wydawało się, że współprzewodniczącym Unii na rzecz Regionu Morza Śródziemnego był nie kto inny jak Hosni Mubarak. Nam trudno byłoby wyobrazić sobie powierzenie Aleksandrowi Łukaszence rotacyjnego przewodnictwa Partnerstwa Wschodniego.
 
Zwracał pan uwagę na to, że gdzie indziej chce kierować pomoc Francja, gdzie indziej Polska. Czy fundacja powołana centralnie dla całej Unii – European Endowmnment for Democracy – realizuje cele Partnerstwa Wschodniego?
Ta instytucja nie powstała, by wspierać Partnerstwo. Geograficznie w takim samym stopniu obejmuje kraje południowego i wschodniego sąsiedztwa UE. Partnerzy Fundacji będą zarówno w Egipcie, jak i na Ukrainie. Powołana z polskiej inicjatywy jest uzupełnieniem istniejących programów Unii. W przeciwieństwie do nich pozwala sprawnie i elastycznie reagować na wydarzenia również w krajach rządzących autorytarnie, gdzie nie możemy liczyć na współpracę z władzami. EEfD ma docierać do partnerów niezależnymi kanałami, a nie za pośrednictwem przedstawicielstw UE w zainteresowanych krajach. Według mojej wiedzy wśród pierwszych wspartych inicjatyw są też inicjatywy białoruskie.
 
EEfD była bardzo ważną inicjatywą Polski. Początkowo spotkała się z dużym oporem ze strony krajów przywiązanych do tradycyjnego modelu pomocy rozwojowej.
 
Czy faktycznie udaje nam się promować inny styl działania?
Projekty (również unijne) uruchomione w rezultacie konferencji donorów „Solidarni z Białorusią” były adresowane do społeczeństwa obywatelskiego Białorusi i realizowane bez uzgodnienia z tamtejszymi władzami. Dzięki naszym staraniom powstał European Endownment, w czasie i dzięki polskiej prezydencji w UE zmienił się język, jakim mówi się w Unii o pomocy rozwojowej. Tam, gdzie przed kilku laty mówiło się o dobrym rządzeniu, dziś wprost mówi się o samorządności, demokracji. To zasługa między innymi Polski, Szwecji, Norwegii.
 
A czy Polska powinna przeznaczać więcej pieniędzy na pomoc rozwojową? Z pewnością tak, choć nie jestem pewien, czy już dziś bylibyśmy w stanie wydać je mądrze. Gdyby przekazać organizacjom pozarządowym pieniądze, które tylko w roku 2012 przeznaczane zostały na umorzenie długów Chinom, byłoby to dodatkowe 150 milionów zł.
 
Czyli kwota kilkukrotnie przewyższająca środki obecnie przeznaczane na pomoc rozwojową poprzez organizacje pozarządowe.
Dokładnie. Łatwo takie pieniądze wpłacić do organizacji międzynarodowych, przekazać przedsiębiorstwom, aby zbudowałyby autostradę, czy udzielić pomocy budżetowej. Dużo trudniej przekazać je w formie stosunkowo niedużych rocznych projektów realizowanych przez organizacje obywatelskie.
 
Adam Leszczyński na łamach „Kontaktu” krytykował polską pomoc za to, że służy głównie realizacji naszych własnych celów. Wspieramy projekty w Afganistanie, które mają poprawić bezpieczeństwa naszych żołnierzy. Według tej linii krytyki najlepiej byłoby, gdyby kraj który udziela pomocy, sam na niej nie skorzystał.
Z takiej perspektywy Polska należy do najlepszych dawców. Przekazuje pomoc netto nie oczekując zysków. W powszechnym „nadmuchiwaniu” sum raportowanych jako ODA Polska zachowuje się wstrzemięźliwie – nie wliczamy w budżet pomocowy pieniędzy przekazanych Polonii np. na Ukrainie na naukę języka ojczystego. Inaczej postępuje np. Francja, która za pomoc uznaje wsparcie nauki francuskiego w byłych koloniach.
 
Jako pomoc liczymy zdaniem Leszczyńskiego też stypendia na studia w Polsce dla obywateli innych krajów. Oni z reguły już tu zostają.
Wielu Polaków, którzy wyjechali na stypendia w latach 80-tych, czy na początku lat 90-tych, wróciło do kraju. Podobnie postępuje wielu studentów przyjeżdżających do Polski (nie mówimy tu o studentach polskiego pochodzenia – oni nie są liczeni w pomocy rozwojowej). Część zostaje. Oczywiście. Są wolnymi ludźmi w wolnym kraju. Nie słyszałem jednak pomysłu, by ktoś proponował deportację białoruskich absolwentów programu Kalinowskiego. Nie dajmy się zwariować.
 
Duża część polskiej pomocy kierowanej do krajów Partnerstwa Wschodniego ma charakter prodemokratyzacyjny, czyli polityczny. Czy taka pomoc powinna nazywać się pomocą rozwojową, czy po prostu pomocą polityczną?
Nie bardziej polityczną niż budowanie uniwersytetu i przymykanie oczu na fakt, że będą się w nim uczyli tylko chłopcy lub dzieci nomenklatury. Na kolacji, podczas zebrania Rady Rozwojowej UE w Sopocie w czasie polskiej prezydencji, Zainab Bangura, wieloletnia działaczka na rzecz praw kobiet w Sierra Leonem, następnie minister spraw zagranicznych i minister zdrowia, powiedziała mądre słowa: „Demokracja i rozwój są ze sobą związane jak pedały w rowerze. Jeżeli brakuje jednego, nigdzie się nie pojedzie”. Jestem głęboko przekonany, że nie ma szans na prawdziwy rozwój w warunkach, w których ludzie nie mogą współdecydować o swoim losie. Nie ma rozwoju w krajach niewolniczych i autorytarnych.
 
Badania PISA pokazują, że Polska dzięki mądrym reformom weszła do elity krajów z najlepszymi wynikami edukacji szkolnej. Było to możliwe nie dzięki pieniądzom z ropy, czy innych bogactw naturalnych, ale przekazaniu ważnej części władzy nad edukacją samorządom. Dziś widzimy efekty tych decyzji, a udzielając pomocy wykorzystujemy własne doświadczenie. Przenosząc to na grunt pomocy rozwojowej. Chyba nie wierzy pan, że jesteśmy w stanie zbudować świetne autostrady w Afryce?
 
Nie sądzę. Wydaje się, że Francuzi mają tam dużo lepsze kontakty biznesowe.
Moim zdaniem po prostu nie potrafimy tak dobrze budować autostrad. Są dziedziny, w których nie powinniśmy pomagać, bo się na nich nie znamy. Pomagajmy w tych, w których mamy doświadczenie, wiedzę, umiejętności i ekspertów: tworzeniu samorządności, wolnych mediów, małego biznesu, obywatelskiego zaangażowania w sprawy publiczne. To jest właśnie polski wkład w europejską i światową pomoc rozwojową.