dwutygodnik internetowy
21.10.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Smutny boom edukacyjny

Studenci oczekują, że zdobędą praktyczne umiejętności pozwalające wyróżnić się na rynku pracy. Studia traktują nie jako coś w rodzaju kursu, na którym przyswajać trzeba informacje i nauczyć kilku technicznych kompetencji.

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Dobrze pamiętam jak w latach osiemdziesiątych syn znajomych marzył o studiach na anglistyce. Przez dwa lub trzy lata podchodził do egzaminów wstępnych, ale zawsze brakowało mu punktów. W końcu chyba porzucił pomysł studiowania i zajął się interesami. Dziś z pewnością zacząłby studia na prywatnej uczelni i po kilku latach miałby dyplom w ręku. Zdawałoby się, że obecnie system jest o wiele bardziej otwarty niż kiedyś i przez wyższą edukacje wiedzie ścieżka awansu. Tylko czy na pewno?
 
O otwartości systemu świadczyć mają ogromne masy ludzi, które przetoczyły się przez polskie uczelnie wyższe. Pamiętać jednak należy, że przez kilka ostatnich lat w wiek studencki wkroczyło niezwykle liczne pokolenie urodzone na początku lat 80. Masa studiujących wynikała więc częściowo po prostu z masy młodych ludzi. Dziś, kiedy pokolenie wyżu wchodzi już na rynek pracy a na studia wkraczają mniej liczne roczniki z lat 90., uczelnie czują ekonomiczną zadyszkę a kandydat na studia stał się dobrem rzadkim i poszukiwanym.
 
Drzwi szeroko otwarte

Mniej mylące niż liczby bezwzględne są wskaźniki. I tu rzeczywiście widać dużą zmianę. Współczynnik skolaryzacji na poziomie edukacji wyższej wzrósł z 13% na początku lat 90. do 53,8% w roku akademickim 2010/2011. Oznacza to, że dziś co drugi młody człowiek studiuje. Szanse na dyplom otrzymali ludzie, którzy w latach 80. nawet pewnie o studiach nie marzyli.
 
Z tym, że otrzymanie dyplomu dziś i dwadzieścia lat temu to nie to samo. Wyższe studia ze względu na szczupłe grono absolwentów oznaczały prawie pewny dostęp do pracy dającej zarówno pieniądze jak i satysfakcję. Szeroko otwarte bramy uczelni sprawiły natomiast, że nastąpiła inflacja dyplomów. Wartościowe niegdyś stopnie znaczą coraz mniej na rynku, z czego dobrze zdawały sprawę kolejne badania „Diagnozy społecznej”. Spotkanie bezrobotnego absolwenta wyższych studiów nie jest dziś wcale trudne. Zamiast masowego awansu, jaki miałby wiązać się ze otwarciem wyższych uczelni, mamy raczej do czynienia z potężną dewaluacją studiów.
 
Poza tym nierówności odtwarzają się w ramach systemu edukacji wyższej. Różnica między publicznymi a prywatnymi uczelniami jest tego najbardziej dobitnym wyrazem. Na pierwszych obowiązują bardziej wymagające programy nauczania, studenci mają lepszy dostęp do kadry naukowej i nie muszą płacić za studia choć zazwyczaj pochodzą z rodzin o wyższym kapitale ekonomicznym i kulturowym. Na drugich studenci uczą się i są uczeni po łebkach i w dodatku muszą za to płacić z własnej kieszeni. Dyplomy uczelni publicznych cenione są wyżej a studia na nich pozwalają też uzyskać spory kapitał znajomości, który przydaje się w późniejszym życiu zawodowym.
 

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Dziś, na skutek niżu demograficznego, ta sytuacja na pewno trochę się zmienia, bo uczelnie po rozszerzeniu liczby miejsc w drugiej połowie lat 90. przyjmują wielu chętnych, za którymi dziesięć lat temu by się nie obejrzały. Pojawia się też jednak tendencja, która sprawia, że nierówności odtwarzają się na poziomie niegdyś zupełnie prawie nie branym pod uwagę. Coraz więcej studentów z „dobrych domów” wybiera naukę za granicą i w ten sposób podtrzymuje dystans wobec tych, którzy niedawno nie mieli wstępu na publiczne uczelnie.

 

Ani nauka, ani praktyka

Wraz z szerokim napływem na studia ludzi z klasy średniej i tych, którzy przez studia chcą się do niej dostać powstała też presja, aby charakter części kierunków uniwersyteckich, gdzie prowadziło się przede wszystkim badania podstawowe, zmieniać w stronę studiów zawodowych. Studenci oczekują bowiem, że zdobędą praktyczne umiejętności pozwalające wyróżnić się na rynku pracy. Studia traktują nie jako wyzwanie intelektualne i okazję do poznania świata, ale coś w rodzaju kursu, na którym przyswajać trzeba informacje i nauczyć kilku technicznych kompetencji. Na filozofiach, socjologiach, psychologiach mnożą się zatem kursy komunikacji medialnej, psychologii biznesu albo marketingu. Ponieważ się mnożą, stają się coraz mniej wyjątkowe i nie „produkują” poszukiwanych specjalistów. W ten sposób rozwalane są studia tradycyjne, a nowinkowe i tak nie służą celom, jakie stanowią powód ich organizowania.
 
Na uzawodowionych studiach klasa średnia, której może wydawać się, że dokonuje jakościowego skoku, nie ma nawet szans na poważnie skonfrontować się z nauką i krytycznym myśleniem. Pierwszy i drugi stopień studiów przekształca się w rodzaj super-liceum, a realia dawnego, jednolitego toku programów magisterskich przejmują studia trzeciego stopnia. Otwarcie wyższych uczelni nie równa się zatem awansowi, ale przesunięciu granic oddzielających od siebie absolwentów czyniąc cały wyścig dłuższym i jeszcze bardziej kosztownym.
 
W tej sytuacji nieposiadanie studiów przesądza o losach jednostek. W prowadzonym przeze mnie badaniu karier młodych ludzi pracujących elastycznie rysował się wzorzec, zgodnie z którym porażka w zdobyciu dyplomu łączyła się z koniecznością podejmowania pracy nisko płatnej, niepewnej i nie dającej satysfakcji. Tak wygląda druga strona upowszechnienia edukacji wyższej. Jeśli ktoś nie zmieści się w szeroko otwarte drzwi ma przechlapane.
 
Uczelnie nie dają dziś ani wstępu do elity, ani nie realizują modelu edukacji wyższej egalitaryzującej dostęp szerokich grup do prawdziwej nauki. Nierówności reprodukują się dzięki nowym podziałom i dalszemu wydłużaniu procesu kształcenia. Uniwersytety zamieniane w super-licea tracą z kolei swój krytyczny i naukowy charakter. Zdaje się, że na upowszechnianiu wyższej edukacji niewielu tak naprawdę zyskało, a straty mogą być nieodwracalne.

 

Czytaj nas co tydzień! Nowy numer tygodnika “Kontakt” w każdy poniedziałek.

  • W.Z.

    To co jeszcze wyrównać – zrównać UW (w dół!) z Akademią Podlaską … ;-)