dwutygodnik internetowy
13.06.2016
magazyn papierowy


Sadura, Murawska: Poluzować definicję kultury

Pracownicy instytucji kultury zdają sobie sprawę z różnic klasowych, nawet jeśli nie umieją ich w ten sposób nazwać. Nie przeszkadza im to jednak w lansowaniu swojej wizji kultury. Ta sama dyrektorka organizowała głównie wieczorki jazzowe, na które przychodziło niewiele osób, bo większość mieszkańców stanowili pracownicy kopalni.

Zdjęcia przedstawiają spotkania we wsiach Bażyny i Wola Lipecka aranżowane przez uczestników projektu. Archiwum Fundacji Pole Dialogu.

Z Katarzyną Murawską i Przemysławem Sadurą o projekcie „Z klasą o kulturze” rozmawia Maciek Onyszkiewicz.

MACIEK ONYSZKIEWICZ: W ramach projektu „Z klasą o kulturze” razem z pracownikami Miejskiego Domu Kultury w Ornecie próbowaliście wypracować taki sposób działania, który lepiej odpowiadałby na potrzeby niejednolitej społeczności lokalnej.

PRZEMYSŁAW SADURA: To uderzające, że w gminie takiej jak Orneta, która jest bardzo zróżnicowana pod względem klasowym, funkcjonują instytucje kultury, które właściwie całą ofertę adresują do odbiorców z klasy średniej. Podobnie jest w całym kraju. Domy kultury, czyli instytucje, w których mogłoby toczyć się życie społeczne, wciąż lansują charakterystyczną dla jednej klasy wizję tego, czym jest kultura. W ten sposób przestają być miejscem, gdzie każdy może czuć się u siebie. Z tej refleksji zrodziła się nasza interwencja w Ornecie.

W waszym projekcie odwołujecie się do pojęcia klasy społecznej, które dla wielu osób jest już przestarzałe i nieadekwatne do rzeczywistości. Potoczne rozumienie zróżnicowania klasowego ogranicza się przeważnie do jednowymiarowego podziału na biednych i bogatych. Czy opisywanie świata w tych kategoriach jest jeszcze użyteczne?

PS: W Polsce teoria klas została porzucona z powodów ideologicznych. W PRL ten język był nadużywany i został strywializowany. Dlatego po 1989 roku odcięto się od niego. Razem z Polską Ludową pożegnano klasy społeczne. Zatryumfował indywidualizm i pluralizm stylów życia. W konsumpcyjnym społeczeństwie każdy miał znaleźć coś dla siebie. Kiedy jednak zaczęliśmy to systematycznie badać, okazało się, że to nie jest takie proste. Rzekomo indywidualny styl życia zależy tak naprawdę od pozycji zajmowanej w strukturze społecznej.

My odwołujemy się do teorii Pierre’a Bourdieu. Ten sposób myślenia o klasach społecznych rzeczywiście wychodzi od zróżnicowania ekonomicznego, ale nie zatrzymuje się na tym poziomie. O przynależności do klasy społecznej decyduje suma posiadanych kapitałów. Nie chodzi jednak wyłącznie o kapitał ekonomiczny, czyli o to, ile ktoś ma pieniędzy. Równie ważny jest kapitał społeczny i kulturowy. Ten pierwszy to kontakty towarzyskie i znajomości. Ten drugi to sposób uczestnictwa w kulturze. Dla Bourdieu kultura nie ogranicza się jednak do rozrywki i sposobu spędzania wolnego czasu. To również poziom wykształcenia i wiedza o tym, jak jest skonstruowany świat. Wszystkie te kapitały to zasoby, które decydują o tym, jaką pozycję się zajmuje i jaki w związku z tym prowadzi się styl życia.

Na jakie klasy społeczne dzieli się społeczeństwo według tej koncepcji?

PS: Bourdieu mówił o trzech klasach: ludowej, średniej i wyższej. Do klasy ludowej należą przede wszystkim osoby pracujące fizycznie. Chodziło o robotników i rolników, ale trzeba wziąć poprawkę na to, że to teoria sprzed kilkudziesięciu lat, więc opisuje inny świat niż ten, w którym żyjemy. Dziś więcej ludzi pracuje w usługach, ale wiele z nich tak naprawdę wykonuje pracę fizyczną, jak osoby pracujące w supermarkecie. Chodzi o stanowiska, które nie wymagają specjalnych kwalifikacji, przez co są nisko opłacane i niestabilne. Większość z tych osób ma podstawowe, zawodowe lub, w przypadku młodych ludzi, średnie ogólne wykształcenie.

A pozostałe klasy?

PS: Klasa wyższa to elity. Z jednej strony elita finansowa – kierownictwo dużych firm lub instytucji. Z drugiej strony są to osoby mniej zamożne, za to mocno wyposażone w kapitał kulturowy. Chodzi o profesorów, artystów, ale też reprezentantów wolnych zawodów, jak prawnicy, dziennikarze, lekarze. W przypadku tych mniej zamożnych osób można mówić o zdominowanym segmencie klasy wyższej, ponieważ reguły gry narzuca elita finansowa. Jednak ze względu na prestiż wykonywanego zawodu, kontakty czy kompetencje kulturowe bliżej im do elity finansowej niż do klasy średniej.

Klasa średnia to ci, którzy znajdują się pomiędzy klasą ludową a wyższą. To oczywiście bardzo zróżnicowana grupa. Można do niej zaliczyć pracowników umysłowych zatrudnionych w różnych instytucjach: urzędników, nauczycieli, pielęgniarki, pracowników korporacji. Również mali i średni przedsiębiorcy to tradycyjna część klasy średniej.

Zaczęliśmy od tego, że instytucje kultury lansują wizję „jedynej słusznej” kultury, nie uwzględniając specyficznych potrzeb mieszkańców. Czym różni się sposób uczestnictwa w kulturze różnych klas społecznych?

KATARZYNA MURAWSKA: Przedstawicieli klasy wyższej cechuje swoboda, indywidualizm i dystans. W związku z dużymi zasobami kapitałów nie są ograniczeni barierami geograficznymi czy finansowymi. Klasa średnia nastawiona jest na rozwój i samorealizację. Wybiera to, co pozwala podnieść kwalifikacje, zdobyć wiedzę lub „wyrazić siebie”. Natomiast klasa ludowa wybiera to, co praktyczne i konieczne. Można to zobaczyć na przykładzie. Zarówno osoby z klasy średniej, jak i ludowej szyją. Dla klasy średniej jest to wyraz kreatywności i ekspresji, ma służyć stworzeniu czegoś nowego. Klasa ludowa szyje dlatego, że trzeba załatać dziecku sweter czy przerobić ubranie po starszym rodzeństwie.

Dla klasy ludowej bardzo ważny wymiar ma też wspólnota. Wydarzenie kulturalne to przede wszystkim okazja do wspólnego spędzania czasu. To mocno wybrzmiało we wcześniejszych badaniach i potwierdziło się podczas naszych działań w Ornecie.

PS: Co ciekawe pracownicy instytucji kultury zdają sobie sprawę z tych różnic. Podczas przeprowadzonych wcześniej badań dyrektorka jednego z domów kultury opowiedziała nam, że do jej placówki przychodzą dwa typy publiczności: koncertowa i kabaretowa. Te dwie publiczności różnią się od siebie tak bardzo, że spojrzenie na widownię wystarczy, żeby przewidzieć, co się wydarzy na scenie. Publiczność koncertowa przychodzi indywidualnie, na świadomie wybrane wydarzenie kulturalne, by w skupieniu wziąć w nim udział. Jest ubrana stosownie do okazji i stawia się przed czasem. Publiczność kabaretowa jest ubrana na sportowo. Przychodzi w grupach, często spóźniona. Wyciąga na sali swoje jedzenie i je oraz rozmawia w trakcie wydarzenia. To oczywiście bardzo wartościująca opowieść, ale pokazuje, że pracownicy instytucji kultury zdają sobie sprawę z różnic klasowych, nawet jeśli nie umieją ich w ten sposób nazwać. Nie przeszkadza im to jednak w lansowaniu swojej wizji kultury. Ta sama dyrektorka organizowała głównie wieczorki jazzowe, na które przychodziło niewiele osób, bo większość mieszkańców stanowili pracownicy kopalni.

Jak wygląda społeczność Ornety?

KM: Spotykaliśmy tam przede wszystkim klasę ludową i średnią, a znacznie ciężej było znaleźć kogoś z klasy wyższej. Zresztą klasa wyższa nie korzysta raczej z domów kultury, tylko wybiera instytucje bardziej prestiżowe, jak teatr czy opera. W Ornecie zróżnicowanie klasowe jest widoczne geograficznie. We wsiach wokół miasta dominuje klasa ludowa. Są to przede wszystkim dawni pracownicy PGR-ów, rolnicy, ale też osoby dojeżdżające do pracy w Ornecie lub Olsztynie. W samym mieście klasa ludowa jest rozproszona, dlatego rozmawialiśmy tam przede wszystkim z przedstawicielami klasy średniej.

PS: Brak klasy ludowej w samym mieście to efekt deindustrializacji. W większości byli to pracownicy lokalnych zakładów przemysłowych. W latach 90. większość fabryk upadła lub zredukowała zatrudnienie, więc robotnicy zostali bez pracy. Po jakimś czasie wielu z nich wyjechało do większych ośrodków lub za granicę. Pozostali wypadli z gry i część z nich do dziś jest beneficjentami pomocy społecznej. Została jeszcze grupa pracowników fizycznych zatrudnionych w instytucjach publicznych, czyli na przykład sprzątaczki czy kierowcy, oraz pracownicy usług, czyli na przykład kasjerki w supermarketach. To jest jednak grupa słabo zorganizowana, więc nie jest tak wyraźnym elementem struktury społecznej jak kiedyś robotnicy.

Jak zaczęła się wasza współpraca z MDK w Ornecie?

KM: Podczas badań dotyczących klasowego zróżnicowania uczestnictwa w kulturze w województwie warmińsko-mazurskim poznaliśmy dyrektorkę MDK-u, Anię Łebek. W tym czasie instytucja pod jej kierownictwem bardzo się zmieniała, otwierała się na nowych uczestników, wychodziła ze swoimi działaniami poza sam budynek. Naszym marzeniem było nie poprzestać tylko na opisie rzeczywistości, ale zacząć ją zmieniać. Ania chciała wykorzystać wiedzę socjologiczną w reformowaniu instytucji. Szybko się dogadaliśmy. Nasze działania podzieliliśmy na kilka etapów. Najpierw przez kilka miesięcy poznawaliśmy się z pracownikami domu kultury. Chodziło o to, żeby uwspólnić perspektywę. Przeprowadziliśmy warsztaty na temat teorii klas. Czytaliśmy fragmenty wywiadów, które przeprowadziliśmy podczas wcześniejszych badań. Cytaty dotyczyły postrzegania instytucji, udziału w kulturze czy spędzania wolnego czasu. Pracownicy intuicyjnie przyporządkowywali fragmenty do konkretnej klasy społecznej. Zrobiliśmy też eksperyment myślowy polegający na tym, by zaprojektować program takiego domu kultury, który byłby skierowany wyłącznie do klasy ludowej, średniej i wyższej. Dzięki temu mogliśmy lepiej wyobrazić sobie, jakie wartości i potrzeby są charakterystyczne dla każdej z klas.

Czy pojęcie klasy społecznej nie spotkało się z jakimś oporem ze strony pracowników MDK-u?

KM: Używanie samego terminu było na początku trudne, ale szybko okazało się, że teoria klas dobrze opisuje ich doświadczenie. Dorzucali własne historie i przykłady zaczerpnięte z pracy w domu kultury.

Po tych kilku miesiącach wyszliście do mieszkańców.

KM: Tak, ale zależało nam, żeby to nie były typowe działania organizowane przez ludzi z trzeciego sektora. Nie chcieliśmy zapraszać mieszkańców na warsztat w domu kultury, podczas którego sformułowalibyśmy diagnozę. Do klasy średniej mogliśmy łatwo dotrzeć przez dom kultury, natomiast do klasy ludowej musieliśmy trafić inaczej. Dlatego włączyliśmy się w przygotowanie dożynek gminnych, podczas których zapraszaliśmy do dalszej współpracy.

Kto przychodzi na takie dożynki?

KM: Dożynki były idealną okazją, żeby opowiadać o naszym projekcie i zapraszać do udziału w kolejnych działaniach, ponieważ przychodzą tam nie tylko przedstawiciele klasy ludowej z miasta, ale też przyjeżdżają mieszkańcy wsi. Żeby nawiązać kontakt, nie mogliśmy jednak po prostu wyjść na scenę i przemawiać, bo w ten sposób nikogo byśmy nie zachęcili. Dlatego ja malowałam dzieciakom buźki i jednocześnie starałam się nawiązać kontakt z ich rodzicami. Z kolei Przemek nauczył się robić zwierzaki z balonów. Przy okazji takich działań animacyjnych zapraszaliśmy rodziców na ogniska, podczas których chcieliśmy porozmawiać już konkretniej o programie domu kultury.

Ogniska?

KM: Chodziło o to, żeby spotkać się w sprzyjających okolicznościach. Dom kultury nie jest całkowicie oswojony przez klasę ludową, więc ciężej byłoby tam kogoś z nich zaprosić. Dlatego zorganizowaliśmy trzy ogniska: jedno w mieście i dwa w okolicznych wsiach. Jedna z nich jest dosyć bogata, jest tam świetlica wiejska, filia biblioteki i szkoła. Druga to popegeerowska wieś, 15 kilometrów od Ornety, gdzie kończy się droga.

I co działo się na tych ogniskach?

PS: Zależało nam, żeby zwyczajnie porozmawiać o tym, czego ludzie oczekują. Tylko porozmawiać w taki naturalny dla nich sposób. Bez flipchartów, kolorowych karteczek i tej całej otoczki. Puściliśmy jakieś filmy o tym, jak mogą funkcjonować takie domy kultury, ale przede wszystkim usiedliśmy przy ognisku i gadaliśmy.

KM: Obok coś się cały czas działo, biegały dzieci. Była też grupka mężczyzn, którzy woleli trzymać się z boku i nie podchodzić do samego ogniska. Z nimi też można było porozmawiać, tylko tak indywidualnie, przy papierosie.

Udało się wam w ten sposób czegoś dowiedzieć?

PS: W trakcie rozmów pojawiały się postulaty, które mogą sprawiać wrażenie bardzo ubogich. Ktoś proponował na przykład jakieś warsztaty kulinarne, wspólne gotowanie. Gotowanie jako efekt kilkumiesięcznego procesu partycypacyjnego? Jednak jeśli przefiltruje się te pomysły przez teorię Bourdieu, uwzględni stosunek klasy ludowej do uczestnictwa w kulturze, zobaczy się znacznie więcej. Klasa ludowa nie odczuwa presji, żeby wydarzenie miało wyjątkową wartość poznawczą. Chodzi raczej o to, żeby spędzić czas ze znajomymi. Bardzo ważny jest również praktycyzm, dlatego wspólne gotowanie jest lepsze niż na przykład zajęcia plastyczne. Dzieci chętnie będą lepiły ciasto zamiast plasteliny. Rozwiną podobne umiejętności manualne, a przy okazji będzie można coś razem zjeść i wypić. Mieszkańcy z klasy ludowej oczekiwali również większej liczby ognisk takich jak to, przy którym siedzieliśmy.

Chyba nie potrzeba domu kultury, żeby zorganizować ognisko?

PS: To nie takie proste. Egalitaryzm, który również jest charakterystyczną cechą klasy ludowej, przeciwdziała temu, żeby ktoś wyszedł przed szereg i zaczął organizować życie społeczności. Dlatego klasa ludowa funkcjonuje często na niskim poziomie zaangażowania i energii. To nie znaczy jednak, że to roszczeniowa grupa, która oczekuje, że coś się dla nich zorganizuje, kiedy oni będą siedzieli z założonymi rękami. Wśród pomysłów pojawiła się między innymi organizacja koncertu. Mieszkańcy sami zaczęli się zastanawiać, czy nie udałoby się zaprosić jakichś zespołów z Ornety, które zgodziłby się zagrać za przygotowany dla nich poczęstunek i gościnę. Oni doskonale wiedzą, że nikt nie da im pieniędzy, i muszą sobie jakoś z tym radzić.

Podczas ognisk zebraliście bazę pomysłów. Jak był następny etap?

KM: Później zorganizowaliśmy spotkania z mieszkańcami już w domu kultury. Tym razem przychodzili raczej mieszkańcy z klasy średniej, ale postulaty, które padły przy ognisku, były przypominane przez pracownice świetlic wiejskich, które były obecne na wszystkich spotkaniach.

PS: Świetlice wiejskie to instytucje działające w kilku wsiach w okolicach Ornety. W PRL toczyło się w nich życie kulturalne wsi. Można było przyjść, przeczytać gazetę, napić się kawy, a wieczorem czegoś mocniejszego. W latach 90. przestały działać. Reaktywowano je ze środków unijnych. Teraz odbywają się tam głównie zajęcia dla dzieci, ale świetlice dysponują bardzo skromnym budżetem i są czynne tylko kilka godzin dziennie. Pracownice świetlic bardzo nam pomagały w trakcie realizacji projektu.

Jaki był ostateczny efekt waszej interwencji?

KM: Pierwotnie, obok wypracowania planu działań MDK i programu współpracy z innymi instytucjami w mieście, celem było zorganizowanie wspólnie z mieszkańcami jednego, dużego wydarzenia kulturalnego. Zdecydowaliśmy, że to będzie Dzień Mieszkańca. Jednak podczas trwania projektu doszło do redefinicji tego, jaki ma być zakres interwencji. Dyrektorka domu kultury wpadła na pomysł, żeby przy okazji zorganizować coś na kształt budżetu partycypacyjnego i wspólnie z mieszkańcami zaplanować wydatki instytucji na kolejny rok.

I co zmieniło się w programie domu kultury?

KM: Z programu wypadły niektóre wydarzenia typowe dla klasy średniej – „zaduszki jazzowe” i coś, co nazywa się „przestrzenią sztuki” – i zostały zastąpione imprezami o bardziej wspólnotowym charakterze.

Odbędzie się druga edycja Dnia Mieszkańca, czyli całodziennego festynu, podczas którego dzieją się różne rzeczy: koncerty, zajęcia dla dzieci, atrakcje zorganizowane przez seniorów. Mieszkańcy zdecydowali też o organizacji większej liczby ognisk, a także imprezy dla młodzieży, która jest praktycznie nieobecna w domach kultury.

PS: Nie jest naszym celem zredukować ofertę domu kultury do festynów i ognisk. Chodziło o to, żeby pracownicy nauczyli się myśleć i opowiadać o planowanych wydarzeniach w taki sposób, żeby zachęcić do nich osoby z różnych klas społecznych. Chodziło również o to, żeby dom kultury otworzył się na potrzeby i postulaty mieszkańców. Tymczasem na przykład świetlice wiejskie, które z jednej strony są częścią lokalnych wspólnot, a z drugiej takimi satelitami domu kultury, są skażone myśleniem, że kultura ma jakieś sztywne granice. W głowie pozostał mi taki obraz z jednej z wsi w okolicy Ornety. Kilkuletnie dzieci ganiają z jakimś motocyklem przed jedną ze świetlic, a w tym czasie ta świetlica stoi zupełnie pusta. Te dzieciaki z tym motocyklem można by do niej zaprosić, przygotować jakieś warsztaty na temat pracy z silnikiem. To wymaga zmiany w myśleniu o kulturze, poluzowania jej definicji. To już się dzieje w dyskursie na temat kultury wśród kulturoznawców i animatorów. Jednocześnie jednak wiele instytucji kultury jest skostniałe i trwa przy starej wizji.

Czy wasz projekt może coś trwale zmienić w sytuacji mieszkańców Ornety?

PS: Chcielibyśmy, żeby nasza interwencja dała początek zmianie społecznej. Jednak żeby tak było, nie można zatrzymać się na poziomie kultury. Nawet jeśli zredefiniujemy pojęcia i na poziomie instytucji kultury dopuścimy praktyki, które dziś nie są uznawane za wystarczająco ambitne, nie doprowadzimy do trwałych zmian. W Ornecie gołym okiem widać niedobór infrastruktury. Brakuje na przykład transportu publicznego pomiędzy wsiami a miastem. To wpływa na coraz większe rozwarstwienie. Bez interwencji również na poziomie ekonomicznym i infrastrukturalnym nie da się zasypać pogłębiającej się przepaści pomiędzy klasą ludową i średnią

***

Projekt “Z klasą o kulturze. Przekraczanie barier klasowych w partycypacji obywatelskiej” był realizowany w latach 2015-2016 przez zespół Fundacji Pole Dialogu i Miejskiego Domu Kultury im. F. Chruściela w Ornecie. Ten swoisty eksperyment społeczny sprawdzał rolę instytucji kultury we włączaniu osób o różnym statusie społeczno-ekonomicznym w życiu obywatelskie i kulturalne. Projekt był realizowany w ramach programu Obywatele dla Demokracji finansowanego z funduszy EOG.

Przemysław Sadura – socjolog. Naukowo interesuje się między innymi systemem edukacyjnym, partycypacją obywatelską i zróżnicowaniem klasowym. Oprócz badań zajmuje się działaniami interwencyjnymi, prowadząc liczne projekty animujące zmianę społeczną. Współzałożyciel Fundacji „Pole Dialogu”.

Katarzyna Murawska – absolwentka socjologii i polityki społecznej UW. Pracuje w Stowarzyszeniu GPAS jako streetworkerka oraz współpracuje z organizacjami trzeciego sektora przy badaniach i działaniach społecznych.