dwutygodnik internetowy
21.04.2014
magazyn papierowy


Pusty grób

Śmierć Chrystusa jest moją własną, a krzyż, który On niesie, staje się miejscem mojego cierpienia.

Mistrz Biblii Jeana de Sy - Holenderska Biblioteka Narodowa

Chrystus Zmartwychwstały wyciąga każdego nas z grobu, w którym leżymy dając serce z ciała, a zabierając to z kamienia, oblekając nasze suche kości nową tkanką, przemieniając żałobę w taniec.
 
Im starszy jestem, tym bardziej łapię się na tym, że nie pojmuję sytuacji, w której stawia mnie Triduum Paschalne. Wprawdzie wiem, że jak co roku, przyszło mi przeżywać pamiątkę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa; że miały mnie do tego przygotować doroczne rekolekcje, jak również cały, znaczony wanitatywnym krzyżem z popiołu, czterdziestodniowy post. Ale teoretyczne ujęcie i przygotowanie nie jest w stanie wzbudzić we mnie chłodnego dystansu do zdarzenia, jakie przyszło mi i całemu Kościołowi przeżywać w tych dniach.
 
Żaden inny okres w roku nie uświadamia nam tak wyraźnie, że wierzymy w Boga, którego zabiliśmy, a przecież bogowie nie miewają w zwyczaju umierać. Kiedy słucham w piątek Janowej pasji, to nie potrafię przestać myśleć o tym, jak musieli czuć się apostołowie. Czy, pomimo szumnych deklaracji Piotra, naprawdę uważali, że stoi przed nimi Mesjasz Pan? Czy słysząc zapowiedzi Jego męczeńskiej śmierci, zdawali sobie sprawę z ich realności? Przecież ledwie tydzień temu słuchaliśmy o orszaku, witanym jak królewski, w którym Jezus wjechał do Jerozolimy. Po to widzieliśmy radosnych ludzi krzyczących „hosanna”, żeby już tydzień później zamienić ich słowa na „ukrzyżuj”? I gdy próbuję wejść w skórę apostołów podczas adoracji krzyża, to widzę tylko jedną odpowiedź – to musiało być głębokie osamotnienie. Uczniowie zostali dosłownie porzuceni przez Mistrza, skończyła się ich wspólna droga. Krzyż, na którym zabito Jezusa jak przeciętnego bandytę, stał się dla nich symbolem zagrożenia, które mogło na nich spaść ze strony faryzeuszy. Dziś trudno nam jest odbierać Wielki Piątek jako sam w sobie, bo zawsze zostaje przejaskrawiony przez światło poranka Wielkanocy. Apostołowie nie mieli tego komfortu: w tych dniach zaserwowano im masę niezrozumiałych i brutalnych doświadczeń, na które nie potrafili uzyskać odpowiedzi aż do Zmartwychwstania.
 
Patrzę na grób i staję w obliczu Boga, który umarł. Można myśleć, że przecież dla wielu współczesnych nam ludzi już od dawna nie żyje (o ile w ogóle kiedyś był), ale w Wielką Sobotę nie ma Go dla nas wszystkich. Podobno dawniej właśnie w przeddzień Wielkanocy wzrastała przestępczość – skoro to czas, kiedy Boga nie ma, to nie spadnie na nas żadna kara. Jesteśmy zupełnie sami w świecie i wszystko zależy od nas. Ale co z tego, skoro to potężne spektrum możliwości wcale nie ułatwia nam wyboru drogi postępowania, bo po prostu jest za duże. Wraz ze śmiercią Boga, wszelka próba ustanowienia jakiegoś nowego punktu odniesienia spełza na niczym, bo jeśli ten, który miałby go zastąpić w naszym życiu, jest tylko wypracowanym idolem, to przekucie go w coś realnego przypomina fałszowanie świadomości. Trochę tak jak z instytucją wyobrażonych przyjaciół z dzieciństwa – w pewnym sensie zawsze wiedzieliśmy, że ich nie ma, choć mogliśmy się z nimi bawić i spędzać czas. Ale żaden wymyślony przyjaciel nie zastąpi osobowej relacji z drugim człowiekiem. Żadna nieucieleśniona, a tylko wyobrażona miłość, nie zastąpi prawdziwego związku, w którym jesteśmy gotowi na poświęcenia aż po sam kres. I wreszcie żadna idea nie zastąpi działania, pracy.
 
W liturgii słowa Wigilii Paschalnej przechodzimy przez całą historię zbawienia, która jest opowieścią o nadziei, zawsze rodzącej się w mroku. Wraz z Abrahamem unosimy nóż nad umiłowanym synem, z Mojżeszem uciekamy przed potężną armią faraona, z Izajaszem i Ezechielem wchodzimy w niewolę babilońską. Wszystkie te próby, którym podlegał naród wybrany, były lekcjami ciemności. Czy Izrael nie zadawał sobie pytań o to gdzie jest Bóg; pytań, które my dziś zadajemy patrząc na zło, którego doświadczamy sami, albo doświadczają nasi bliscy? Czy sam Chrystus w ogrodzie oliwnym, wtedy kiedy był najbardziej ludzki, nie doświadczył tej wątpliwości? Grób Chrystusa niepostrzeżenie staje się moim własnym, bo Bóg nigdy nie umiera tak po prostu. Umiera dla każdego z nas z osobna. Czy to przez ironiczny sceptycyzm, czy też przez gniew płynący z braku odpowiedzi na palące pytanie o to, gdzie jest Bóg, gdy cierpię i patrzę na cierpienie. W pewnym sensie śmierć Chrystusa jest moją własną, a krzyż, który On niesie, staje się miejscem mojego cierpienia.
 
„My wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć. Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie” [Rz 6, 3-5]. Liturgia prowadzi nas do momentu, który uświadamia nam, że nawet w najgłębszej pustce może zapłonąć iskra, która pokaże, że to tylko etap na większej drodze. Tak jak zaraz przed nastaniem świtu, gdy ciemność jest najgęstsza, z tą różnicą, że noc, o której tu mowa, jest naszym własnym doświadczeniem opuszczenia. W antycznej homilii na Wielką Sobotę, ten „dzień śmierci Boga”, jest czasem kiedy Chrystus schodzi do podziemi aby wyciągnąć z nich i wywyższyć pierwszego człowieka – Adama:
 
Tobie, Adamie, rozkazuję: Zbudź się, który śpisz! Nie po to bowiem cię stworzyłem, abyś pozostawał spętany w Otchłani. Powstań z martwych, albowiem jestem życiem umarłych. Powstań ty, który jesteś dziełem rąk moich. Powstań ty, który jesteś moim obrazem uczynionym na moje podobieństwo. Powstań, wyjdźmy stąd! Ty bowiem jesteś we Mnie, a Ja w tobie, jako jedna i niepodzielna osoba. (….) Powstań, pójdźmy stąd! Niegdyś szatan wywiódł cię z rajskiej ziemi, Ja zaś wprowadzę ciebie już nie do raju, lecz na tron niebiański. Zakazano ci dostępu do drzewa będącego obrazem życia, ale Ja, który jestem życiem, oddaję się tobie. Przykazałem aniołom, aby cię strzegli tak, jak słudzy, teraz zaś sprawię, że będą ci oddawać cześć taką, jaka należy się Bogu.
 
Czy nasza sytuacja jakoś znacząco różni się od stanu Adama? Wszyscy jesteśmy w dolinie suchych kości, o której pisze prorok Ezechiel. Wszyscy w naszym braku nadziei i przekonaniu o konieczności liczenia tylko na samych siebie, zamieszkujemy krainę umarłych. Bo choć wolność motywuje nas do czynienia świata takim, jakim chcielibyśmy go widzieć, to zawsze kończymy z bezowocną, nihilistyczną konkluzją o pętającym każde działanie absurdzie rzeczywistości, która nas otacza. Nie mamy większego problemu z unieszczęśliwianiem i ranieniem siebie samych oraz najbliższych, którzy nas otaczają. Dlatego Chrystus Zmartwychwstały wyciąga każdego nas z grobu, w którym leżymy dając serce z ciała, a zabierając to z kamienia, oblekając nasze suche kości nową tkanką, przemieniając żałobę w taniec.
 
Zejście do otchłani to nie jakieś magiczne przedsięwzięcie – to sięgnięcie po każdego z nas, pozostających w naszym prywatnym Szeolu, zawołanie nas po imieniu. Tak jak wtedy, gdy Bóg powstrzymał rękę Abrahama, czy rozgonił przed Izraelem fale morza Czerwonego. Zawsze wtedy był zaraz obok, choć na chwilę znikał, aby poddać próbie naszą nadzieję. Teraz wraca, aby już nigdy nie odejść, bo „(…) jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy. Bo to, że umarł, umarł dla grzechu tylko raz, a że żyje, żyje dla Boga. Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie” [Rz 6, 8-11].
 
Całą tą historię zamyka tajemnica pustego grobu. Tego konkretnego, w którym leżał Chrystus, ale wierzę, że też całego cmentarzyska naszych własnych krypt.