dwutygodnik internetowy
8.08.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Jankowski: Specjalizacja – emigracja

Brak snu niszczy. Myślimy o tym, że jesteśmy nieśmiertelni. Ale jak robimy sobie badania przy schodzeniu z dyżuru nocnego, to wychodzą cuda. Bardzo niski poziom jonów potasu, odwodnienie. Takiego chorego od razu przyjęlibyśmy do szpitala.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

JOANNA MIKULSKA: Ile godzin w miesiącu pracujesz?

ŁUKASZ JANKOWSKI: Zdarza się, że nawet i trzysta, czyli tygodniowo wychodzi wtedy siedemdziesiąt pięć. Prawie dwa etaty. Właściwie to mam cztery prace. Rezydenturę w szpitalu oraz dodatkowe szkolenia, tłumaczenia, prace biurowe. Ze szpitala wychodzę około 15:30 i na 16 jadę do kolejnej pracy. Ale pozostałe mam już bardziej elastycznie. Na przykład dzisiaj do dodatkowej nie poszedłem, bo umówiłem się na wywiad z tobą.

Ale też zamiast wyjść o 15:30, opuściłeś szpital o 16. To się często zdarza?   

Chyba codziennie. Oczywiście nikt mi za to nie zapłaci. W szpitalu nie ma czegoś takiego jak nadgodziny. Zwracaliśmy się do dyrekcji w sprawie ich rozliczenia. Stwierdzono, że to jest nasza własna nieprzymuszona wola i że to nie było żadne polecenie służbowe. „Chcecie, to zostajecie w pracy”. Nikt nie patrzy na to, że przychodzę do szpitala na 8 rano i mam swoją pulę chorych, czyli dziesięciu albo dwunastu pacjentów pod opieką, i nie ma szans na to, żebym wyrobił się do 15:30. Mógłbym wyjść wcześniej, ale w grę wchodzi ich zdrowie. To, że zostajemy, wynika z naszego poczucia obowiązku. Nie można zostawić pacjentów, bo oni w najgorszym przypadku mogą umrzeć. Konsekwencje takiego postępowania są poważne, to nie jest tylko kwestia wysłania lub niewysłania jednego maila więcej.

Do tego dochodzą jeszcze dyżury?

Tak, cztery do pięciu razy w miesiącu mam dyżur, czyli zostaję po 15 aż do 8 rano dnia kolejnego. Wydaje się, że to nie jest dużo, ale tak naprawdę oznacza to, że mam cztery popołudnia zajęte, a przez następne popołudnia odsypiam. Czyli w miesiącu nie ma mnie dla rodziny przez osiem dni. Dodatkowo praca na dyżurze jest bardzo obciążająca. Lekarz dyżurny jest od załatwiania tylko najpilniejszych potrzeb pacjentów. Nie może inaczej, bo opiekuje się pięćdziesięcioma chorymi. Jest od przyjmowania chorych na oddział i od czuwania nad tym, aby nikt nie umarł. Często jest sam na oddziale, co teoretycznie jest niezgodne z prawem, bo rezydenci robiący specjalizację powinni pracować pod nadzorem lekarza specjalisty. Tylko że w szpitalach nie ma specjalistów, a nawet jeśli są, to żadną umową nie są zobligowani do tego, żeby nam pomagać. A my tymczasem ponosimy konsekwencje prawne swoich decyzji. Ja na dyżur trafiłem w trzecim tygodniu specjalizacji. To jest gigantyczny stres, który kładzie jak pół litra wódki. Ludzie się awanturują, czasem trzeba wzywać policję, często umierają, a my często patrzymy na to, nie mogąc nic zrobić. I to wszytko po sześciu latach wymagających studiów i roku stażu, płatne 14 złotych za godzinę. Pracując w państwowej służbie zdrowia, właściwie dokładam do interesu. Sam muszę płacić za narzędzia, których używam, za kursy dokształcające. W finansowym sensie młodych lekarzy ratuje prywatna służba zdrowia. Tam rynkowa stawka za godzinę wynosi cztery razy więcej.

To może warto odbywać specjalizację w prywatnym szpitalu?

W trakcie robienia specjalizacji, która trwa pięć lat, nie uciekniesz. W prywatnych szpitalach chcą tylko dyplomowanych specjalistów. W całej Polsce jest chyba około siedemdziesięciu prywatnych placówek, w których można się szkolić, ale to bardzo rzadkie. W odbywaniu specjalizacji chodzi też o to, aby poznać pełną diagnostykę, a prywatne placówki są nastawione na fragment medycyny, i to niezbyt wysublimowany. Pozostaje nam więc te dwa tysiące trzysta złotych na rękę. Tysiąc trzysta idzie na mieszkanie i zostaje ci tysiąc, czyli praktycznie nic. Musisz dorabiać. Łączenie pracy etatowej z dodatkowymi dyżurami nocnymi to najprostsza droga. W takim systemie trzeba dbać też o to, aby nie paść. Dzisiaj patrzyłem mojego kolegę Grześka, który przyjechał do szpitala, kręcąc swoje 32 godziny. O 14, w 31. godzinie, nie był w stanie dalej pracować i kazaliśmy mu się położyć spać. Wielu moich kolegów posypało się, pracując w ten sposób. Andrzej miał zaburzenia rytmu serca, zemdlał w czasie dyżuru. Dawid był na OIOM-ie, złapał zapalenie płuc, jakąś rzadką bakterię, i się dusił. Magda miała gruźlicę, sześć miesięcy leżała w szpitalu w Otwocku. Brak snu niszczy. Myślimy o tym, że jesteśmy nieśmiertelni. Ale faktem jest, że jak robimy sobie badania przy schodzeniu z dyżuru nocnego, to wychodzą cuda. Bardzo niski poziom jonów potasu, odwodnienie. Takiego chorego od razu przyjęlibyśmy do szpitala.

Czy idąc na studia, wiedziałeś co cię czeka?

Nie. Teraz żałuję. Trzeba było skończyć informatykę. W polskich warunkach nie jesteśmy w stanie zapewnić pacjentom kompleksowej opieki. Za mało lekarzy na radiologii, więc na wyniki czeka się tygodniami. Za mało pielęgniarek, więc pacjenci leżą w złych warunkach. Za mało rehabilitantów, więc to, co osiągniemy przy pomocy antybiotyków, jest niweczone, bo pacjent zaległ w łóżku i nikt go nawet nie oklepał. No i fakt, że szpital zaczął działać jak korporacja, która zarabia pieniądze, w związku z czym po trzech dniach najlepiej byłoby, gdyby pacjent poszedł do domu, bo za kolejne dni NFZ już nie zwraca. Nie ma specjalistów, część uciekła za granicę, a część założyła prywatne gabinety, pracuje w Luxmedzie, Medicoverze czyli tak zwanych medycznych biedronkach. Zostali rezydenci oraz starsi, ustawieni lekarze, którzy tylko konsultują, a nie prowadzą pacjentów osobiście. No i fanatycy, czyli ci, którzy wierzą w to, czym nas karmiono na studiach: powołanie, dobro chorego. Ja też w to wierzę, ale jest coraz gorzej. Kiedy szedłem na studia, nie myślałem o pieniądzach. Myślałem, że będę detektywem, który rozwiązuje zagadki medyczne, ale nie jestem nim dlatego, że jest za dużo chorych i że liczą się szybkie odruchy. Do wypisu, następny, obrobiony.

Co musiałoby się stać, żebyś stwierdził: „Nie dam rady, zmieniam zawód lub wyjeżdżam za granicę”?

Musiałbym zachorować i musiałoby mi to utrudniać pracę. Ale liczę się z wyjazdem, cały czas uczę się niemieckiego. Bardzo bym nie chciał, bo tutaj mam znajomych, ale prawda jest taka, że nie da się tak pracować. Dlaczego mam cały czas świecić oczami za to, że system jest niewydolny? Mnie to wkurza, mam tego dosyć. Jestem już trzy lata na specjalizacji i od trzech lat jest coraz gorzej. Jest coraz więcej pacjentów, coraz mniej lekarzy, pacjenci mają coraz większe oczekiwania.

Trudno jest wyjechać?

Musisz zdać egzamin B2 z niemieckiego i wysłać jeden mail.

Serio?

Oni nie mają systemu rezydentur. Robisz specjalizację tam, gdzie mają wakaty. A że mają wszędzie, to łatwo się dostać. Pensja zaczyna się od trzech tysięcy euro. Potrzebuję jeszcze około pół roku kursu, aby poważnie się starać o pracę za granicą.

Czyli głównym problemem w Polsce są pieniądze?

Zmiana musi się zacząć od wzrostu finansowania opieki zdrowotnej. WHO mówi, że aby system działał poprawnie, przynajmniej 6 procent PKB musi być przeznaczone na ochronę zdrowia. W Polsce jest to około 4,6 procenta. To najniższa stawka w Unii Europejskiej. A Ministerstwo cieszy się z tego, że w przeliczeniu na jakość opieki jesteśmy pierwsi na świecie. Nikt za tak małe pieniądze nie zbudował takiego systemu opieki zdrowotnej. Tyle że to wszystko opiera się na barkach lekarzy i pielęgniarek. Znowu mówię o pieniądzach, ale to boli. Bo pracujesz od trzech lat i nie stać cię na wakacje, albo cię stać, ale okupiłeś to niewidzeniem żony przez ileś dni, rozbiciem samochodu lub złymi decyzjami podjętymi podczas dyżuru. Wychodzisz ze szpitala i cały czas myślisz o tych chorych, czy dobrze zrobiłeś. Błędy kosztują. Można to sprowadzać do poziomu usługi. Ale pamiętam człowieka, który miał chore nerki. Nie wiem, dlaczego nie podałem mu wystarczającej ilości płynów. Teraz pewnie bym go wyleczył. Myślę, że by z tego wyszedł. Fajny facet. Potem przez cztery dni miałem ten sam sen. Śniło mi się, że zjada mnie taka czarna ryba, która wyglądała jak wąż.

Porozumienie Rezydentów powstało już siedem lat temu. Co poruszyło was do tego stopnia, że postanowiliście wyjść w czerwcu na ulicę?

To Damian się ruszył, czyli nasz prezes. U niego w szpitalu było tak źle, że nie mógł wytrzymać. Zaczął to nagłaśniać i zaczęliśmy się organizować. Pomogły portale społecznościowe. Grupa facebookowa liczy teraz ponad osiemnaście tysięcy członków. W ostatnich tygodniach powołaliśmy też do życia Porozumienie Zawodów Medycznych, które ma podobne wyniki. Jestem jeszcze członkiem Okręgowej Rady Lekarskiej, mam kontakty w samorządzie, dlatego brałem udział w negocjacjach z Ministerstwem Zdrowia, a potem w rozmowach Komisji Trójstronnej.

Czerwcowa demonstracja lekarzy rezydentów zgromadziła dziesięć tysięcy uczestników. Jak się czułeś pośród nich?

Czułem się super. Tym bardziej, że w sobotę rano kończyłem nocny dyżur. Oczywiście kończyłem go o 8, ale nim go przekazałem, dopatrzyłem chorych i wróciłem do domu, była 10. Przespałem się dwie godziny i pojechałem na Miodową. Dużo znajomych twarzy. Poczułem, że wreszcie jesteśmy wszyscy razem. Na co dzień nie zawsze to czuć. Od początku jesteśmy wychowywani na takiej drabinie feudalnej. Nosimy białe kitle, to trochę taki Hogwart z „Harry’ego Pottera”. Mamy kolejne stopnie zaawansowania. Są fizjoterapeuci, którzy są gdzieś obok. Są technicy, ratownicy, pielęgniarki. Są studenci medycyny. W specjalizacjach też jest hierarchia. Ten jest z interny, ten z urologii. Prestiż zależy od kasy, którą możesz potem zarobić w prywatnym sektorze. Raczej nie ma solidarności wśród młodych lekarzy, ale pomagamy sobie w ramach oddziału.

Jak oceniasz projekt nowej ustawy z  proponowanymi podwyżkami dla zawodów medycznych?

Niestety, projekt zaproponowany przez Ministerstwo nie wróży nic dobrego. Zaoferowano nam podwyżkę o 3,75 złotych za godzinę pracy, w dodatku rozłożoną na pięć lat. W roku 2022 roku lekarz rezydent będzie zarabiał cztery tysiące złotych brutto, lekarz specjalista – cztery osiemset, a doświadczona pielęgniarka – trzy dwieście. Wzrost gospodarczy może sprawić, że w 2022 roku tyle będzie wynosić pensja minimalna w Polsce. Nadal nie wierzę w to, że my cokolwiek zmienimy. Ochrona zdrowia nie jest teraz niczyim priorytetem, ale ważne, że się pokazaliśmy. Na pewno będziemy dalej protestować.

 

***

Łukasz Jankowski jest lekarzem w trakcie specjalizacji z chorób wewnętrznych, członkiem zarządu Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowych Lekarzy.