dwutygodnik internetowy
10.11.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Sachs: Przedsiębiorczość społeczna jest naszym obowiązkiem

Dla państw takich jak Portugalia poza przedsiębiorczością społeczną nie widzę innego ratunku. Ilość zaburzeń psychicznych, rozwodów i innych nieszczęść, które wyniknęły z kryzysu gospodarczego jest ogromna.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Umiarkowana większość albo się pozbiera i zacznie myśleć pragmatycznie, zostawiając skompromitowane ideologie w kącie, albo się to wszystko bardzo źle skończy.
Z Karolem Sachsem rozmawiają Konstancja Święcicka i Cyryl Skibiński.
 
Jako przedstawiciel bankowości etycznej zajmuje się pan problemem finansowania trzeciego sektora oraz ekonomii społecznej. W Unii Europejskiej ten temat był swego czasu popularny – czy fragment tortu przypisany w nowym budżecie ekonomii społecznej znów będzie spory?
Zacznijmy od ważnego rozróżnienia pojęć, które było przedmiotem wielu sporów w Europie – ekonomia społeczna a przedsiębiorczość społeczna. W wielu krajach ekonomia społeczna jest niemal tożsama z działalnością spółdzielczą. Ma ona długie tradycje, ale pod wieloma względami się skompromitowała.
 
Teoretycznie sektor ekonomii społecznej stał się gigantycznym przedsięwzięciem – we Francji cztery banki spółdzielcze mają 60% bankowego rynku detalicznego. W praktyce mało ma to wspólnego z prawdziwie społecznym czy etycznym spojrzeniem na biznes. Dlatego Komisja Europejska od czasu niezwykle oddanego sprawie komisarza ds. rynku wewnętrznego Michela Barniera stara się dowartościować szerzej rozumianą przedsiębiorczość społeczną. Nie ma znaczenia, jaki jest status prawny przedsięwzięcia – liczy się faktycznie podejmowana działalność i social impact (ang. wpływ społeczny).
 
Social Impact Accelerator to nazwa nowego europejskiego funduszu, którego uruchomienie wspieracie jako Credit Coopératif. Nazwa funduszu od razu kojarzy się z czymś eksperymentalnym i innowacyjnym, ale brzmi też cokolwiek enigmatycznie…

Uruchomiony rok temu SIA to część większego systemu europejskich funduszy nastawionych na inwestowanie w przedsiębiorczość społeczną. Wciąż jesteśmy na etapie wypracowywania zasad, ostateczny kształt rozwiązań nie jest do końca znany. Całość opierać się będzie o partnerstwo publiczno-prywatne: część pieniędzy wykłada Komisja Europejska i Europejski Bank Inwestycyjny, a reszta środków pochodzi ze źródeł prywatnych, w tym z mojego banku – Credit Coopératif. Na niższym szczeblu operatorami pieniędzy będą fundusze regionalne EuSEF (Eurpean Social Enterpreneurship Funds), obejmujące po kilka państw członkowskich. Planowane jest stworzenie odrębnego funduszu także dla krajów Europy Środkowej. To one będę przekazywać pieniądze konkretnym beneficjentom – przedsiębiorstwom chcącym przyczynić się do ograniczenia problemów społecznych. Otwiera to zupełnie nową perspektywę dla sektora – zwiększenie dostępu do kapitału, który był dla takich zaangażowanych społecznie rynkowych przedsięwzięć mocno ograniczony i stanowił istotną barierę rozwoju. Zarazem, co warto podkreślić, nie chodzi tu o dotacje – przedsiębiorstwo będzie musiało wynagradzać włożony przez fundusz kapitał. Będzie to się jednak odbywać na preferencyjnych warunkach.
 
Niedawno robiliśmy wywiad z Mariuszem Andrukiewiczem – ambitnym przedsiębiorcą społecznym z Cieszyna. Choć założone przez niego firmy istnieją już parę lat i często pokazuje się je jako dowód na to, że można odnieść sukces także w tym sektorze, to cały czas działają na granicy opłacalności. Pojawia się pytanie, czy w Polsce i krajach naszego regionu uda się znaleźć chętnych na takie finansowanie?

Nie będzie z tym kłopotu ani u nas, ani gdzie indziej. Im głębszy jest kryzys, tym większa potrzeba środków. Wszyscy w Europie mają problem z zatrudnianiem absolwentów. Młodzi ludzie zamiast czekać na pomoc społeczną, mogliby zorganizować własne przedsięwzięcie i dostać na starcie finansowy wkład z funduszu. A nie ma bardziej ekscytującego projektu, niż stworzyć swoje własne przedsiębiorstwo. Przykładem może być spółdzielnia socjalna PANATO z Wrocławia. Założyli ją młodzi absolwenci ASP – zajmują się designem, produkują różne gadżety, niedawno otworzyli kawiarnię. Jest w tym trochę hipsterstwa i chęci bycia poza mainstreamem, ale sami zapewnili sobie miejsca pracy i starają się pozytywnie oddziaływać na otoczenie. Po roku czy dwóch funkcjonowania widać, że nieźle sobie dają radę. Zdecydowali się co prawda wystartować bez żadnego publicznego wsparcia, ale z dodatkowymi funduszami byłoby im tylko łatwiej.
 
W tym przykładzie nietypowa jest grupa inicjatorów, ale formuła spółdzielni socjalnej to już mainstream przedsiębiorczości społecznej. Zdaje się, że w Pana głowie rysuje się jeszcze szersze spektrum możliwości wykorzystania przyszłego funduszu?

Mój sposób myślenia to impact financing. Na czym to polega? Wyobraźmy sobie, że na wybrzeżu niemal wszyscy panowie są zatrudnieni, bo pływają na statkach, albo wykonują ciężką fizyczną robotę w porcie, ale panie siedzą w domu i nie mają stałych dochodów, z czego mogą wyniknąć różne nieszczęścia. Dla dobra społeczności na wybrzeżu powinienem więc zainwestować w coś, co przyniesie mi zysk, ale zatrudnienie da głównie kobietom. Ale impact może być zupełnie inny. Gdzie indziej, na przykład w Łodzi mamy problem z mieszkaniami w starych kamienicach. To często slumsy, niebezpieczne dla ludzi i szkodliwe dla środowiska. Dobrym pomysłem byłoby więc zainwestowanie w ich remont, zatrudniając przy tym – przynajmniej do części robót – ludzi trwale bezrobotnych, czy bezdomnych tak, jak zrobił to Andrukiewicz w Cieszynie. Fundamentem impact financing jest więc wyjście od jasno zdefiniowanych potrzeb społecznych.
 
Dotychczas rozmawialiśmy o planach dostarczenia przedsiębiorczości społecznej kapitału, który będzie wynagradzany na quasi-rynkowych zasadach. Równolegle z tym nowym kierunkiem myślenia funkcjonują jednak mechanizmy wspierania oparte o publiczne dotacje albo preferencyjne traktowanie. Mam tu na myśli na przykład klauzule społeczne w zamówieniach publicznych. Przeciwnicy takich rozwiązań argumentują, że jest to psucie rynku.

Wręcz przeciwnie. Na poziomie europejskim spierał się o to Barnier, głównie z Anglikami. Przekonał unijnych polityków, że to nie jest psucie, tylko poprawienie rynku. Bo rynek europejski, który jest przecież rynkiem krajów rozwiniętych, wymaga spójności społecznej. Chodzi o to, żeby po przyjściu tutaj nie musiała się pani długo zastanawiać, jak wyjść z budynku – nawiązuję tu do sytuacji w Brazylii 20 lat temu – jak wydostać się z budynku, żeby nie dać się obrabować na najbliższym rogu… Sytuacja rozwarstwienia, wbrew temu, co może myślą liberałowie, nie sprzyja nikomu, również biznesowi.
 
W ogólności – zgoda. Wyobraźmy sobie jednak, że gmina w jakiejś małej miejscowości konsekwentnie promuje w przetargach przedsiębiorstwo społeczne – stolarnię. Druga stolarnia, w pełni komercyjna, zostałaby odcięta od pieniędzy samorządu, który często jest bardzo ważnym zleceniodawcą na lokalnych rynkach. Realnie groziłoby, że społecznicy wytną tę konkurencję, a bezrobocie wzrośnie.

W całej Europie obowiązują górne limity pieniędzy publicznych, które mogą być przeznaczone dla danego przedsiębiorstwa. Nawiasem mówiąc, nowa ustawa o zamówieniach publicznych weszła w Polsce stosunkowo niedawno, podczas gdy w ustawodawstwie unijnym funkcjonuje od 2004 albo 2005 roku. Sektorowi w kraju przeszło osiem lat zajęło dostrzeżenie jej potencjału. Zgodnie z tą ustawą, w każdym przetargu publicznym określa się kryteria, do których przypisane są odpowiednie wagi. Stolarnie, żeby trzymać się przykładu, mogą przystąpić do przetargu, w którym zostało opisane, że cena liczy się w 40%, słowność wykonania w 20% i impact społeczny w 30%. Nie jest to więc zero-jedynkowe promowanie kogokolwiek.
 
Jeśli do klauzul dochodzi też wsparcie w innej formie – na przykład przekazanie przedsiębiorstwu przez gminę budynków za darmo – sprawa się komplikuje. Oczywiście zatrudnia w niej pracowników upośledzonych społecznie, ale można zrozumieć żal konkurentów.

Trzeba się zastanowić, gdzie tak naprawdę jest interes miasta i podatnika? Dając dotację takiemu przedsiębiorstwu, zmniejszam w przyszłości mój podatek, bo jest mniej pijanych, bezrobotnych, zwiększa się bezpieczeństwo, a w związku z tym można ograniczyć wydatki na policję itd. To jest bardzo wymierne. Może zabrzmi to przewrotnie, ale co stoi na przeszkodzie, żeby ten drugi przedsiębiorca, zamiast narzekać na nieuczciwą konkurencję, zrobił to samo – zatrudnił kogoś z fizycznym lub psychicznym deficytem? Byłoby to z pożytkiem i dla niego, i dla społeczności.
 
W tym, co Pan proponuje, widać wizję upowszechnienia się idei przedsiębiorczości społecznej. Czy rzeczywiście jest szansa, żeby tego typu działalność wyszła kiedyś z niszy? Gdzie leżą granice jej rozwoju?

To trudne pytanie, bo kraje europejskie mocno różnią się pod względem poziomu rozwoju tego sektora. Jestem jednak przekonany, że niektóre państwa są w takiej sytuacji, że poza przedsiębiorczością społeczną nie ma dla nich ratunku. Można tu wskazać Portugalię, gdzie na 10 milionów mieszkańców przypadają dwa miliony bankrutów indywidualnych. Portugalczycy wzięli pożyczki, których banki udzieliły na skandalicznych zasadach. Musi powstać ustawa, która pomoże załatwić problem zadłużenia, a potem trzeba będzie ludzi reaktywizować, chociażby poprzez jakąś formę przedsiębiorczości społecznej. Przecież ilość zaburzeń psychicznych, rozwodów i innych nieszczęść, które wyniknęły z kryzysu gospodarczego, jest ogromna. Nasuwa się tu analogia do kryzysu z lat 30., bo jeśli nie uda nam się opanować sytuacji, to ludzie o podobnych poglądach, jakie prezentował pan z małym wąsikiem, znów będą biegać po całej Europie.
 
Wróćmy do problemu marnej skali przedsiębiorczości społecznej w Polsce. W konstytucji napisaliśmy, że zorganizujemy społeczną gospodarkę rynkową. Mam poczucie, że to wszystko zostało na papierze.

Społeczna gospodarka rynkowa to termin szerszy, zapożyczony z powojennych Niemiec, które użyły go do opisu swojego modelu rozwoju po doświadczeniach faszyzmu. Mówiąc skrótowo, pod tym pojęciem kryje się przekonanie, że rynek nie jest jedynym decydentem, bo trzeba w niego wmontować kryteria społeczne. Że trzeba ludziom zapewnić emeryturę, dostęp do służby zdrowia i publicznej edukacji. W związku z tym jest obowiązkiem państwa pobrać podatki i zorganizować finansowanie tych celów. Wiara w słuszność takiego sposobu myślenia zachwiała się w Europie w latach 90. Wcześniej spoiwem tego systemu był strach przed „czerwonymi zza muru”. No ale mur runął.
 
Rozsądek wraca do Europy dzięki rewolucjom arabskim. Unia Europejska zrozumiała, że jak się nic nie zrobi, to zagrożenie samo do nas przyjdzie. Rewolucje arabskie zaczęli absolwenci, którzy nie mogli znaleźć pracy. Gość handlujący pietruszką i cebulą, który podpalił się po tym, gdy policjant po raz czwarty tego roku przyszedł do niego po łapówkę, był magistrem filozofii. Widząc co się stało, cała Tunezja wpadła w furię. Tunezyjczycy wpadli w furię, a później ich sąsiedzi, bo wszyscy mieli ten sam problem. Na Europę podziałało to zbawiennie – przestraszyliśmy się, że to przyjdzie też do nas… Tak więc jestem bardzo dużym optymistą.
 
Im gorzej, tym lepiej?

To nie tak. Uważam, że stawką jest przetrwanie Unii. Jeśli nic się nie zmieni, to wkrótce rozwiązania przyjęte w Budapeszcie będą obowiązującym modelem unijnym. We Francji, gdzie mieszkam, poparcie dla Frontu Narodowego wyniosło w ostatnich wyborach do PE 25%. Ale jak na ironię, to rządy lewicowe ze względów budżetowych zmniejszyły we Francji wydatki na sektor przedsiębiorczości społecznej! Teraz się zastanawiają, jak to odkręcić, ale system łatwo zburzyć, a trudno odbudować. We Francji mamy bezrobocie wśród młodzieży rzędu 25% i jest to średnia europejska. Porażające statystyki można zresztą mnożyć: absolwent studiów wyższych czeka na znalezienie pracy średnio 19 miesięcy. Arabowie mieli średnią 28 miesięcy – dzielnie kroczymy, aby ich dogonić.
 
Marcin Król też straszy, że w Europie zaraz zacznie się rewolucja.

Nie chodzi o rewolucję, ale o wybuch. Zapalnikiem może okazać się skrajna prawica. Tylko skrajna prawica, bo wszyscy inni w Europie są skompromitowani rządzeniem, wszyscy już wykazali swoją niemoc. Wniosek jest taki, że albo się umiarkowana większość pozbiera i zacznie myśleć pragmatycznie, zostawiając skompromitowane ideologie w kącie, albo się to wszystko bardzo źle skończy. W tym świetle rozwijanie przedsiębiorczości społecznej jest naszym obowiązkiem.
 
 
Karol Sachs – współtwórca i wieloletni wiceprezes rady Banku Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych (BISE), prezes honorowy Europejskiej Federacji Banków Etycznych i Alternatywnych (FEBEA), wiceprezes Rady Nazdorczej TISE, od 1982 związany z bankiem Crédit Coopératif, na stałe mieszka we Francji.