dwutygodnik internetowy
16.05.2016
magazyn papierowy


Spółdzielczość: reaktywacja

Trudno odtworzyć zapał, z jakim budowano dawny ruch spółdzielczy. Trzeba by przekonywać do tego od najmłodszych lat – nie tylko wbrew kulturze skrajnego indywidualizmu, którego produktem jest „korwinistyczna” młodzież, ale również wbrew kulturze lansu i działania na pokaz. Zadanie to iście heroiczne.

ilustr.: Stanisław Gajewski

ilustr.: Stanisław Gajewski

Artykuł pochodzi z 30. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Dobra wspólne”.

***

Trzeba uzbroić mózgi, wysoko nastroić serca, potężnie zahartować wolę – a osiągniemy cel Kooperacji”

Romuald Mielczarski

 

Spółdzielczość, przez lata pogardzana i marginalizowana, w ostatnim czasie nie tylko powraca do debaty publicznej, ale robi się nawet modna. Coraz więcej organizacji pozarządowych, nieformalnych inicjatyw społecznych, działaczy społecznych i politycznych odwołuje się do idei kooperacji, mówi o konieczności jej odzyskania i wprzęgnięcia w bardzo różnie rozumiane projekty zmiany społecznej. Rozwija się ruch spółdzielni socjalnych, powstają kooperatywy spożywcze, a nawet kooperatywy mieszkaniowe, a także inne, często nieformalne formy współdziałania, takie choćby jak Fab Laby (rodzaj spółdzielni inżynierów) czy grupy hakerskie.

„Spółdzielnie”, „kooperatywy” czy „ekonomia społeczna” stały się poręcznymi hasłami, które łatwo można wymienić wśród środków zaradczych na współczesną, niepewną sytuację pracowników, prekariuszy czy deficyt troski o dobro wspólne. Do idei kooperacji odnosi się obecnie wielu teoretyków, działaczy, publicystów – nie tylko zresztą lewicowych. Dla przykładu, wizja Jana Sowy w książce „Inna Rzeczpospolita jest możliwa”, oparta jest na koncepcji „biopolitycznych dóbr wspólnych”, które stanowią „podstawę istnienia i funkcjonowania społeczeństwa ludzkiego jako takiego”. Logika dobra wspólnego, którego podmiotem jest „wielość”, ma według Sowy zastąpić myślenie w kategoriach społeczeństwa obywatelskiego.

Samoorganizacja w oparciu o dobra wspólne nie zaczęła się oczywiście wczoraj – a polska tradycja kooperacji jest przywoływana coraz częściej. W swojej najnowszej książce „13 pięter”, Filip Springer odwołuje się na przykład do przedwojennej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Wskazuje na nią jako na zrealizowany wzór całościowej wizji osiedla społecznego, umożliwiającego nie tylko godne mieszkanie, ale także pod wieloma względami lepsze życie (na co składała się opieka medyczna, edukacja, rozwój kulturalny i estetyczny) ludziom wywodzącym się z różnych klas społecznych. Jak pokazuje Springer, WSM starała się zaspokajać potrzeby, które i dziś dla dużej części polskiego społeczeństwa pozostają niespełnione w dostatecznym stopniu.

Jak jednak wygląda budowanie kooperacji w praktyce, we współczesnych warunkach? I czy dziś, w jakikolwiek sposób, możemy nawiązywać do spółdzielczej tradycji początku XX wieku i okresu międzywojennego? Próby przypominania dawnej myśli spółdzielczej są ze wszech miar potrzebne. Towarzyszy im zwykle przekonanie, że choć współczesne inicjatywy pozbawione są rozmachu i skali dawnego ruchu, istota spółdzielczości, jako demokratycznej organizacji opartej na idei uspołeczniania zysku, pozostaje niezmienna i zawsze może być urzeczywistniona. Trudno nie zgodzić się z przekonaniem o aktualności i żywotności samej idei. Jednak kilka lat doświadczeń z różnymi formami odradzania się oddolnej, demokratycznej spółdzielczości w Polsce pozwala twierdzić, że warunki jej realizacji znacznie się różnią od tych, w których spółdzielczość powstawała. Zrozumienie tych różnic powinno być kluczem dla świadomej, pozbawionej idealizacji refleksji nad aktualnością idei spółdzielczej i możliwościami jej realizacji.

Fenomen „Społem”

Polska spółdzielczość powstawała w warunkach wysoce niesprzyjających. Pierwsze kooperatywy spożywców, zakładane w zaborze rosyjskim od lat 60. XIX wieku, były tworami rachitycznymi, tworzonymi przez inteligencję i mieszczaństwo, które na próżno próbowały przyciągnąć do kooperatyw warstwy pracujące. Historia „Społem” jako ruchu społecznego rozpoczęła się w 1906 roku, gdy powołano Towarzystwo Kooperatystów. Cele Towarzystwa, tworzonego między innymi przez Edwarda Abramowskiego, Stanisława Wojciechowskiego i Romualda Mielczarskiego, dotyczyły głównie edukacji i propagandy. Wydawano książki i broszury, organizowano kursy. Narodziło się wówczas pismo „Społem!”, które do końca okresu międzywojennego pozostawało jednym z głównych głosów spółdzielczej Polski. Wkrótce powołano też pierwszą spółdzielczą hurtownię oraz zakłady produkcyjne w Kielcach. W 1918 roku Warszawski Związek Stowarzyszeń Spółdzielczych przekształcił się w związek ogólnopolski.

Rodząca się spółdzielczość musiała przetrwać zaborcze represje, zniszczenia I wojny światowej i zapaść gospodarczą pierwszych lat II Rzeczpospolitej, a następnie tę związaną ze światowym kryzysem ekonomicznym w roku 1929. Dopiero mniej więcej w połowie lat 30. budowany cierpliwie ruch spółdzielczy krzepnie. Do tego czasu udaje się pokonać wiele trudności organizacyjnych i utrwalić postawy sprzyjające jego sprawnemu funkcjonowaniu. Było to już jednak tuż przed katastrofą kolejnej wojny, która pogrążyła marzenie „Społem”, mimo że związkowi udało się przetrwać w wojennych warunkach.

Ruch spółdzielni spożywczych rozwijał się w różnych środowiskach i – pomimo wspólnej idei przewodniej – pozostawał pod wpływem różnych stronnictw ideowych i politycznych. Zaraz po odzyskaniu niepodległości podstawowym celem działaczy spółdzielczych stało się zjednoczenie rozdrobnionej na wiele stronnictw spółdzielczości spożywczej, co udało się w roku 1925, w dużej mierze dzięki wysiłkom wielkiego patrona ruchu, Romualda Mielczarskiego. W skład zjednoczonego „Społem” weszły wówczas trzy związki spółdzielcze: Robotniczy, „Społem” i Pracowników Państwowych. Działalność Powszechnego Związku Spożywców „Społem” była szeroko zakrojona. Związek nie tylko nadzorował bieżącą pracę spółdzielni, zarządzał hurtownią i zakładami produkcyjnymi „Społem”, założył i nadzorował bank „Społem” obsługujący spółdzielnie związkowe, ale też wydawał książki i czasopisma, prowadził badania w ramach Spółdzielczego Instytutu Naukowego, kształcił spółdzielców na kursach i wyjazdach, opiekował się spółdzielczością uczniowską, uczestniczył w pracach Międzynarodowego Związku Spółdzielczego. Przy związku powstała również organizacja kobieca – Liga Kooperatystek.

Istotnym elementem działalności związku „Społem” była nie tylko „propaganda”, czyli szerzenie wiedzy o idei spółdzielczości, ale też wychowanie spółdzielcze. Chodziło o to, by współpracę i solidarność praktykować na najbardziej elementarnym poziomie już od lat najmłodszych. A także o to, by utrzymać jedność ruchu, pomimo różnic klasowych i zażartych sporów politycznych, w których prym wiedli głównie przedstawiciele spółdzielczości określanej jako robotnicza, radykalnie socjalistycznej i komunizującej. Gorącym propagatorem „powszechności” i neutralności politycznej kooperacji był jeden z przywódców i ideologów ruchu, Marian Rapacki. „Społem” wypracowało własną, wyrazistą ideologię, konsekwentnie dystansując się od sporów czysto politycznych. Opierała się ona na krytyce kapitalizmu i potrzebie emancypacji zjednoczonych spożywców od pośrednictwa. Spółdzielczość stawała po stronie „świata pracy”, dystansując się jednak od pojęcia walki klasowej, uznając, że dzięki oddolnej samoorganizacji, spożywcy są w stanie przeobrazić niesprawiedliwe stosunki gospodarcze. Ich nastawienie było przy tym niezwykle praktyczne. Na łamach pism spółdzielczych pojawiały się teksty dotyczące zagadnień politycznych, choćby o związkach między kooperacją a socjalizmem, przy czym konsekwentnie dystansowano się od wpływów partyjnych. Polityczne wizje absorbowały jednak spółdzielców w o wiele mniejszym stopniu, niż codzienne problemy czy walka o rozwój i stabilność ruchu, zagrożoną przez zaciekły opór ze strony silnych grup interesów. Jak werbować nowych członków? Jak atrakcyjnie urządzić obchody Dnia Spółdzielczości? Jak szkolić pracowników sklepu i urządzić sklepową wystawę? Jak zachęcić kobiety do uczestnictwa w życiu spółdzielczym? Jakie rozwiązania przyjęto w spółdzielniach poszczególnych krajów europejskich? Takie tematy przede wszystkim poruszano na łamach spółdzielczej prasy.

Praca ta trwała dziesiątki lat i dała imponujące rezultaty, choć nie aż tak szeroko zakrojone, jak w krajach zachodnich, a zwłaszcza skandynawskich, które często podawano za wzór. Według dwutygodnika „Społem!” w latach trzydziestych w ruchu spółdzielczym uczestniczyło około 10% Polaków.

Współpraca w czasach „elastyczności”

Dziś, z kilku powodów, niezwykle trudno byłoby odtworzyć zapał, zaangażowanie i wytrwałość, z jakim budowano ówczesny ruch spółdzielczy. Pierwszy zespół przyczyn, który domagałby się dogłębnej analizy, przekraczającej ramy niniejszego tekstu, należałoby wywieść z przemian gospodarczych i strukturalnych, jakie zaszły w świecie rozwiniętego kapitalizmu od czasów rozkwitu spółdzielczości w drugiej połowie XIX wieku. Przejście do społeczeństwa poprzemysłowego, w którym coraz mniejsza część gospodarki opiera się na produkcji, sprawiło, że duże grupy społeczne dawniej stanowiące bazę spółdzielczości – między innymi wykwalifikowani robotnicy – nie mogły już w dalszym ciągu pełnić takiej roli. Z kolei kurczenie się populacji wiejskich niemalże unicestwiło drugą społeczną podporę spółdzielczości – chłopstwo. Po upadku modelu fordowskiego dążono do uelastycznienia pracy, osłabienia więzi pracownika z zakładem, promowano mobilność, samodzielność w kształtowaniu swojej kariery. Stąd też trudno jest budować społeczną solidarność, opierającą się niegdyś na podobnych i trwałych warunkach pracy, zamieszkania, spędzania wolnego czasu. Pojawia się też trudność w budowaniu samoświadomości wśród przedstawicieli rosnącej grupy prekariuszy.

Drugą stroną tych przemian jest podniesienie się poziomu życia w tak zwanym świecie rozwiniętym. Dzięki uprzemysłowieniu rolnictwa i konsolidacji rynku spożywczego ceny żywności są bardzo niskie. Rozbudowana kontrola jakości sprawia, że proste oszustwa przez fałszowanie produktów, będące niegdyś częstą praktyką, a tym samym ważnym argumentem w rękach spółdzielców, dziś przestają być główną bolączką konsumentów. Nie znaczy to, że zrzeszanie się w celu omijania pośrednictwa straciło swoją zasadność. Gdyby spółdzielnie potrafiły przekonać do siebie biedniejsze grupy społeczne, wciąż potrafiłyby im zapewnić wysokiej jakości zaopatrzenie w niższych cenach. Ponieważ jednak bezwzględna nędza pracowników przestała być zjawiskiem masowym, również ich samoorganizacja, wymagająca wysiłku i determinacji, przestała być tak kuszącym rozwiązaniem. Jednocześnie nowi działacze spółdzielni, którzy dążyli do odnowienia oddolnej, prawdziwie demokratycznej spółdzielczości w Europie przynajmniej od lat 90., rekrutowali się głównie z klas średnich i stawiali raczej na podniesienie już i tak wysokiej jakości życia, niż zapewnienie elementarnych potrzeb. Przykładowo, spółdzielnie spożywcze zawiązują się już nie po to, by zaspokoić elementarne potrzeby żywieniowe, ale po to, aby zapewnić dostęp do żywności wysokiej jakości, produkowanej naturalnymi, często tradycyjnymi, metodami.

Szczególnie ważnym aspektem tego samego procesu są przemiany kulturowe i osobowościowe. Nowo powstające spółdzielnie, pod względem struktury, ale także i wartości, wpisują się w szersze tendencje, wyznaczające charakter ruchów społecznych po rewolucji kulturowej lat 60. XX wieku. Nowe ruchy społeczne zasadniczo oparte są na dążeniu do jednostkowej samorealizacji. Uczestnictwo w nich jest uzależnione od tego, na ile wpiszą się w osobiste projekty tożsamościowe uczestników, na ile pomogą im w autoekspresji. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest fakt, że działanie społeczne jest często płynne, zmienne, epizodyczne. Ruchy społeczne mają luźną strukturę, są programowo niehierarchiczne. Rzadko opierają się na lojalności i długotrwałym poświęceniu, częściej na nieustannym przepływie coraz to nowych uczestników. Taką strukturę – całkowicie nieformalną, „niehierarchiczną” – ma większość działających w Polsce kooperatyw spożywczych.

Optymistyczni teoretycy czy nawet orędownicy przemian związanych z opisanymi wyżej zjawiskami przemian kulturowych, jak na przykład Anthony Giddens, uważają, że świat ponowoczesny oferuje jednostce niespotykany dotąd poziom wolności, opierającej się na możliwości swobodnego wyboru stylu życia. Bardziej krytyczni stwierdzają jednak, że porządek ponowoczesny utrudnia współpracę i solidarność pomiędzy ludźmi. W niedawno wydanej po polsku, napisanej w latach 70., ale niezwykle aktualnej książce „Kultura narcyzmu” amerykański historyk Christopher Lasch przedstawia pesymistyczną wizję kultury amerykańskiej po rewolucji kulturowej lat 60. Zwracając uwagę na zjawisko nasilających się narcystycznych zaburzeń osobowości, rozumie jednak narcyzm przede wszystkim jako szerszą kategorię dla opisu kultury opartej na obsesji kreowania własnego wizerunku i odnajdywania potwierdzenia własnej wartości w oczach innych. W tej kulturze jednostka, pozornie nastawiona na autoekspresję, w istocie zatraca poczucie granic między sobą a światem zewnętrznym, a w efekcie swą podmiotowość. Trwała współpraca wymaga zaś silnego i trwałego „ja”.

ilustr.: Stanisław Gajewski

ilustr.: Stanisław Gajewski

Moralnie doskonały charakter

W pierwszych latach wydawania dwutygodnika „Społem!” często zamieszczano w nim fragmenty pism kooperatystów brytyjskich czy francuskich. „Najwyższym celem ludzkich dążeń, koroną i kwiatem życia – jest moralnie doskonały charakter” – pisano w jednym z takich artykułów w 1908 roku. W innym tekście w „Społem!” jeden z najważniejszych teoretyków spółdzielczości, Karol Gide, pisze, iż solidarność powinna stać się „obowiązkiem”, a społeczeństwo winno przekształcić się w „jedno wielkie stowarzyszenie wzajemnej pomocy”. Gide podkreśla, że choć spółdzielczość, wbrew jej krytykom, nie zabija indywidualności, uczestnictwo w stowarzyszeniu powinno uczyć „poświęcenia pewnych praw własnych na rzecz drugich”. Wydaje się, że gotowość ta jest kluczem do spółdzielczego wychowania i zarazem tym jego aspektem, który dziś niezwykle trudno byłoby odnowić.

W zgłębianiu spółdzielczych wartości wychowawczych okresu międzywojennego bardzo pomocna jest lektura „Spólnoty”, popularnego tygodnika wydawanego przez związek „Społem” od 1921 roku. Redaktorzy zamieszczali tam liczne treści o charakterze wychowawczym czy moralizatorskim – wiersze, przysłowia, krótkie opowiadania czy „złote myśli”. W cyklicznych utworach satyrycznych piętnowano lenistwo, niegospodarność spółdzielców, brak wytrwałości czy spółdzielczej lojalności. Równocześnie, „Spólnota” silnie promowała określony zestaw wartości, często zwracając się do konkretnych grup, na przykład młodzieży czy kobiet.

W jednym z numerów zamieszczono następujące „cenne myśli”: „Jeżeli chcesz dobrze wybrać między dwoma obowiązkami, wybierz ten, którego spełnienie będzie przykrzejsze”; „Bądź panem swojej woli, a niewolnikiem sumienia”; „Dwie rzeczy znoś cierpliwie: swe własne cierpienie i narzekanie innych”. W innym zaleca się powstrzymanie się od nienawiści, pomoc słabszym, umiłowanie nauki, miłość ojczyzny, lecz pogardę dla wojny, wypełnianie każdego dnia pożytecznymi i dobrymi uczynkami. Promowane jest też poświęcenie własnych wygód i rezygnacja z nagrody za wysiłek.

Ideały, które stawiano młodzieży za wzór, odległe są od tego, co stanowi punkt wyjścia dla dzisiejszych ruchów społecznych. Zamiast odnajdywania „własnej ścieżki” czy samoakceptacji, ideolodzy ruchu spółdzielczego zalecali ciężką pracę nad sobą w służbie wspólnoty.

Wychowanie spółdzielcze nie sprowadzało się do teoretyzowania i pouczania. Do praktyki współdziałania i solidarności starano się wdrażać od lat najmłodszych – od czasów odzyskania niepodległości rozwijał się w Polsce silny ruch spółdzielni uczniowskich, który w latach 30. osiągnął rozmiary imponujące – około 6,5 tysiąca spółdzielni, co dawało Polsce wiodącą pozycję w Europie. Do spółdzielni uczniowskich należały niekiedy dzieci nawet z niższych klas szkoły powszechnej (choć ruch osiągnął największą skalę w szkołach średnich). Zadania, które stały przed młodymi kooperatystami, były poważne: musieli zarządzać wspólnymi pieniędzmi, organizować zebrania, sporządzać protokoły. Spółdzielnie uczniowskie prowadziły sklepiki szkolne, niekiedy szkolne ogrody, zajmowały się wspólną hodowlą zwierząt, mogły prowadzić też na przykład fryzjernię, ślizgawkę czy kino – doświadczenia te uczniowie opisywali między innymi w specjalnym, przeznaczonym dla nich piśmie „Młody spółdzielca”. Ze zbieranych od członków drobnych funduszy organizowano pomoc dla biedniejszych dzieci. Trudno sobie wyobrazić tego typu samoorganizację w dzisiejszych szkołach. Członkowie ówczesnych spółdzielni uczniowskich uczyli się budować realną samopomoc i solidarność od lat najmłodszych.

Niewola wewnętrzna

Do budowania spółdzielni czy szerzej – demokratycznych form gospodarowania – nie wystarcza jedynie wspólny interes czy potrzeba materialna. Nie wystarczają także podstawy światopoglądowe, wyrażające się w hasłach antykapitalistycznych czy woli budowania dobra wspólnego, samopomocy i solidarności. Nie wystarcza wreszcie szczera nawet ideowość czy wiara w możliwość zmiany porządku społeczno-gospodarczego.

Próbując nawiązywać do idei kooperatyzmu we współczesnej Polsce, zmagamy się niejako z podwójnym wrogiem. Po pierwsze, mamy do czynienia z ogólną dezorganizacją i fragmentacją społeczną związaną z przemianami współczesnego kapitalizmu, co, jak sądzę, odbija się także na ruchach społecznych próbujących organizować skuteczny opór. Czy programowa „niehierarchiczność” i amorficzność nowych inicjatyw nie jest w jakimś sensie rewersem narzuconej przez nowy system elastyczności, poziomego zarządzania i działania projektowego? Taki typ pracy obowiązuje we współczesnych korporacjach czy organizacjach pozarządowych. Czy akcentowanie wartości „działania” jako takiego, bez określenia jego dalekosiężnych rezultatów, oraz dążenia do jednostkowej „samorealizacji” w alternatywnych inicjatywach społecznych nie przypomina „mainstreamowego” imperatywu aktywności, elastyczności, niezależności, serwowanego nam bez przerwy przez reklamy, pisma i poradniki? Na te powszechne wzory, reprodukowane, być może nieświadomie, przez krytycznych społeczników, nakładają się specyficznie polskie problemy, diagnozowane często jako „brak społecznego zaufania” czy nadmierny indywidualizm Polaków, uznawanych za niezdolnych do troski o dobro wspólne czy sprawy publiczne.

Już jednak choćby pobieżny przegląd historii zmagań polskiej spółdzielczości, a także spojrzenie na polskie społeczeństwo z dłuższej perspektywy, pozwala zrozumieć, w jaki sposób cechy te związane są z nietrwałością polskich instytucji wszelkiego rodzaju. Ich działalność była utrudniana czy przerywana przez władze zaborcze, kryzysy gospodarcze, słabość i konflikty wewnętrzne państwa w okresie międzywojennym, okupację, a potem narzucony porządek komunistyczny, wreszcie transformację, która niemal pogrążyła „tradycyjną” spółdzielczość. Rozumiał to jeden z twórców i wieloletni prezes zarządu „Społem”, a także redaktor pism „Społem!”, „Rzeczpospolitej spółdzielczej” i „Spólnoty”, Marian Rapacki, który w 1922 roku pisał: „Lata niewoli politycznej minęły. Nie widzimy na ulicach żandarmów, ni wojsk zaborczych. W urzędach nie spotykamy się z przedstawicielami wrogiego państwa. Opadły z rąk kajdany. Jesteśmy wolni — zewnętrznie. Trudniej jednak zmyć ślady niewoli z dusz ludzkich i charakterów. Tutaj puścizna rządów zaborczych nie tak łatwo da się usunąć. Potrzeba będzie na to wielu lat mozolnej i celowej pracy społeczno-wychowawczej”.

Budować nową osobowość

Jak się zdaje, nie da się uciec od banalnej być może konkluzji, że aby na poważnie myśleć o odbudowie ideału spółdzielczego, trzeba zacząć od wychowania, i to całościowego, niesprowadzającego się do warsztatów czy spotkań dyskusyjnych. Prawdopodobnie niezwykle trudno byłoby wrócić do ideałów poświęcenia i zaprzeczania własnym potrzebom, propagowanym przez dawnych działaczy spółdzielczych. Trzeba jednak w jakiejś formie uczyć wytrwałości i oddania. Przecież kooperacja – rozumiana poważnie – jest żmudna, wymaga drobnego ciułania i mrówczej pracy, nie daje dużych rezultatów w krótkim czasie. To sukces budowany przez lata, którym trudno od razu pochwalić się na Facebooku.

Trzeba budować nową osobowość w oparciu o nowe realia. Ważne, by robić to nie tylko wbrew kulturze skrajnego indywidualizmu i de facto darwinizmu społecznego, którego produktem jest „korwinistyczna” młodzież wprawiająca w przerażenie dzisiejszych lewicujących komentatorów. Trzeba też działać wbrew wszechogarniającej kulturze lansu, autoprezentacji, działania na pokaz – co, o ile jest to w ogóle możliwe, wydaje się być zadaniem heroicznym.

Nie posiadam dziś koniecznej wiedzy ani szerokiej wizji niezbędnej do tego, aby stwierdzić, jak postulat odnowy pracy wychowawczej powinien być wdrażany w życie. Edukacja spółdzielcza była i jest realizowana przez różne podmioty, jak na przykład Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”. Potrzebne jest jednak nie tylko propagowanie ideałów i historii, ale owo wspomniane kształtowanie osobowości.

Nie mam tu na myśli prywatnej edukacji, która, choć często odnosi się do lewicowych czy inteligenckich ideałów, raczej reprodukuje istniejące elity społeczne i jeszcze mocniej wiąże emancypacyjne wartości z wysokim kapitałem kulturowym. Najlepiej byłoby wrócić do ideału wychowania spółdzielczego w szkołach publicznych – wymagałoby to jednak lat pracy, także na poziomie politycznym. Nieco mniej ambitnym celem byłoby stworzenie społecznych instytucji oświatowych, które mogłyby być do jakiegoś stopnia inspirowane choćby przedwojennymi szkołami, kursami spółdzielczymi czy uniwersytetami ludowymi. W tym wypadku ponownie pojawia się jednak zagrożenie elitaryzmu i przekonywania przekonanych. Trzeba wspólnie myśleć o tym, jak dziś znów „hartować wolę” i „nastrajać serca”. Inaczej kooperacja może pozostać jedynie modnym hasłem i ekskluzywną zabawą.