dwutygodnik internetowy
27.02.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Sisters, “The mono”

  Gitara elektryczna i didżejska konsoleta? Gdybym nie znał wytwórni Multikulti Project, mógłbym pomyśleć, że płyta „The Mono” to album spod znaku Beastie Boys. I, choć cenię sobie twórczość nowojorskich raperów, to ani poznańskiego wydawnictwa, zasłużonego wypuszczaniem na rynek świetnych albumów z muzyką improwizowaną, ani też muzyków tworzących duet Sisters, nie podejrzewałbym o tego rodzaju […]

 

Gitara elektryczna i didżejska konsoleta? Gdybym nie znał wytwórni Multikulti Project, mógłbym pomyśleć, że płyta „The Mono” to album spod znaku Beastie Boys. I, choć cenię sobie twórczość nowojorskich raperów, to ani poznańskiego wydawnictwa, zasłużonego wypuszczaniem na rynek świetnych albumów z muzyką improwizowaną, ani też muzyków tworzących duet Sisters, nie podejrzewałbym o tego rodzaju nagranie. Awangardowa gitara elektryczna Raphaela Rogińskiego sprawdziła się już doskonale zarówno w przeróżnych interpretacjach muzyki żydowskiej, jak też bluesa i klasyki (płyta „Bach Bleach” z jego interpretacjami kompozycji Jana Sebastiana Bacha). Mniej mi znany DJ Lenar również tworzy warszawską scenę muzyki improwizowanej, choć posługując się zupełnie innym zestawem instrumentów. Muzycy, spotykający się do tej pory wyłącznie na scenie, niedawno weszli do studia i nagrali płytę.

Być może popełniłem błąd nastawiając się z góry na konkretny rodzaj muzyki. Po odsłuchaniu kilku fragmentów albumu na stronie internetowego sklepu muzycznego, spodziewałem się nagrania, w którym dziwne dźwięki, szumy i trzaski generowane przez DJ Lenara będą tłem dla powolnej improwizacji Rogińskiego. Marzyła mi się płyta podobna do ścieżki dźwiękowej Neila Younga do filmu „Truposz” Jima Jarmusha. Mocno przesterowana gitara, wypuszczająca długie, odbijające się echem, smutne dźwięki. Trochę krzywdząc DJ Lenara, podświadomie liczyłem chyba na coś w rodzaju solowego projektu Rogińskiego, w którym Lenar zadbałby o klimatyczny podkład.

I takie są pierwsze utwory na „The Mono”. Muzyka rozwija się w nich nieśpiesznie, dojrzewa, nabiera temperatury, jak jakiś wywar gotowany w dużym garze na bardzo małym ogniu. Najbardziej chciałbym, by ta mikstura nigdy nie zawrzała lub by zawrzała dopiero w ostatniej chwili, tuż przed wyłączeniem. Tymczasem w połowie jakby ktoś nagle podkręcił gaz i niespodziewanie wszystko zaczyna kipieć. Zaskoczony tym nieprzewidzianym zwrotem wydarzeń, wyrywam się zawsze z przyjemnego letargu, w który zdążyły mnie już wprowadzić trzy pierwsze utwory. W efekcie prawie nigdy nie jestem w stanie dosłuchać do końca kawałków „Sister’s Rage” czy „The oldest sister’s wedding” i przełączam na kolejny utwór.

Choć nie lubię tego robić, słuchając „The Mono”, muszę stosować funkcję „program” na moim odtwarzaczu, by pominąć część utworów. Płyta jako całość jest bowiem bardzo trudna – zawiera utwory wymagające diametralnie różnego sposobu słuchania. Część z nich to muzyka tła, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu, pobudzająca wyobraźnię, jednocześnie nie angażując, doskonała jako podkład do lektury; część jednak to materiał dla koneserów, który dla kogoś, tak jak ja, nieprzyzwyczajonego do muzyki z didżejskiej konsolety, staje się nieznośnym hałasem.

Wbrew moim oczekiwaniom gitara Rogińskiego i turntable (nauczyłem się nowego słowa!) DJ Lenara grają tu równorzędne role. Sisters to ciekawy, choć trudny w odbiorze, eksperyment artystyczny, którym Rogiński kolejny raz udowodnił mi swoją klasę i wszechstronność. Ale chyba jednak wolałbym słuchać ich w warunkach koncertowych.